Czy istnieje Anioł Śmierci?

Przyzwyczailiśmy się do tego, że śmierć jest wszechobecna, codziennie towarzyszy w naszym życiu, choć staramy się odpychać ją jak najdalej od nas. Dziś jest 11 lipca, a w serwisach informacyjnych są podawane informacje o tragicznej śmierci ludzi, którzy zginęli w katastrofie statku „Bułgaria” na wodach rzeki Wołgi. Tam zginęło ponad 100 osób i ta informacja robi na nas wrażenie. Śmierć jednostkowa gdzieś w zaciszu sal szpitalnych czy hospicjów nie przebija się na pierwsze strony gazet, a przecież jest o wiele bardziej masowa, niż nawet najbardziej tragiczny wypadek… Ale taki już jest ten świat.

Na pokład Nautilusa dostaliśmy list z opisem sprzed lat, kiedy masowa śmierć była zjawiskiem codziennym. W czasach powszechnych wojen czy masowych zaraz ludzie opisywali, że miejscach masowej śmierci pojawiała się niezwykła istota, która była nazywana „Aniołem Śmierci”. Przywykliśmy traktować te przekazy jako „bajki naiwnych ludzi”, ale może… jest jakaś prawda w tych opowieściach? Może naprawdę istnieje „Anioł Śmierci”, który pojawia się wtedy, kiedy dobiega kres życia każdego człowieka? Oto ten intrygujący zapis:

To: nautilus@nautilus.org.pl
Subject: Historia

 

Od jakiegoś czasu chciałem się podzielić z Wami historą, którą dawno temu opowiedział mi mój nieżyjący już dziadek. Oto ona.

Proszę o nie podawanie moich danych personalnych.

Pozdrawiam, 

A.

 

 Historia ta wydarzyła się we wrześniu 1988 roku. Opowiedział mi o niej mój już od wielu lat nieżyjący dziadek. Dziadek był świadkiem i uczestnikiem tych zdarzeń, miał wtedy 16 lat.

            W połowie września 1908 roku odbyły się nieopodal naszego miasta jedyne w swoim rodzaju manewry wojskowe. Nasze miasto znajdowało się wtedy w Prusach, niedaleko granicy z Austro-Węgrami i było miastem garnizonowym. Zresztą we wszystkich sąsiednich miastach również były rozsiane garnizony wojskowe.

            W połowie września 1908 roku z dnia na dzień zaczęły nadciągać liczne kolumny wojskowe, piechota, jednostki konne i artyleria. Wojsko rozlokowało się w namiotach na polach wokół miasta. Nigdy przedtem ani nigdy potem nie było w naszej okolicy jednocześnie tylu żołnierzy – około 20,000 ludzi. Na polecenie dowództwa tuż przed manewrami wojsko zebrało z pól ziemniaki, buraki, kapustę itp. i wypłaciło rolnikom bardzo dobre odszkodowanie, tak dobre, że wszyscy przez wiele lat o tym mile wspominali. Tak duża ilość wojska była też swego rodzaju atrakcji dla ludności, a zwłaszcza dla młodych chłopców w ich na co dzień sennym miasteczku.

             Właściwe manewry trwały 5 dni (od poniedziałku do piątku). W trakcie manewrów używano ostrą amunicję i ładunki wybuchowe. W sobotę wojsko zaczęło zwijać sprzęt i po kolei jednostki maszerowały do swoich macierzystych garnizonów. Co ciekawe, maszerowali bocznymi lub nawet polnymi drogami. Za jedną kolumną poszła grupa wyrostków, w tym mój dziadek. Szli za nimi przez odległe pola i łąki. Był ciepły, wrześniowy wieczór, stracili poczucie czasu, aż zorientowali się, że jest już późno. Znajdowali się ok. 10 kilometrów od miasta. Wracali nocą przez pola po śladach wojska. Była księżycowa noc, ale wtedy nie było latarń przydrożnych, a elektryczność ograniczała się do domów w centrum miast. Gdy chłopcy w końcu doszli do miejsca, gdzie odbywały się manewry, zauważyli, że na polu stoi ogromna postać, która przypomina wyglądem „śmierć”!

 Postać była tak ogromna, że stojące w sąsiedztwie pojedyncze drzewa sięgały jej do pasa. Chłopcy zamarli i upadli na ziemię. Nie wierzyli własnym oczom. Postać „śmierci” chodziła po polach, była półprzezroczysta, na przykład przebijało przez nią światło księżyca. Po kilku minutach „śmierć” ruszyła przez pola w tą stronę, gdzie poszło najwięcej wojska.

Pytałem dziadka, czy to nie był specyficzny tuman mgły lub tym podobne. Kategorycznie zaprzeczył, twierdził, że to im się nie przywidziało i że to na pewno nie była mgła. Zastanawiam się nad tym zdarzeniem, za 6 lat wybuchła I Wojna Światowa i wielu z tych żołnierzy na niej poległo, czy ta „śmierć” nie była swego rodzaju zapowiedzią przyszłych wydarzeń?

Gdy „śmierć” przeszła obok przerażonych chłopców, ci biegiem wrócili do swoich domów i opowiedzieli, co im się przytrafiło. Co ciekawe, nie byli obiektem drwin, ponieważ z tym rejonem w tamtych czasach wiązało się szereg tego typu opowieści. Był to teren pól, łąk, trochę stawów, sadzawek i zabagnień, wtedy zupełnie niezamieszkały, natomiast przez ten teren ludzie chodzili na skróty do sąsiedniego miasteczka i kopalni. Ludzie stale opowiadali, że głównie nocą, ale czasami i za dnia na tym terenie widywano dziwne postacie- pojedyncze i grupowo. Co chwilę kogoś tam postraszyło, goniło itp. Kilka osób w dziwnych okolicznościach straciło tam życie. Fatum było tak wielkie, że w 1925 roku ówczesny biskup diecezjalny przyjechał na Boże Ciało do naszego miasta i odprawił w tym rejonie procesję z tej okazji połączoną z modłami i poświęceniem tego terenu. Podobno od tego czasu dziwne zdarzenia ustały.

 

 

Na pokładzie Nautilusa mamy ciekawą relację wartą nagrania sprawy w postaci materiału wideo, choć mamy wątpliwości, czy uzyskamy zgodę uczestników tej historii. Rzecz miała miejsce w ubiegłym roku, kiedy to jeden z naszych czytelników przeżył tzw. zapaść, czyli nagłe obniżenie ciśnienia krwi. W efekcie tego utracił przytomność. Miało to miejsce w jego pracy, jego koledzy natychmiast wezwali pogotowie. W tym czasie nasz czytelnik zobaczył coś, o czym wiele razy pisaliśmy na tych stronach.

Poniżej na podłodze leżało jego ciało, a on sam unosił się nad nim na wysokości około dwóch metrów. Obserwował rozpacz i zdenerwowanie jego kolegów z pracy, którzy próbowali go reanimować. Jak opisywał, wszystko widział w sposób idealny wyraźnie, wręcz krystalicznie. Jego ciało było mu obojętne, wręcz obce. On był sobą, był – jak opisywał – „tym samym ciałem, które unosiło się nad tym, co nie było już nim”. Nie chcemy w tej chwili opisywać szczegółów tej historii, spróbujemy namówić naszego czytelnika na podzielenie się tą opowieścią z pozostałą załogą okrętu Nautilus.

Tego typu „uniesienia ponad własne ciało” zdarzają się na całym świecie” i przebiegają bardzo podobnie. Opisy i wrażenia ludzi są także podobne. To jeden z kolejnych dowodów na to, że składamy się z ciała fizycznego, które każdego dnia starzeje się i rozpada, a także nieśmiertelnego „światła”, które stanowi podstawę całego życia we wszechświecie. Owo „światło” (dusza lub ciało astralne – niech każdy nazywa to, jak chce) zachowuje pełnie naszej świadomości. Jest nami. My jesteśmy nim. To także owo “światło” kleci te słowa w tekst na strony FN, a nie misternie połączona zupa atomów z Tablicy Mendelejewa…

 

 

I jeszcze jedna sprawa: znakomita relacja o śmierci klinicznej.

W czasie Powstania Warszawskiego Janusz Brochwicz-Lewiński dostał śmiertelny postrzał w twarz i przeżył śmierć kliniczną. Jego wstrząsająca relacja może być sygnałem dla wszystkich wątpiących – “Po śmierci żyjemy w jakieś formie!” – przekonuje żołnierz legendarnego Parasola.

 

Dodaj komentarz