|
Czwartek, 09 Września 2010 |
|
Co z waszymi projektami, a zwłaszcza z Jackowskim?
Tak, to prawda - już czas uruchomić te projekty. Z p. Krzysztofem Jackowskim jesteśmy w ciągłym kontakcie, wiemy o wszystkim co się z nim dzieje, ale najwyższy czas, aby to wszystko miało także przełożenie w tym, co będzie na stronach www. Zgłosiło się do nas wiele osób chcących aktywnie się włączyć w ten i inne projekty. Musimy coś tym osobom zaproponować, musimy to wszystko zorganizować. Nawet nie wiecie, ile sił i energii to kosztuje. Obecnie, kiedy Robert Bernatowicz kończy pisać książkę, ruszyła audycja w Radiu, szykujemy się do wyjazdu do USA - jest po prostu ciężko. Ale nie ma tu dla nas żadnego usprawiedliwienia i zrobimy wszystko, aby rozszerzyć swój zakres działań poza tę "niszę ufologiczną", gdyż w ten sposób możemy stracić wszystko, co budowaliśmy tyle lat. Teraz szykujemy wielką sprawę związaną z Kodem Biblii, a będzie to naprawdę coć naprawdę dużego. No i ten niesamowity Jackowski - należy się wszystkim internautom, aby dowiedzieć się coś więcej o tym niesamowitym człowieku. A projekt związany z reinkarnacją? I tak dalej, i tak dalej... Potrzebujemy czegoś, ale aż boimy się powiedzieć czego, żeby nie zarzucono nam znowu, że "chodzi o komercję"... A niestety jesteśmy na etapie, kiedy już czas zacząć działać na dużą skalę.
Zauważyłem, że nie odpowiadacie na złośliwe ataki, które przeprowadzają na Was niektórzy ludzie w internecie pisząc na stronach www lub wysyłając maile. Na przykład: dlaczego nie reagowaliście, kiedy na pewnych oficjalnych stronach ktoś zamieszczał teksty szkalujące Fundację? (w zasadzie tam były tylko takie teksty, co było niesłychane, bo nie było żadnej reakcji administratora stron!). Dlaczego nie było Waszej oficjalnej odpowiedzi?! Moglibyście podać przecież sprawę do sądu, a wy tylko milczycie - zero reakcji. Dlaczego?
To tylko pozornie przykra dla nas sprawa (o czym za chwilę), a jej wymiar jest symboliczny i prawdę mówiąc nie demonizowalibyśmy tego zjawiska. Takie są konsekwencje demokracji poglądów i wolności słowa - każdy może wypowiadać swoje poglądy nawet wtedy, kiedy są zupełnie bzdurne. Faktycznie miała miejsce sytuacja, kiedy na tych czy innych stronach jeden człowiek lżył anonimowo na Fundację i prezesa NAUTILUSa (wręcz na granicy obłędu), pewnie nie będąc do końca świadomym konsekwencji prawnych wypowiadanych publicznie oskarżeń i tego, że jego wszystkie dane są w pełni znane. Znamienne, że tacy ludzie nigdy nie zadają takich pytań nam bezpośrednio, tylko "chojrakują" anonimowo ukryci za jakimś dziecinnym "nickiem". Powiedzmy sobie szczerze - to nie ma żadnego znaczenia, a nawet jest z naszego punktu widzenia niezwykle korzystne. W sumie powinniśmy się cieszyć, gdyż takie zainteresowanie naszą działalnością świadczy o naszej sile medialnej i popularności - to dobrze, ze Fundacja budzi emocje, kontrowersje, komuś się chce o nas pisać, zadaje sobie wiele trudu pisząc jakieś listy w sprawie działań Fundacji itp. - to naprawdę wielka sprawa i nie ukrywamy, że daje nam ogromną satysfakcję. Znamy takich Panów, którzy daliby wszystko, żeby ich osoby choć w minimalnym stopniu wzbudzały jakiekolwiek emocje, a - niestety - pies z kulawą nogą nie interesuje się tym, co napiszą lub powiedzą... Obojętność jest najgorszą rzeczą, jaka może spotkać osobę lub instytucję działającą medialnie. Takie sytuacje jak ta, o którą Pan pyta, świadczą o tym, że jesteśmy potęgą, a - warto pamiętać słowa Napoleona - "atakować można tylko wielkich - małymi nie interesuje się nikt". Wracając do Pana pytania: dlaczego oficjalnie nie odpowiadamy na takie czy inne tego typu paszkwile? Wyjaśniając to odpowiemy anegdotą: W krakowskiej PWST był scenograf Stopka. Kiedy pytano go, dlaczego nie reaguje na zachowanie tego czy innego chama zawsze odpowiadał: "Czy ktoś kiedyś widział, żeby piorun uderzał w sracz?"
Dlaczego na stronach www nie było nic o konferencji prasowej Nancy Talbott? Przecież to jest Wasz prawdziwy sukces, a wy o tym fakcie milczycie.
To wynika z naszego zwykłego zaniedbania i braku czasu. Na stronach zamieściliśmy jedynie krótką informację. Po otrzymaniu tego pytania spróbujemy cały zapis konferencji prasowej zamieścić na naszych stronach. Faktycznie, przyznajemy, że należało to zrobić dużo wcześniej, a uniknęlibyśmy wielu niepotrzebnych nieporozumień.
Dlaczego tak rzadko ukazują się informacje na stronach Nautilusa?
Tak, przyznajemy się, że od czasu wakacji musieliśmy trochę zaniedbać strony, gdyż proza życia zmusiła nas do skoncentrowania się na pracy zawodowej. Teraz jednak z powrotem zamierzamy tak zorganizować nasz zespół redakcyjny, aby teksty ukazywały się jak najczęściej, gdyż akurat materiałów mamy więcej i więcej... Wiemy, że nasi internauci zasługują na coś więcej, ale zwróćcie uwagę, że udało nam się właśnie uruchomić własny program radiowy, choć nie jest to żadne usprawiedliwienie. Obiecujemy poprawę!
Czy byliście w Wylatowie w 2000 roku? Co tam się wtedy działo?
To dobre pytanie, a to dlatego, że wszyscy zapominają, co się działo w 2000 i w 2001 roku. Wtedy to badacze pracowali według schematu: "Przyjechać - spisać relację - wyjechać". Dopiero Fundacja NAUTILUS przełamała ten schemat i zaproponowała aktywne włączenie się w badanie poprzez organizację własnej bazy obserwacyjnej, który to pomysł był później tak koślawo powielany przez innych. Warto także przypomnieć, że kiedy w 2000 i w 2001 roku Robert Bernatowicz przyjeżdżał do Wylatowa, to miejsce było przez innych bagatelizowane i wręcz marginalizowane... Dopiero operacja Wylatowo 2002 pokazała Polsce, z jakim fenomenem mamy do czynienia. Wreszcie najważniejsze - to Robert Bernatowicz już latem 2001 roku publicznie oświadczył, że zinterpretował wylatowskie piktogramy i odczytał w ten sposób przekaz, że twórcy kręgów powrócą w 2002 roku! Wiele osób wydaje się o tym zapominać, z jak dużym ryzykiem była związana taka wiadomość i jak dużym sukcesem było to, że okazała się prawdziwa! Mało kto wie, ze wielu dzisiejszych "ekspertów od Wylatowa" po raz pierwszy tę miejscowość zobaczyło na własne oczy w 2002 roku, kiedy ten fenomen trwał już od wielu lat. Ale na wszystko przyjdzie właściwy czas i myślimy, że publikacja książki pokaże dokładnie przebieg tego, co się tam działo przez wszystkie cztery lata. Pozwoli sobie także każdemu wyrobić własny pogląd na wiele spraw związanych z Wylatowem i kulisach wydarzeń, które tam miały miejsce.
Czy współpracujecie z naukowcami?
Tak. Większość z nich dotarła do nas w tym roku i jest to też wielki sukces naszej operacji Wylatowo 2003. Decydującym elementem był przyjazd Nancy Talbott z BLT, do której zgłosiło się już kilku polskich naukowców zainteresowanych poruszanymi przez nią zagadnieniami związanymi z kręgami zbożowymi. Przykładem może być choćby dr Maciej Szanser, który stał się jednym z nas i który zajął się badaniem gleby z terenu piktogramów, na czym nam bardzo zależało. Inni, jak profesor Jan Stankowski z Instytutu Fizyki Molekularnej, szczerze zainteresowali się tym zjawiskiem i są gotowi "rozmawiać w tej sprawie". Nie wszyscy zgadzają się, aby ujawniać ich nazwiska, gdyż obawiają się reakcji swojego środowiska, choć ten lęk zdecydowanie ulega zmniejszeniu. Na pewno kilku z nich poznacie przy okazji naszego projektu "Kod Biblii", gdyż tu będziemy mieli do czynienia z czystą matematyką. Jeśli chodzi o ujawnianie nazwisk, to z tym samym problemem boryka się Erich von Däniken. Mówił on nam wyraźnie, że ludzie po prostu "się boją", gdyż te zjawiska cały czas są postrzegane jako niepoważne. W każdym razie coś w tej materii drgnęło i już wkrótce zaczniecie mieć okazję poznawać takie osoby przy okazji prowadzonych przez nas projektów.
Czy to prawda, że ludzie Nautilusa nie wpuszczali innych badaczy na pola?
Jest pewna granica absurdu, której nie powinniśmy przekraczać. Argument, że my kogoś nie wpuszczaliśmy na pola jest równie poważny jak ten, że to my wygniataliśmy piktogramy. Jest to kompletna nieprawda, nie mówiąc o tym, że tzw. "inni badacze" nigdy by sobie nie pozwolili na to, żeby ich nie wpuścić! Zresztą kto miałby to robić? Po co? Nie ma co przedłużać tego bełkotu. Szkoda tylko, że w te bzdury uwierzył wydawca miesięcznika poświęconego sprawom UFO i powtórzył te kompletne brednie, mimo że nigdy nie był w Wylatowie i na oczy nie widział tego, co tam się działo. Faktem jest, że jako jedyni posiadaliśmy taśmy i ogradzaliśmy pole z piktogramem, ale była to jedynie przysługa zrobiona właścicielom pola, którzy dzięki temu mogli zapanować nad tłumem, no i pobierać opłaty za wejście. My już jednak z tym nie mieliśmy nic wspólnego i na ogrodzeniu pola nasza rola się kończyła. Inna sprawa, że kilku badaczy miało do nas prawdziwe pretensje o to, że... właściwie nie zabezpieczyliśmy piktogramów i pozwoliliśmy na wejście na niego przypadkowych ludzi! Ich zdaniem miało to pozwolić na przeprowadzenie badań na "kręgu zupełnie nietkniętym stopą ludzką", co nawet miało jakieś uzasadnienie. Raz tylko sytuacja wymagała, aby na pole nie wchodził nikt (poza badaczami, którzy akurat wchodzili na pole do woli), a było to przez kilka pierwszych godzin po powstaniu pierwszego piktogramu na polu państwa Zarywskich, kiedy to właścicielka pola zagroziła, że jeżeli tego "Fundacja NAUTILUS nie zrobi, to ona każe skosić pole". Była to jednak sytuacja wyjątkowa, choć i tu - jak wspomnieliśmy - nie dotyczyła ona tzw. badaczy, gdyż akurat dla nich nie było żadnych granic ani norm, ale tu akurat ich rozumiemy.
Czy prowadziliście badania gleby?
Od razu powiedzmy wyraźnie: badania gleby to nie wzięcie do próbówki trochę ziemi z kręgu, lecz skomplikowana procedura, która narzuca bardzo ostre kryteria postępowania. Nie jest to więc zajęcie dla amatorów pasjonatów, do tego potrzebne są duże pieniądze, laboratoria i właściwi ludzie, których udało nam się szczęśliwie znaleźć. W tym roku w naszych szeregach znalazł się dr Maciej Szanser z Instytutu Ekologii PAN, który zdecydował się wykonać badania gleby z wylatowskich piktogramów w ramach prowadzonych przez siebie badań. Dr Szanser jest osobą, która faktycznie może przeprowadzić badania pozwalające wnieść nowe światło do rozwikłania tajemnicy zbożowych piktogramów. Pobrane w Wylatowie próbki gleby są już w jego laboratorium, choć najważniejsza część jego programu badań przewidziana jest na przyszły rok. Pierwsze efekty pracy dr Szansera są już widoczne na naszych stronach.
Czy to prawda, że Nancy Talbott nie przeprowadziła badań w Wylatowie, a jej cały pobyt był mistyfikacją? Słyszałam, że nie wzięła ze sobą do USA próbek polskiego siana z tych pól. Czy to jest prawda? Czy wyjechała oburzona, bo też coś takiego słyszałam? O tym mówi taki jeden badacz UFO z Wrocławia i trochę się dziwiłam, bo przecież przyjazd Talbott był przecież wielkim wydarzeniem dla wszystkich polskich badaczy tych zjawisk. Jak wyjaśnicie taką reakcje?
Przykład tego pytania pokazuje, jak bardzo ważna była wizyta prezes BLT w Polsce i jak boleśnie odczuli jej pobyt wszyscy zawistni ludzie, których cała "inicjatywa badawcza" w roku 2003 ograniczyła się tylko i wyłącznie do przyjechania do Wylatowa i pokręceniu się z kamerą po okolicy. Oni nie mogą znieść, że Fundacja NAUTILUS zorganizowała pierwszy przyjazd zagranicznych gości do Polski na miejsce, gdzie powstają kręgi, nie mogą pogodzić się z tym, że nam naprawdę udało się założyć monitoring pól (oni jak zwykle kręcili się tylko z kamerami i lornetkami!), że my zorganizowaliśmy dwie konferencje prasowe, wystawę zdjęć, że praktycznie w nieosiągalny dla nich sposób funkcjonowaliśmy w mediach, itp. Faktycznie najbardziej dotkliwie zabolał ich przyjazd Nancy Talbott, więc długo szukali czegoś, co sprawiłoby, że cały jej pobyt można byłoby podważyć. Prawdą jest, że gdzieś w tekście o kręgach miesięcznik "Nieznany Świat" zamieścił informację o tym, że Nancy Talbott będzie badała próbki z Wylatowa w USA, ale sprawa ta wyniknęła ze zwykłego nieporozumienia (o czym ten miesięcznik napisze już wkrótce). Kilka osób chwyciło się jednak tego jak ostatniej deski ratunku, która pozwoliłaby podważyć ewidentny sukces Fundacji NAUTILUS związany z pobytem jednego z największych światowych ekspertów kręgów zbożowych. W sumie trudno im się dziwić, ale łatwo jest krytykować kogoś za coś, kiedy samemu nie zrobiło się nic. Przy okazji przyjazdu Nancy Talbott poznaliśmy jedną wielką tajemnicę wielu polskich badaczy, którzy później najgłośniej krzyczeli w sprawie zakwestionowania autorytetu Nancy Talbott. Jaka to tajemnica? Otóż badacze Ci... w tragiczny sposób posługują się językiem angielskim! Nancy Talbott była szczerze zdziwiona, że na przykład jedna nastolatka z Gdańska, tytułująca się ufologiem, z uporem maniaka przypinająca sobie do ubrania plakietkę z angielskimi napisami - ni w ząb nie mówiła w języku Szekspira! Tacy ludzie jak ona potem najbardziej autorytatywnie i krytycznie wypowiadały się w sprawie pobytu naszego gościa, co było już zupełnym kuriozum. Być może to właśnie przepastna bariera językowa sprawiła, że wiele osób nie zrozumiało tego, co mówiła prezes BLT... To ich w pewien sposób usprawiedliwia. Skoro mówimy o Nancy Talbott - warto wyjaśnić kilka spraw. Kiedy w marcu zapraszaliśmy ją do Polski w ogóle nie było mowy o tym, że Nancy przeprowadzi badania piktogramów, gdyż nawet nie wiedzieliśmy, czy w tym roku takie piktogramy w ogóle powstaną. Prezes BLT miała przede wszystkim zapoznać się ze zgromadzonym przez nas materiałem dotyczącym Wylatowa, który obejmował ostatnie trzy lata. Kiedy okazało się, ze piktogramy jednak powstały, Nancy Talbott zgodziła się przedstawić swoje ustalenia na specjalnej konferencji prasowej. Prezes BLT mówiła wyraźnie, że można określić prawdziwość piktogramu z 90% prawdopodobieństwem na podstawie zmian, które widać gołym okiem po wzięciu do ręki ździebeł zboża i analizie tzw. kolanek. W Wylatowie Nancy wykonała ogromną pracę analizując setki kłosów i sporządziła nawet specjalne tablice poglądowe, które zaprezentowała na konferencji prasowej kończącej operację Wylatowo 2003. Na tej konferencji powiedziała też wyraźnie, że prawdziwość każdego piktogramu ocenia z prawdopodobieństwem 90%. Aby wykluczyć pozostałe 10% należy przeprowadzić badania kosztujące kilkadziesiąt tysięcy dolarów, trwające wiele miesięcy i oparte na 500 próbkach gleby i zboża wziętych z kręgu i terenu poza kręgiem. Nikt nigdy nie przewidywał takich badań podczas pierwszego pobytu naszych gości w Wylatowie i Nancy mówiła o tym tyle razy, że... wypada tylko ubolewać nad faktem, że znajomość języków obcych w naszym narodzie jest tak słaba. Na konferencji prasowej prezes BLT wspominała o badaniach próbek gleby z okolic Wylatowa, ale dotyczą one przedmiotu, o którym pisaliśmy na naszych stronach www. Takie próbki wysłaliśmy do niej już na wiosnę i to ten fakt spowodował pewne nieporozumienie, ale prawdę mówiąc nie ma to żadnego znaczenia. Ważne jest to, że Nancy i Dan Lobb perfekcyjnie wskazali piktogram "Bałwanek" jako ten, który został wykonany przez człowieka. Oparli się o analizę ździebeł zboża, a dokładniej mówiąc ich kolanek wydłużonych na skutek działania promieniowania mikrofalowego. Do tego niepotrzebna jest ani wielka aparatura badawcza, ani potężne laboratoria, ale jedynie kilka godzin pracy na kręgu, no i trzeba się na tym znać! Kolanka są w sposób charakterystyczny wydłużone nawet wtedy, kiedy po kręgu zbożowym przejdą tysiące ludzi! (o tym też mówiła Nancy Talbott). Taką analizę można przeprowadzić nawet w wiele tygodni po powstaniu kręgu i mówiąc prosto - to działa i to jak działa! Prawdą jest także, że nasi zagraniczni goście mówili cały czas o pewności 90%, gdyż właśnie taka postawa cechuje zawodowe podejście do jakichkolwiek badań lub ekspertyz. Kończąc sprawę Nancy Talbott i Dan'a Lobba... Ich przyjazd był faktycznie wydarzeniem i nie dziwimy się, że wzbudził tyle zawiści u osób, których pobyt w Wylatowie był jedynie "oryginalnymi wakacjami z latarką i kamerą". Co im pozostaje? Rozpaczliwie chwytają się argumentu, że "Nancy Talbott nie wzięła próbek zboża" i że oni zdemaskują... Prawda jest taka, że obiecaną analizę kręgów Nancy i Dan przeprowadzili z wielkim sukcesem, a sprawa "Bałwanka" pokazała, jak skutecznie to zrobili. Ich pokoje w Hotelu w Kwieciszewie były pełne ździebeł zebranych na piktogramach, a najlepsze przykłady próbek zostały zademonstrowane na specjalnych planszach zrobionych własnoręcznie przez Nancy. Powtarzamy - prawdziwość piktogramów i fałszywość "Bałwanka" została w ten sposób wykazana z 90% prawdopodobieństwem, o czym informowaliśmy już wiele razy, ale zawsze możemy to powtórzyć raz jeszcze. Wszystko, co przed przyjazdem obiecała prezes BLT zostało spełnione w 100%, zaś jej wiarygodność, wiedza i profesjonalizm może być niedościgłym wzorem dla tych wszystkich, dla których nawet język angielski stanowi nieprzeniknioną zagadkę. Oceniamy, że przyjazd Nancy Talbott (obok zaproszenia Ericha von Dänikena) był jednym z naszych największych tegorocznych sukcesów i nigdy nie mogliśmy przypuszczać, że doprowadzi do tak bliskiej współpracy Fundacji NAUTILUS i BLT Research. Na koniec możemy powiedzieć, że Nancy Talbott wyjechała zachwycona Polską i ludźmi, których spotkała. Jedno wiemy na pewno: w tym roku zyskaliśmy prawdziwych przyjaciół w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, a to jest największy sukces i to nie tylko w wymiarze badań kręgów zbożowych.
Od zaprzyjaźnionych badaczy słyszałem, że zarobiliście majątek na Wylatowie i że tak naprawdę po to żeście zrobili to całe zamieszanie z kręgami. Czy to prawda?
Kłamstwo kłamstwem pogania. Nie tylko, że nie zarobiliśmy nawet złotówki na Wylatowie, to jeszcze zadłużyliśmy się po uszy zaciągając kredyty na kartach kredytowych. Ktoś, kto opowiada takie bzdury, nigdy nie był w Wylatowie i nie widział naszej operacji. Prawda jest brutalna i zawsze mówiliśmy ją wprost każdemu, kto zdecydował się przystąpić do nas - to jest zajęcie tylko dla pasjonatów. Jeśli ktoś chce na tym zarobić, to nie ma dla niego miejsca w naszej grupie. Zdarzały się takie osoby, ale były one szybko usuwane albo same się wycofywały widząc, że badanie kręgów zbożowych to najgorszy interes na świecie - można do niego tylko i wyłącznie dopłacać.
Czy to prawda, że kamera filmowa w ogóle nie była przez Was używana? Słyszałem, że nie mieliście do niej taśmy. Czy to prawda?
To bardzo miłe, że ktoś zainteresował się naszą kamerą Krasnogorsk i jej taśmą filmową. W ub. roku w naszej bazie przez cały czas była identyczna kamera filmowa wypożyczona ze studia filmowego Kobart wyposażona jak najbardziej w taśmę, ale prawdę mówiąc nie spełniła swojej roli, gdyż była trochę... za ciężka. Nikt nie chciał z nią chodzić, w sposób naturalny wyparły ją zwykłe cyfrowe lub analogowe kamery ręczne. Stało się to tym bardziej oczywiste, kiedy wbrew naszym obawom dziwne zjawiska nad Wylatowem dawały się nagrywać bez problemu na zwykłe kamery magnetyczne. W tym roku także zaopatrzyliśmy się w podobny typ kamery Krasnogorsk i to tylko z tego powodu, że darzyliśmy ją wielkim sentymentem jeszcze z ub. roku, ale praktycznie leżała ona zapomniana w przyczepie campingowej służącej za punkt obserwacyjny. Przez osoby przebywające w przyczepie była dla zabawy ciągle otwierana i nakręcana (była na sprężynę); leżała niestety na widoku. Prawdziwy problem pojawiał się tylko wtedy, kiedy przychodzili dziennikarze. Po wejściu do przyczepy natychmiast zwracali uwagę na tę starą kamerę i wręcz błagali, aby można było wykonać fotografię tego przedpotopowego sprzętu. Było to dla nas krępujące, gdyż chcieliśmy, aby postrzegano nas przez pryzmat monitoringu i nowoczesnych kamer, a ten nieszczęsny Krasnogorsk-3 wyglądał tak staroświecko, że aż wstyd. Dziennikarze prosili nas jednak, aby pokazując wyposażenie przyczepy demonstrować także ten okazały sprzęt, gdyż nic tak dziwacznie nie wygląda, jak stara rosyjska 16-tka... I tak nasza kamera pojawiła się na kilku fotografiach w prasie i prawdę mówiąc nie widzieliśmy w tym niczego złego. To prawda, że kiedy założyliśmy monitoring z tzw. UPS-em znaczenie tej kamery spadło do zera, ale nadal darzyliśmy ją wielki sentymentem. To miło, że akurat nasz ukochany Krasnogorsk-3 wzbudził w kimś zainteresowanie, bo wydawało nam się, że jej staromodny wygląd ją zupełnie zdyskwalifikował. Już po roku 2002 wiedzieliśmy, że kamery na taśmę filmową odeszły do lamusa i ich znaczenie w takiej operacji jak Wylatowo 2003 jest żadne, gdyż przegrywają z nowocześniejszym sprzętem.
Wasza Fundacja jest bardzo tajemnicza, kim jesteście? Ilu Was jest? Kto redaguje strony?
Fundację NAUTILUS założyły cztery osoby, czyli Joanna Karwat, Małgorzata Corvalan, Jarosław Żamojda i Robert Bernatowicz, a miało to miejsce we wrześniu 2001 roku. Od tego czasu wokół Fundacji skupiło się kilkadziesiąt osób, w tym najaktywniejsza grupa działa w Warszawie i jest to około 20-tu osób. Po dwóch latach udało nam się stworzyć bardzo zgrany zespół, w którym każdy znalazł miejsce dla siebie. Ponieważ posługujemy się internetem - Polska zmniejszyła się gwałtownie! I tak na przykład naszym ważnym miastem jest Szczecin, gdzie jest człowiek odpowiedzialny za kształt graficzny naszych stron (pozdrawiamy Ciebie, drogi Lessu!). Potem Kraków, Poznań, Gdańsk... jest tych "bardzo ważnych osób" coraz więcej! Od samego początku dbaliśmy o to, aby nie popełnić błędu innych i nie zatonąć w strukturach, członkach, zarządach, itp. Miała to być grupa ludzi powiązana ideą, a nie "legitymacjami i składkami". A Fundacja jako prawnie zarejestrowany podmiot? Ona jest tylko wtedy potrzebna, kiedy musimy występować oficjalnie, zgłaszać się do instytucji, itp. Ten pomysł sprawdził się znakomicie i będziemy się go trzymać. Inna sprawa to "Załogi NAUTILUSa". To jest prawdziwa armia ludzi! I w tej sprawie odbywamy obecnie szereg spotkań, na których zdecydujemy o kierunku rozwoju "tego fenomenalnego ruchu". Na pewno nie zostawimy naszych załogantów, jesteśmy w końcu właśnie dla nich. Jesteśmy im coś winni i dotrzymamy słowa!
Dlaczego nic nie piszecie o tym, że był pożar w Wylatowie i że Wy żeście go zrobili?
Już o tym wspominaliśmy - pożar był, ale został zaprószony prawdopodobnie przez przypadek i to kilka tygodni po tym, jak opuściliśmy Wylatowo. Z relacji wiemy, że spaliły się pola, na których powstały piktogramy (czyli pola państwa Zarywskich). Nieprawdą natomiast jest to, że ktoś z NAUTILUSa został złapany na gorącym uczynku i siedzi w areszcie za podpalenie pola (o czym przeczytaliśmy w jednym z maili). Umówmy się, że kompletnych głupot nie będziemy wyjaśniać, bo szkoda naszego czasu.
Jak to było z pierwszym piktogramem w Wylatowie, czy to prawda, że doszło do konfliktu z właścicielami pola?
Wszystkie tegoroczne piktogramy powstały na polu państwa Zarywskich. Paradoks polegał na tym, że byli to akurat ci mieszkańcy Wylatowa, którzy od lat byli najbardziej niechętni zjawisku kręgów zbożowych. Tuż po powstaniu pierwszego kręgu w nocy z 26 na 27 czerwca 2003 pani Zarywska zrobiła awanturę Robertowi Bernatowiczowi, że... on nie pilnuje jej pól! Zagroziła, że jeśli NAUTILUS nie otoczy barierkami całego pola i nie zabroni wchodzić na jego teren obcym ludziom, to ona skosi pole. Atmosfera była napięta. Z pomocą przyszedł naczelnik Mogilna Rafał Luksteadt, który w zdecydowany sposób wytłumaczył właścicielce pola, że albo skorzysta z oferty zaproponowanej przez niego "pobierania opłaty od wejścia na pole", albo niech kosi pole, a nikt jej w tym nie będzie przeszkadzał. W końcu udało się znaleźć kompromis, zaś Robert Bernatowicz zgodził się, że pierwszego dnia on i jego ludzie przypilnują, aby do momentu otoczenia barierkami samego piktogramu nie zniszczono zboża. Potem przyjechał podnośnik hydrauliczny, a opłatami za "podniesienie koszem w górę" właściciel podnośnika dzielił się z właścicielami pola. Konflikt pojawił się znowu, kiedy na polu powstał kolejny piktogram. O co chodziło? W obu przypadkach o to samo. Znamienne, że właściciele pola natychmiast żądali interwencji Fundacji NAUTILUS! Na pytanie, dlaczego akurat NAUTILUS, padała odpowiedź "bo to wy jesteście najbardziej znani i przez Was to wszystko!". Potem było jeszcze ciekawiej, ale o tym wszystkim już w książce "Kontakt - Historia Prawdziwa"!
Słyszałem, że wizyta Krzysztofa Jackowskiego w Wylatowie miała niecodzienny przebieg i tak naprawdę uprzedzał on Was przed działalnością jakiegoś złośliwego człowieka. Czy możecie to potwierdzić?
Potwierdzamy to, ale prawdę mówiąc czynimy to niechętnie. W tej sprawie powinien się najlepiej wypowiedzieć Robert Bernatowicz (gdyż to właśnie jemu najwięcej mówił Jackowski w cztery oczy), ale on odmówił. O ile nam wiadomo Jackowski tuz po przyjeździe do Wylatowa spotkał się ze wszystkimi członkami Bazy NAUTILUSa, aby - jak twierdził wcześniej - opowiedzieć o jasnowidzeniu. Tymczasem od samego początku zaczął ich przekonywać, że najlepiej... z Wylatowa wyjechać i dać sobie z tym wszystkim spokój! Według jasnowidza rozgłos, jaki zyskała Fundacja NAUTILUS w całej Polsce, przysporzył jej wielu wrogów i ludzi wyjątkowo zawistnych i zakompleksionych, którzy nie są w stanie znieść popularności NAUTILUSa, a zwłaszcza medialnych uzdolnień niektórych z nas. Krzysztof Jackowski uprzedzał, że jeden Pan (określił go bardzo dokładnie!) czuje się zapomniany przez media, pominięty w przekazach telewizyjnych, niedoceniony do bólu przez dziennikarzy (nikt go nie znał poza garstką innych badaczy, wszyscy zgłaszali się o wypowiedź do Roberta Bernatowicza), a sprawa kręgów jest dla niego życiową pasją i on sobie z tym sam nie poradzi. "Ten człowiek będzie próbował Ciebie zniszczyć, Robert, ale mu się to nie uda" - mówił zdziwionemu prezesowi NAUTILUSa jasnowidz. Był to prawdziwy wstrząs dla wszystkich ludzi zgromadzonych w Bazie NAUTILUSa, tego się nie da opowiedzieć. Po wygłoszeniu tego apelu Jackowski zostawił zszokowanych ludzi, wsiadł do samochodu i natychmiast wyjechał z Bazy NAUTILUSa. Wbrew radom Jackowskiego NAUTILUS doprowadził operację Wylatowo do końca, a przepowiednia jasnowidza nie sprawdziła się.
Czy to prawda, że wygnietliście wszystkie kręgi zbożowe w Wylatowie, a zapłacił Wam za to miesięcznik Nieznany Świat?
Kompletna bzdura! Z miesięcznikiem "Nieznany Świat" ściśle współpracujemy w organizacji badania wylatowskich piktogramów i teza, że razem wspólnie wygniataliśmy kręgi jest tyleż absurdalna, co śmieszna. Mamy nadzieję, że nasi przyjaciele z Nieznanego Świata wybaczą nam, że zamieściliśmy to głupie pytanie i nawet spróbowaliśmy na nie odpowiedzieć, ale... wierzcie nam - i tak wybieraliśmy tylko te co bardziej rozsądne pytania! (wyobraźcie sobie, co zawierały pozostałe).
Czy w 2002 roku Fundacja Nautilus terroryzowała społeczność Wylatowa? Słyszałem, że przy pomocy małych dzieci doprowadziliście do paniki i ewakuacji wszystkich mieszkańców tej wioski.
Oto kolejny przykład, do czego mogą się posunąć ludzie w plotce, która u źródła ma incydentalne i wręcz banalne wydarzenie. Nie było żadnej ewakuacji wioski, a tym bardziej nie było żadnego terroryzowania mieszkańców Wylatowa! Co w takim razie się stało? Było to rok temu, 11 lipca 2002 w nocy, podczas naszej pierwszej akcji prowadzenia obserwacji pól w Wylatowie. Jednym z elementów wystroju największego pokoju bazy NAUTILUSa był ubiór tzw. Aliena (peleryna z głową obcego kupiona w sklepie z zabawkami), który był używany jako maskotka i zabawny gadżet. Przywiezienie tej maskotki do Wylatowa w sumie było średnim pomysłem, bo co i rusz ktoś chciał kogoś tym strojem nastraszyć, ale po pewnym czasie wszyscy wiedzieli, że jest to nasz nautilusowy "ufiak" i tylko przebrany za niego właściciel pól Tadeusz Filipczak wzbudził kiedyś jakąś sensację... Spędzanie tylu dni na polu sprawiało, że czasami nam wszystkim należała się chwila odprężenia, gdyż inaczej można byłoby naprawdę zwariować! Było ok. północy, kiedy nasi świeżo poznani znajomi z Wrocławia zaczęli się zabawiać podrzucając do góry zapalone latarki, aby w ten sposób nabrać pozostałe osoby pozostające w bazie, że oto pojawiły się obce obiekty. Ich podłe plany nie powiodły się! W rewanżu na ten żart ktoś z bazy zgłosił pomysł, że w takim razie trzeba ich spróbować nastraszyć za pomocą naszej maskotki, bo może jeszcze oni jej nie widzieli! Na pole wyruszyła ekspedycja załogi Bazy z mocnym postanowieniem zemsty "za latarki"! Próba nie powiodła się, ale było dzięki temu śmiechu co niemiara. Wracając z pola nasz strój "kosmity" założył na siebie Miłosz, 15-letni chłopak, na którego pasował on wręcz idealnie. Było już trochę po 1-szej w nocy, kiedy podczas powrotu do bazy Robert Bernatowicz zaproponował całej rozbawionej grupie "z latarkami i płaszczem obcego", aby sprawdzić, czy kierowcy na widok "dziwnej postaci na poboczu" zdecydują się zatrzymać i sprawdzić, co się dzieje. Były dwie próby, ale wszystkich spotkało wielkie rozczarowanie. Dwa samochody leniwie przejechały obok siedzącego w kucki Miłosza w płaszczu nie wykazując nim większego zainteresowania, a przynajmniej tak nam się początkowo wydawało. Wszystko trwało może z minutę, wszyscy byli zawiedzeni brakiem jakiejkolwiek reakcji obu kierowców i cała grupa wróciła do bazy zapominając o całym zajściu, zaś płaszcz "obcego" został ponownie zawieszony na kiju od szczotki w głównym pokoju. Wnioski były mało zachęcające. Nawet jeśli ktoś zachowywał by się podejrzanie na poboczu drogi lub co gorsza wygniatał kręgi, to na pewno nie było co liczyć na jakąkolwiek interwencję kierowców. Po prostu nie było żadnej reakcji, a więc o kierowcach jako świadkach mogliśmy zapomnieć. Minęło kilka dni, już dawno zapomnieliśmy o nocnej historii z "obcym" przy drodze którego nikt nie zauważył, kiedy do Bazy przyjechał czerwony maluch z Mogilna. Okazało się, że był to mężczyzna, który tamtej nocy jechał jednym z tych dwóch samochodów. Złożył on relację o tym, że widział w nocy dziwną postać, która "siedziała na czymś przy tym polu z kręgami". Mężczyzna nie był specjalnie wystraszony, choć o całym zajściu opowiadał z wyraźnym przejęciem. Jego wizyta zaskoczyła nas trochę, a po dłuższej dyskusji uznaliśmy, że wnioski mogą być w sumie budujące. Opis naszej maskotki był dosyć wierny (niski wzrost, zamiast oczu blacha, itp.), zaś całkowity brak zainteresowania kierowców przejeżdżających obok wylatowskich pól na szczęście okazał się złudzeniem (późniejsze legendy o "panice" lub zamykaniu się w łazience wystraszonych kierowców były już tylko powtarzanymi przez zawistnych ludzi bzdurami, o których nawet nie ma co pisać). Po małej naradzie mieszkańców bazy wspólnie uznaliśmy, że cała sprawa nie jest warta większej uwagi, choć trzeba zakazać wszelkich zabaw z użyciem wyrzucanych w powietrze zapalonych latarek i "płaszczem Obcych", bo tylko można w ten sposób narobić sobie kłopotów. Szczegółowy opis tego wydarzenia znajdziecie w książce "Kontakt - Historia Prawdziwa!" Warto poczekać!
Dlaczego ukrywacie prawdę o kradzieży raportów innej grupy badawczej? Słyszałem to od wiarygodnych badaczy, że ukradliście im jakieś raporty a może coś innego, nie pamiętam już dobrze. Czy możecie to skomentować?
Jest to dokładnie tak, jak w znanym dowcipie o informacji podanej przez Radio Erewań: że na Placu Czerwonym w Moskwie rozdają samochody. I jest to prawda, tyle, że nie do końca, bo nie w Moskwie tylko w Mińsku, nie samochody tylko rowery, i nie rozdają, ale kradną. Tak samo jest w tym przypadku. Nigdy nikomu nie ukradliśmy żadnych raportów, natomiast prawdą jest, że doszło do takiej kradzieży w roku 2002 w Bazie NAUTILUSa. Jest w Polsce taka grupa badawcza, która składa się głównie z bardzo młodych, zdolnych i ambitnych ludzi, którzy zostali zaproszeni przez Roberta Bernatowicza do Bazy NAUTILUSa w roku 2002. W tej właśnie grupie doszło do gwałtownego sporu, chwilowego podziału oraz do zabawnego incydentu, kiedy to koordynator grupy wyjeżdżając z Wylatowa "zakosił" raporty sporządzone przez innego młodego dżentelmena z tej samej paczki, którego zdążył w międzyczasie z tej organizacji wykluczyć za niepodporządkowanie się decyzji władz... W każdym razie wszystko zakończyło się szczęśliwie: raporty pod koniec roku wróciły do prawowitego właściciela, zaś on został ponownie przyjęty na łono tej organizacji i jest w tej chwili jej aktywistą. Kuriozalne było to, że po tym wszystkim gdzieś poszła plotka, że to... prezes NAUTILUSa podkradł jakieś raporty! Musieliśmy się tłumaczyć, że my tylko zaprosiliśmy tych dżentelmenów do naszego domu i nie mieliśmy z ich harcerskimi przepychankami wiele wspólnego poza tym, że obserwując wzajemne podgryzanie się tych młodych ludzi mieliśmy śmiechu, co niemiara. To już historia i nie wracajmy do tego. Po tym wszystkim wyciągnęliśmy kilka wniosków na przyszłość przy organizacji podobnych operacji, aby uniknąć tego typu skandalicznych wydarzeń i tym samym niepotrzebnych kłopotów. W roku 2003 nie kompletując obsady naszej Bazy nie popełniliśmy już takich błędów.
Czy to prawda, że w ogóle nie było patroli? Czy nikt nie obserwował i nie dyżurował przy kamerach?
Operacja Wylatowo 2003 tym się różniła od naszej akcji w roku 2002, że tym razem spróbowaliśmy wprowadzić minimum dyscypliny. Podstawową sprawą były dyżury w przyczepie, w której osoby zmieniały się co cztery godziny. Mieliśmy grafik, który jest przez nas trzymany jak cenna pamiątka. Takie dyżury odbywały się także w nocy. Był z tym pewien kłopot, bo na samym początku akcji naszą przyczepę upatrzył sobie na sypialnię pewien badacz UFO, który zaczął potem jednak sypiać we własnym samochodzie, więc problem rozwiązał się sam. Obowiązkiem dyżurującej osoby była nie tylko obserwacja pola, ale także odpowiadanie na pytania osobom przyjeżdżającym do Wylatowa, które chciały obejrzeć piktogramy. Na wyposażeniu przyczepy zawsze była jakaś ręczna kamera Hi8 albo DV na wszelki wypadek, ale trzeba przyznać, że znaczenie jej spadło w momencie uruchomienia monitoringu. Dyżury w przyczepie sprawdzały się znakomicie i trwały aż do końca lipca. Sprawa patrolowania pól wyglądała inaczej. Po Wylatowie kręciło się tylu ciekawskich, że czasami okoliczne drogi wyglądały jak deptaki w kurorcie. Poza tym w Bazie bywało nawet po 30 osób, które bezustannie chodziły po okolicy. Patrole oczywiście były, choć nie tak regularne, jak dyżury w przyczepie. Patrolami nazywaliśmy wszelkie eskapady "ludzi z Bazy", którzy w nocy wyruszali sprawdzić, czy coś złego nie dzieje się na drodze czy obserwowanych przez nas polach. Czasami na tzw. "patrol" wyruszano pojedynczo, czasami w kilka osób. Zdarzało się, że ktoś dostrzegł "podejrzane" światło latarki lub trzeba było sprawdzić, czy niektóre "niezidentyfikowane światła" nie są przypadkiem światłami stojącego przy drodze samochodu.
Czy to prawda, że wasz monitoring okazał się nieskuteczny, a kamery w ogóle "nie widziały" w nocy? Jakich kamer używaliście? Czy monitoring był wyłączany na noc?
Zanim odpowiemy na to pytanie, opowiemy Wam pewną historię. Kiedy ruszył monitoring 25 czerwca 2003 roku, wtedy czekaliśmy na dowiezienie nam profesjonalnego magnetowidu z zapisem 24h, który pozwalałby na ciągłe nagrywanie monitorowanego obszaru. Obraz nagrywaliśmy na cztery zwykłe magnetowidy 6-głowicowe, a nocne zmiany kaset były istnym koszmarem! 30 czerwca magnetowid na szczęście dotarł i od tej pory zapis był bezlitosny - nawet gdyby poszedł prąd, to i tak mieliśmy UPS-y, więc w wypadku przerwy w dostawie prądu "maszyna szła by do przodu". Ostatni piktogram w Wylatowie pojawił się rano 7-go lipca, a potem... cisza! Mijał tydzień za tygodniem, atmosfera w Bazie znacznie zgęstniała. Kolejne osoby zaczęły mieć pretensje do Roberta Bernatowicza, że... nie wyłącza monitoringu na noc! To był istny cyrk. Dotarły do nas informacje, że przez brak nowych piktogramów dramatycznie spadło zainteresowanie witryną internetową o Wylatowie. To też zaczęło sprawiać, że była na nas wywierana presja, aby wreszcie "wyłączyć na noc sprzęt". Wszystko przez "upór Pana Prezesa"; zaczęło być niewesoło. Im bliżej końca akcji, tym presja na Roberta Bernatowicza była większa. - Co Ci szkodzi do diaska? Wyłącz te kamery choć na jedną noc, kilka godzin... Daj tym ufiastym choć jedną szansę! Robert Bernatowicz był nieugięty, takiego samego zdania był Marek Rymuszko, podobnie Nancy Talbott. Gdyby być niekonsekwentnym, wtedy cała ta operacja monitoringu nie miałaby żadnego sensu! Kulminacją całego cyrku związanego z kamerami "nocą" była wizyta jednego z gospodarzy z Wylatowa, zresztą bardzo znanego. Przyniósł on pół litra, zagrychę i spróbował w ten sposób przekonać prezesa NAUTILUSa, że może jednak warto wyłączyć na tych kilka godzin "te kamerki, bo widzi pan Panie Robercie, że ONI odlecą gdzieś indziej..."! Taka była okrutna prawda o nocnym wyłączaniu kamer. Gdyby kamery były atrapami lub byłyby nieskuteczne, to nie było by tego całego cyrku wokół uporu prezesa NAUTILUSa. Skąd się wzięła plotka o tym, że kamery były wyłączane na noc? Można tylko się domyślać, jak duża musiała być determinacja zawistnych nam osób, że zaczęli mówić takie bzdury. Oświadczamy niniejszym, że kamery naszego monitoringu sprawdziły się rewelacyjnie, a ich czułość w nocy była nawet dla nas niespodzianką. Kiedy było widno, zapis był tak wyraźny, że nawet z odległości kilkuset metrów mogliśmy rozpoznać po sylwetce lub koszuli, kto idzie drogą "przy silosie". Obawialiśmy się, że najgorzej będzie w nocy, ale okres całkowitych ciemności przypadał na zaledwie cztery godziny, mniej więcej od 22.00 do 2.00, kiedy już zaczynało się wyraźnie przejaśniać. Nasze kamery były nowoczesnymi kamerami używanymi w monitoringu przemysłowym (nie ma specjalnych kamer do badań ufologicznych), ale jakość obrazu przez nich przekazywanego była wręcz zastanawiająca. Tu jedna uwaga - najsprawniejsze okazały się kamery czarno-białe, które biły na głowę jakością obrazu ich kolorowe odpowiedniki i dlatego na najważniejsze pola były skierowane właśnie te najbardziej czułe. W okresie całkowitych ciemności było widać każde światło, nawet najmniejsze zapalenie latarki! Z doświadczeń z ubiegłych lat wiedzieliśmy, że kręgi były wykonywane nad ranem, często po godzinie drugiej w nocy (przykładem może być choćby rok 2002), więc wyłączanie monitoringu na te cztery godziny byłoby absurdem i ostatnią głupotą. W naszej pamięci pozostawał także opis wykonywania piktogramu, który opowiedział Jerzy Szpulecki. Mówił on wyraźnie o kuli światła, która roztaczała wokół siebie oślepiający blask. Wiedzieliśmy dobrze, że każdy jasny obiekt zostanie zarejestrowany przez nasz sprzęt. Problem pojawił by się wtedy, gdyby w polu kamer ktoś pokusił się o zrobienie piktogramu ("Bałwanek" powstał daleko od naszego monitorowanego obszaru, a poza tym faktycznie został zrobiony w małej szczelinie pomiędzy kamerami). Do godziny drugiej ilość osób z naszej Bazy kręcących się po okolicy była na tyle duża, że raczej próba wygniecenia kręgów podjęta przez ludzi byłaby trudna, o ile w ogóle możliwa. Co było naszym prawdziwym utrapieniem? Deszcz. Musicie wiedzieć, że na przykład w noc, kiedy wesoła ferajna ze Szczecina wygniatała "Bałwanka", lało prawie przez całą noc. Każda kamera miała specjalną grzałkę, ale czasami, z niezrozumiałych powodów, niedokładnie wysuszały one obiektywy kamer. Kiedy jeszcze na wiosnę poszukiwaliśmy sprzętu do monitoringu dowiedzieliśmy się, że istnieją specjalne japońskie kamery noktowizyjne, które są przystosowane do dalekiego zasięgu (ponad 1 kilometr). Cały sprzęt kosztował by wtedy tyle, ile średniej klasy helikopter. Wiedzieliśmy już, że powinniśmy poruszać się w obszarze realnym finansowo, choć i tak gdyby nie pomoc profesjonalnej firmy i kilku osób, to o naszym monitoringu nie mogłoby być mowy. W każdym razie na przyszłość: jeśli tylko ktoś będzie chciał przeprowadzić podobną akcję, to z czystym sumieniem polecamy nowoczesne kamery do monitoringu przemysłowego, ale jednak te z "wyższych półek cenowych", jakimi my dysponowaliśmy. I absolutnie musi być magnetowid w pełni profesjonalny z zapisem ze wszystkich czterech (lub więcej) kamer. Nagrywanie obrazu z każdej kamery na oddzielny magnetowid (co byliśmy zmuszeni robić przez kilka dni) jest prawdziwym koszmarem. Cały pokój po pewnym czasie wypełnia się kasetami magnetowidowymi a dyżury przy magnetowidzie zamieniają się w wartę wojskową... A jednak warto jest coś takiego zrobić! Mamy ogromną satysfakcję, że udało nam się nagrać kilka naprawdę niesamowitych przelotów obiektów, i to nie tylko w dzień, ale i w nocy. Monitoring przeprowadzony przez Fundację NAUTILUS był czymś, co było konkretnym działaniem stanowiącym próbę złapania "twórców kręgów" na gorącym uczynku. Jednocześnie był to także sprawdzian tego, jaka będzie reakcja twórców kręgów na takie przedsięwzięcie. Naszym zdaniem reakcja była zdecydowana i jest to ogromny krok na drodze do poznania istoty tego zjawiska. Z czym można było porównać nasz monitoring w Wylatowie? Z ręcznymi kamerkami w dłoniach wakacyjnych pasjonatów, którzy chodzili po wylatowskich zagajnikach? Wolne żarty! Osoby które były w Wylatowie mogły się przekonać na własne oczy, że dla wielu pobyt "badawczy" w Wylatowie ograniczył się tylko i wyłącznie do "przemieszczania" po polach z latarkami i lornetkami. To oni najgłośniej i najzajadlej krytykowali nasze kamery... Łatwo jest krytykować kogoś za coś, kiedy samemu nie zrobiło się nic - ta stara zasada sprawdziła się w tej sytuacji znakomicie. Wcale się nie dziwimy, że nasza akcja wzbudziła w nich tyle żalu i frustracji. Kamery się sprawdziły: działały non-stop i zarejestrowały kilka ciekawych rzeczy. Pokaz tego, co zarejestrował nasz monitoring i jaka była jakość obrazu (także w nocy), mieli okazję obejrzeć czytelnicy miesięcznika "Nieznany Świat" na multimedialnym wykładzie, który odbył się 23 października w Warszawie.
Co z książką "Kontakt - Historia Prawdziwa" o wydarzeniach w Wylatowie? Kiedy będzie ją można przeczytać?
Mamy dobre wiadomości - dzięki uporczywej presji wywieranej na Roberta Bernatowicza przez jego przyjaciół z Fundacji książka jest szczęśliwie na ukończeniu i jest gotowa nawet okładka (już wkrótce na naszych stronach www!). Jest to książka, która z założenia ma być dobrą literaturą, a nie tylko "zapisem wydarzeń". Czytaliśmy fragmenty i powiemy Wam tylko tyle, że... nie można się oderwać! Będzie tam opisany także dokładnie cały okres początku kręgów w Wylatowie, kiedy to dobrą sprawą Wylatowa nie interesował się pies z kulawą nogą. Robert Bernatowicz jeździł do Wylatowa już w 2000 roku (nie mówiąc o roku 2001) i to przecież dzięki jego prawidłowemu odczytaniu przekazu zawartego w piktogramach o "powrocie twórców piktogramów" była możliwa akcja w 2002. To także on wpadł na pomysł stworzenia własnej bazy w Wylatowie, który potem w tak koślawy sposób był papugowany; wiele osób zdaje się o tym zapominać. W każdym razie warunek był jeden - jeśli miałaby powstać książka "dla ufologów", to od razu można byłoby dać sobie spokój z jej pisaniem. Książka musi więc być "dla wszystkich", a ta sztuka wymaga talentu i dobrego pióra. Ale o to akurat możecie być spokojni.
Dlaczego nie ma na Waszych stronach normalnego działu Forum, gdzie każdy, kto tylko chce, może dać swoją wypowiedź?
Jest to oczywiście przemyślane posunięcie, aby uniemożliwić wypisywanie niestworzonych głupot. Poczytajcie sobie różne "Forum"-y i zwróćcie uwagę na poziom wypowiedzi. Czasem wystarczy, że znajdzie się jedna osoba wypisująca bzdury, a całe Forum zamienia się w wielką żenadę (ostatnio mieliśmy tego przykład). Nie jest to dobry pomysł. Poza tym chcemy, aby nasza witryna była inna od setek podobnych do siebie, jak jednojajowe bliźnięta. Ci, co szukają podobnych witryn po sieci wiedzą, o co nam chodzi. Natomiast wszystkie rozsądne wypowiedzi i pytania będą z czasem prezentowane na naszych stronach, ale zrobimy to w elegancki i nowatorski sposób.
Czy sami jesteście ufologami? Których badaczy UFO uważacie za wiarygodnych?
To smutne, że Fundacja NAUTILUS jest w takim stopniu utożsamiana tylko i wyłącznie z zagadnieniami UFO. Widzimy to choćby po mailach, które przychodzą do naszej redakcji. Musimy to zmienić, wszystko przez akcję Wylatowo... Otóż oświadczamy, że nie jesteśmy ufologami i nie chcemy zawęzić się tylko i wyłącznie do ufologii. Jakie zresztą kryteria mają o tym zdecydować? Ilość przebadanych spraw? Ilość posiadanych zdjęć? Ilość zanotowanych przelotów UFO? Gdyby tak przyjąć, to nasze wieloletnie archiwa byłyby... ale naprawdę - nie możemy ograniczać się tylko do ufologii. Ostatnio zdarza się, ze nastoletnie dzieciaki tytułują się ufologami, bo oni "się interesują UFO"... Nie, my na pewno ufologami nie jesteśmy i daje nam to niezwykle komfortową sytuację. Jeśli chodzi o polskich badaczy UFO, to wszyscy oni zmieszczą się w jednej sali gimnastycznej, a i to nie największej. To elitarna grupa! Są tam ludzie bardzo porządni, że wymienimy na przykład pana Bronisława Rzepeckiego - skromnego i uczciwego mieszkańca pięknego miasta Kraków. Człowiek ten wykonał przez wiele lat nieprawdopodobną pracę polegającą na spisywaniu setek relacji przelotów UFO, lądowań, wzięć, itp. Szkoda, że mimo tego żadna poważna instytucja tym się nie zainteresowała... W Warszawie przez wiele lat niekwestionowanym autorytetem był Kazimierz Bzowski, wielce zasłużony dla badania tego zjawiska. Szkoda, że odszedł Arnold Mostowicz... Od jego książek wielu zaczynało swoją przygodę z "tropieniem obcych". W każdym razie można by jeszcze kilku Panów wymienić, może ze dwóch... Szkoda, bo np. w Stanach Zjednoczonych takich ludzi są setki.
Czy robiliście pomiary radioaktywności na polach w Wylatowie? Czy macie takie wyniki?
Tak, choć naprawdę nie ma o czym mówić, przynajmniej jeśli chodzi o radioaktywność. Mamy tzw. licznik Geigera, który za 50 złotych kupiliśmy "od ruskich" na koronie warszawskiego Stadionu Dziesięciolecia kilka lat temu. W 2000 i w 2001 roku faktycznie zabieraliśmy ten licznik wszędzie, gdzie się dało i mierzyliśmy "pole". Szybko okazało się, że nie ma żadnej zwiększonej radioaktywności w kręgach zbożowych, a pomiary "pola" wewnątrz kręgu i poza nim były takie same. Można powiedzieć "dzięki Bogu", bo kto by w sytuacji zwiększonej radioaktywności chodził po piktogramach? Po dwóch lat uznaliśmy, że piktogramy są bezpieczne, tzn. pozbawione zwiększonej dawki promieniowania i prawdę mówiąc licznik Geigera został trochę przez nas zapomniany - wyparły go mierniki pola magnetycznego. Jedno z takich urządzeń przez trzy miesiące prezentowaliśmy na wystawie w Chabsku. I w tym wypadku też nie stwierdziliśmy żadnego zwiększonego pola magnetycznego wewnątrz kręgów. Publikowanie wyników badań nie miało więc większego sensu. Po prostu wszystkie pomiary były takie same. Inaczej było w przypadku odchylenia kompasu, choć - przyznajmy to szczerze - to też nie było regułą. Raz tylko słyszeliśmy o przypadku, kiedy w 2001 roku w piktogramie w Wylatowie zwanym "Hostią" doszło do niesłychanego przypadku, kiedy wskazówka kompasu kręciła się w kółko, a kompas należał do jednego z dziennikarzy, który przyjechał do Wylatowa i był podobno przeciwnikiem teorii nadnaturalnego pochodzenia piktogramów. Nie byliśmy świadkami tego wydarzenia, więc nie jesteśmy tego pewni. Jeśli chodzi o sprzęt pomiarowy - dzięki wizycie Nancy Talbott wiemy, co warto mieć w swoim wyposażeniu. Kosztuje to sporo, ale mamy życzliwych ludzi w Niemczech (pozdrawiamy Ciebie Ryszard, jeśli czytasz te słowa!), którzy zakupili dla nas kilka urządzeń, w tym noktowizor, który także pokazywaliśmy na wystawie w Chabsku. Mamy też ciekawostkę, ładny gadżecik - tzw. Kieszonkowy Miernik Tesli, jednak wersja, którą posiadamy, nie do końca się sprawdziła - była za mało dokładna. O wiele lepszy jest tzw. Miernik Smogu Magnetycznego - kolejna nasza tegoroczna zdobycz. Pokazuje to samo, ale jest o niebo dokładniejszy niż tzw. Tesla Monitor (odradzamy zakup takiego urządzenia, szkoda pieniędzy). Co nam jest potrzebne? Potrzebujemy sprzętu do badania i wytwarzania (w celach badawczych) mikrofal, gdyż mikrofale odgrywają ogromną rolę podczas robienia piktogramów (od naszych niemieckich przyjaciół mamy obiecany taki sprzęt). Na naszym wyposażeniu znajduje się również rzecz najprostsza, ale niezwykle skuteczna, czyli... zwykły antyradar, który idealnie sprawdza się w sytuacjach, kiedy pojawiają się obiekty UFO. Prawdopodobnie uaktywnia się wtedy, kiedy taki obiekt wytwarza silne pole magnetyczne i przelatuje w pobliżu. Zupełnie niesamowicie prosta sprawa, wręcz powalająca swoją prostotą. To odkrycie jednak zostało już dawno poczynione przez naszych zachodnich kolegów, a my jedynie je wykorzystaliśmy. Z ciekawych urządzeń wymienimy elektroniczny kompas, który wreszcie pozwolił nam ostatecznie ustalić, czy jest "odchylenie kireunku pola w kręgu czy też nie". Dostaliśmy go dopiero pod koniec akcji Wylatowo, więc nie było nam dane go w pełni sprawdzić - takie doświadczenie trzeba będzie przeprowadzić bezpośrednio po powstaniu kręgu. O krótkofalówkach i radiach CB nie wspominamy, bo tego akurat sprzętu mamy już w bród a sprawdził się on w Wylatowie znakomicie.
Kiedy zrobicie prezentację materiałów z Wylatowa?
Taka prezentacja już się odbyła dla czytelników "Nieznanego Świata", a miała miejsce 23 października. Wszyscy uczestnicy wspominają to spotkanie jako niezapomniane przeżycie. Pokazaliśmy tam słynny już film z tańczącą kulą ze Żnina, który trwa prawie trzy i pół minuty! Faktycznie nie wspominaliśmy o tym na stronach - nasz błąd, nasza wina. Czy zrobimy następną prezentację? Tak, ale po otrzymaniu materiałów ze Stanów Zjednoczonych. Wysłaliśmy takie materiały do Nancy Talbott i chyba dopiero po ekspertyzie, którą wykona jej znajomy specjalista od efektów specjalnych, będzie można powiedzieć coś więcej.
Dlaczego nic nie mówicie, że próbowaliście podpalić pola w Wylatowie i ktoś Was podobno widział, jak to robiliście... Dlaczego nie odpowiadacie na trudne pytania?
Na to pytanie faktycznie nie odpowiedzieliśmy, bo uznaliśmy je za zupełnie idiotyczne. Nie tylko, że nie podpalaliśmy pól w Wylatowie, ale wręcz goniliśmy wszystkich, którzy na polach próbowali zapalić papierosa! To dzięki nam na całym obszarze "Ground Zero" został ustanowiony zakaz palenia, co zresztą było napisane na specjalnej tablicy. W Wylatowie doszło co prawda do pożaru pól (kiedy nas tam już dawno nie było), lecz fakt ten miał miejsce chyba we wrześniu: płonęło wtedy ściernisko, zaś podpalenie było przypadkowe.
Słyszałem, że była jakaś wystawa w Chabsku poświęcona kręgom zbożowym i Nautilusowi. Dlaczego nic o tym nie było na Waszych stronach?
Potwierdzamy, że taka wystawa miała miejsce, a została uroczyście otwarta praktycznie pod koniec lipca przez Nancy Talbott. Prezentowaliśmy na niej zdjęcia wykonane przez Joannę Karwat pokazujące wylatowskie piktogramy i zwykłe życie w naszej bazie. Wystawa miała charakter multimedialny, więc pokazywany był także film, jak wyglądał zwykły dzień w Bazie, nasza przyczepa campingowa, monitoring. Na wystawie zademonstrowaliśmy także kilka rekwizytów, jak miernik do mierzenia pola magnetycznego, radiostacje, noktowizor itp. Wystawa była niezwykle sympatyczna i udana, zaś w tej chwili w całości będzie przeniesiona na miesiąc na północ Polski, poinformujemy o tym na naszych stronach. Natomiast faktycznie - brak relacji o wystawie Fundacji NAUTILUS na naszych stronach to nasza wina i... tyle w tej sprawie.
Słyszałem, że wszystkie zdjęcia kul zostały przez Was sfałszowane, a robiliście to we współpracy ze znanym polskim reżyserem. Dlaczego to ukrywacie?!
Czytając różnego rodzaju wypowiedzi w Internecie poświęcone Fundacji NAUTILUS mamy czasami wrażenie, że zawiść i zazdrość powoduje rodzaj obłędu graniczącego z absurdem. To pytanie znakomicie spełnia powyższy warunek. Nigdy nie ośmielilibyśmy się fałszować zdjęć czy nagrań wideo, gdyż w ten sposób zanegowalibyśmy sens całej naszej działalności. Tym "znanym reżyserem" jest pewnie nasz Jarek Żamojda, twórca "Młodych Wilków", który razem z Robertem Bernatowiczem, Joanną Karwat i Gosią Corvalan zakładali Fundację w 2001 roku. Jarek jest niezwykle porządnym i etycznym człowiekiem, nigdy nie ośmieliłby się pozwolić sobie na jakiekolwiek fałszerstwo. Co więcej - bardzo krytycznie odnosił się do niektórych nagrań wideo, które zostały zarejestrowane w Wylatowie. Mamy nadzieję, że odpowiedź na to pytanie wszystko wyjaśnia. Chyba, że chodzi o jakiegoś innego "znanego reżysera", ale o tym my już nic nie wiemy.
Dlaczego nie macie własnego programu w telewizji? Przecież Robert Bernatowicz mógłby taki program poprowadzić i na pewno byłby to przebój.
Z programem w telewizji nie jest tak prosto, jak wielu z Was myśli. Kilka lat temu prowadzone były rozmowy z telewizją publiczną w sprawie zrealizowania telewizyjnej wersji NAUTILUSa, co - naszym zdaniem - byłoby naprawdę fantastyczną sprawą, programem, jakiego jeszcze rynek telewizyjny w Polsce nie widział. Wtedy jednak TVP2 zakupiło nową partię odcinków serialu X-Files i tym samym uznano, że "ta tematyka" już ma swoje miejsce w ramówce. Inna sprawa, że ze strony Roberta Bernatowicza też nie było zbyt dużej chęci do "szklanego ekranu"; wtedy było Radio Zet... A jednak sprawa programu w telewizji robionego z namaszczeniem już teraz całej machiny Fundacji NAUTILUS powraca cały czas. Obecnie są także prowadzone w tej sprawie rozmowy, ale na szczegóły przyjdzie czas. Zdradzimy jedynie, że chcemy z całego świata ściągać do Polski najlepsze filmy dokumentalne poświęcone tej tematyce i na tym zakończmy na razie tę odpowiedź. Aha, i jest jeszcze serial fabularny "N jak NAUTILUS", którego scenariusz został napisany przez Roberta Bernatowicza, i który spokojnie czeka na "lepsze dni".
Dlaczego nie współpracujecie z programem TVN "Nie do Wiary"? Czy oglądacie go? Dlaczego nic nie wspomniano o Nautilusie i Fundacji w odcinku NDW o Wylatowie, a występowali tam jacyś faceci, których nikt nie znał? Program był nudny, zawiodłem się.
Zacznijmy od tego, że to Robert Bernatowicz ... stworzył ten program i od początku do końca wymyślił całą koncepcję Strefy 11! Nazwa Strefa 11 została przez niego wymyślona na 9-tym piętrze warszawskiego wieżowca Intraco, gdzie razem ze swoimi przyjaciółmi wspólnie zastanawiali się, jak ten program ma wyglądać. "Początkowo chciałem nadać nazwę Strefa 21, ale pomyślałem, że to będzie trochę jak z gry 'w oczko' i wiele osób pomyśli, że jest to program o hazardzie. Ponieważ do mojego domu jeździł autobus z numerem 111, więc postanowiłem nadać Strefie ten numer, ale był za długi. Skreśliłem jedną jedynkę i tak powstała Strefa 11" - opowiada Robert Bernatowicz. Z propozycją stworzenia takiego programu do Roberta zgłosił się Edward Miszczak, dyrektor programowy telewizji TVN, który był kiedyś wiernym fanem audycji NAUTILUS. Bernatowicz dostał propozycję prowadzenia takiego programu i w zasadzie to właśnie na jego osobie opierał się cały projekt. Edward Miszczak dał mu wtedy wolną rękę i powiedział: "Zrób taki sam program, jak NAUTILUS w Radiu, żeby była podobna atmosfera". Wtedy jednak okazało się, że zaszkodziłoby mu to w umowie, jaką miał wówczas zawartą z Radiem Zet, a poza tym nie chciał stracić tej cudownej "anonimowości", jaką gwarantowało mu radio. Powstała niebezpieczna sytuacja: scenariusze odcinków były napisane, scenografia była gotowa, ale nie było... prowadzącego! Producenci wpadli w panikę, dyrektor programowy odchodził od zmysłów, producenci brali pod uwagę nawet Huberta Urbańskiego, późniejszego prowadzącego program "Milionerzy"! W desperacji jeden z producentów programu przypomniał sobie, że ma w rodzinie dalekiego kuzyna, który jest handlowcem i biznesmenem, spotykają się na różnych przyjęciach rodzinnych, a facet wygląda "intrygująco i przekonująco, jak jakiś supergość z Ameryki". I tak w projekcie pojawił się Maciej Trojanowski. Naszym zdaniem był to dobry strzał, niemal "na pięć minut przed gwizdkiem kończącym mecz". Duża walka toczyła się o nazwę programu. TVN wybrał akurat nazwę "Nie do Wiary", która nam najmniej odpowiadała, gdyż zawierała "negację", a my uważaliśmy, że wystarczy nazwać program Strefa 11. Po latach wydaje nam się, że mieliśmy rację, gdyż to właśnie nazwa Strefa 11 - a nie "Nie do Wiary" - stała się bardziej popularna wśród ludzi. Robert Bernatowicz napisał scenariusze dla pierwszych kilkunastu odcinków "NDW", program miał dosyć duży budżet. Potem TVN miał przejściowe kłopoty, doszło do konfliktu z producentami Paradise Pictures Production... Po wakacjach (a był to rok bodajże 1996) "Nie do Wiary" pojawiło się ponownie na antenie, ale już jako produkcja wewnętrzna TVN. Pozostawiamy to bez komentarza. Jak układa się nam - twórcom programu - współpraca z "własnym dzieckiem"? Wydaje się, że z tych lub innych powodów jesteśmy przez NDW omijani dużym łukiem, choć inna sprawa, że nigdy nie zabiegaliśmy o jakąkolwiek współpracę. Przykładem jest choćby program o Wylatowie. Ekipa NDW przez kilka dni kręciła materiały o Wylatowie, aby dopiero ostatniego dnia, prawie przed samym wyjazdem, zapytać prezesa NAUTILUSa, czy chce coś powiedzieć przed kamerą... Kto był w Wylatowie ten wie, że realizując program o fenomenie w Wylatowie i nie wspomnieć o Fundacji, Bazie NAUTILUSa, akcji monitoringu - to naprawdę wielka sztuka. Program miał innych bohaterów, a wypowiedź w nim kogoś z NAUTILUSa byłaby zmarginalizowana do minimum - taka wypowiedź nie miała sensu. I tyle odpowiadając na to pytanie. Program NDW jest kręcony w krakowskich studiach TVN i w naturalny sposób związał się z osobami z tego regionu, a zwłaszcza z jednym ekspertem - zresztą wyjątkowo niechętnie nastawionym do Fundacji NAUTILUS - który w 1997 roku po raz pierwszy do tego programu został zaproszony przez... Roberta Bernatowicza. Aż trudno w to uwierzyć, prawda? Programu merytorycznie oceniać nie będziemy, gdyż byłoby to raczej nieeleganckie. Na pewno dobrze, że taki program jest, gdyż im więcej się mówi o sprawach związanych z zagadnieniami typu X-Files, tym lepiej. Widzieliśmy kilka odcinków, które nam się bardzo podobały, inne zupełnie nie i tyle komentarza w tej sprawie. Obaj Panowie, czyli Robert Bernatowicz i Maciej Trojanowski, mieli kilka razy okazję zamienić parę miłych słów. Jednak historia tego programu jest taka, jak to przedstawiliśmy i trudno w tej sytuacji podejrzewać, że dojdzie do wielkiej współpracy Fundacji NAUTILUS i Strefy 11. Mamy nadzieję, że wyjaśniliśmy to dostatecznie jasno. Ze swej strony życzymy naszym krakowskim kolegom powodzenia i trzymamy kciuki, aby jak najdłużej utrzymali się w ramówce stacji.
Chcę wiedzieć dlaczego nie umieściliście niby tego sensacyjnego filmu na waszej stronie! Wielce reklamowaliście że go umieścicie na waszym serwisie a tu lipa - nic nie ma!
Jest kilka spraw. Po pierwsze nigdy nie obiecaliśmy, że umieścimy ten film na naszym serwerze. Pojemność naszego serwera jest i tak na granicy wytrzymałości (przez audycje), więc zamieszczanie jakichkolwiek filmów na razie nie wchodzi w rachubę. Filmów w tej chwili mamy kilka i jeden z nich (trwający ponad 3.5 minuty taniec kuli) przesłaliśmy do analizy polskim specjalistom, właściwym ludziom. Kim oni są - okaże się to już wkrótce. Wtedy może zamieścimy jakiś niewielki fragment - to dobry pomysł.
Czy to prawda, że Fundacja Nautilus wykorzystuje państwowe pieniądze?
To nieprawda. Nigdy nie korzystaliśmy z żadnych funduszy, wszystkie nasze operacje finansowaliśmy i finansujemy z własnych, prywatnych pieniędzy. Brak pieniędzy jest przez nas dotkliwie odczuwany, ale jakoś sobie radzimy. Przez moment zastanawialiśmy się nad tym, aby zdobyć sponsora na badania w Wylatowie, ale w sumie dobrze się stało, że odeszliśmy od tego pomysłu, gdyż ludzie nam nieprzychylni mogliby wykorzystać ten fakt przeciwko nam. Mamy jednak nadzieję, że kiedyś będziemy dysponowali budżetem pozwalającym choćby na weryfikację zgłoszeń o zjawiskach paranormalnych... coś z tym trzeba będzie zrobić, jakoś to zarchiwizować. Dziś niełatwo jest uzyskać pieniądze na instytucje, takie jak Fundacja NAUTILUS, lecz wierzymy, że przyjdą lepsze czasy.
Jaką macie gwarancję, że piktogram zwany przez Was "Bałwankiem" był fałszywy? Jakie są dowody, że był on fałszywy? A może się mylicie i prawdziwy znak "od obcych" uznaliście za dzieło ludzi? Słyszałem, że są ufolodzy, którzy się z Wami nie zgadzają.
"Bałwanek" okazał się chyba największym przebojem tego roku, jeśli chodzi zamieszanie, jakie wokół niego powstało, ale stał się także dla nas największym utrapieniem. Dlaczego akurat w tym przypadku mamy pewność? Bo mamy do czynienia z sytuacją wyjątkowo jasną, bez żadnych niedomówień i niedopowiedzeń. Do tego roku zastanawialiśmy się nad intrygującym problemem: jak udowodnić, że dany piktogram jest na pewno sfałszowany? Kto to może wiedzieć na pewno, jak ustalić sprawców? A jednak sprawa "Bałwanka" okazała się tak bezprecedensowa, że nawet sugerowanie prawdziwości "Bałwanka", jest po prostu przygnębiające. Dlaczego? Ta sprawa jest niczym dobry proces karny - ma swoją historię, wielu świadków pośrednich i bezpośrednich, jest tak wiarygodna i obezwładniająco jasna, że w sumie tylko żal, że nikomu się nie chciało przeprowadzić normalnej procedury sądowej. Tu jest wszystko, co trzeba, w tym chyba najważniejsza rzecz we wszystkich sprawach o fałszerstwo na świecie: przyznanie się wszystkich sprawców i zeznania świadka (jedna dziewczyna twierdzi, że "tylko się przyglądała")! Robert Bernatowicz znał tych ludzi. Znało tych ludzi wiele osób z Bazy NAUTILUSa jeszcze z ub. roku. Mieliśmy ogromny żal do nich o to, że nas tak podle oszukali. Tłumaczenie, że chcieli sprawdzić "nasz monitoring" jest po prostu żałosne. Był to zwykły pijacki wybryk i tak na samym początku tłumaczyli się sprawcy, kiedy o ich wyczynie dowiedziała się ich najbliższa rodzina. Na szczęście zaczęli oni o tym mówić tuż po powrocie do domu, czyli 7 lipca! Już wtedy ich najbliżsi wiedzieli, że "udało się zrobić niezły numer w Wylatowie i że na słomie wygnietli jakiegoś pajaca". Ta sprawa sprawiła im wiele radości, gdyż byli tacy, co "kupili" "Bałwanka" jak świeże bułeczki, poszli na całego... Przykre, bo naprawdę Ci mieszkańcy Szczecina nie zasłużyli na taką satysfakcję. Jak dowiedzieliśmy się o tym? Robert Bernatowicz był na przyjęciu, gdzie była matka jednego z mężczyzn, którzy wykonali piktogram. To ona powiedziała mu, że piktogram "Bałwanek" wykonał m.in. jej syn. Było to bodajże 6-go sierpnia. Doszło do konfliktu z tymi ludźmi, wymienialiśmy się mailami w ostrym tonie (mamy pełną dokumentację, na wszelki wypadek...), czuliśmy się wszyscy oszukani. Dlaczego? Mogli nam powiedzieć już wtedy, kiedy w takim pośpiechu wyjeżdżali z Wylatowa; w ten sposób narazili nas na kompromitację. W sumie dobrze się stało, że byliśmy wstrzemięźliwi w sądach, ale i tak przez "Bałwanka" posypało się mnóstwo kłopotów. A fałszerze? Jak opowiada ich najbliższa rodzina - mieli mnóstwo radości i zabawy. Cała czwórka chwaliła się na lewo i prawo tym, jak robili ten piktogram, jaką mieli radochę, kiedy okazało się, że ich "wygniot" spowodował tak zaciekłą dyskusję w środowisku ufologicznym. To był także nasz błąd, żal do siebie ma Robert Bernatowicz i pewnie jest w tym wiele racji... To było wręcz oczywiste od samego początku. Zresztą - oceńcie sami... Rozbili się namiotem 100 metrów od miejsca, gdzie pojawił się "Bałwanek", całą noc świetnie się bawili przy głośnej muzyce, był alkohol... Rano nie wykazywali najmniejszego (!) zainteresowania "Bałwankiem", którego odnaleźli badacze kręgów. Kiedy Robert Bernatowicz zapytał ich, dlaczego nie idą zobaczyć nowopowstałego piktogramu - jeden z nich uśmiechając się od ucha do ucha oświadczył, że ich to... nie interesuje(?), bo mają ciekawsze zajęcia, a w ogóle to się spieszą! Na kilometr było czuć, że coś jest nie tak. Powiedzieliśmy im wtedy, że tak skandaliczne zachowanie w nocy oznacza, że nie mają prawa powoływać się na znajomość z ludźmi Fundacji, gdyż ktoś może pomyśleć, że są z NAUTILUSa... Atmosfera stała się nieprzyjemna. Oni się tym w ogóle nie przejmowali, spakowali się i nawet nie patrząc na zbiegowisko na "Bałwanku" wyjechali prawie natychmiast. Przez całą noc z 5 na 6 lipca słuchali hitów techno z rozkręconego na cały regulator samochodowego zestawu audio, machali latarkami, było wesoło... Prawdziwie zielona noc! Trzeba przyznać, że to była jedyna noc w historii Wylatowa, jaką my pamiętamy, kiedy ktoś zachowywał się tak skandalicznie i głośno i to tuż w pobliżu pól, na których spodziewaliśmy się piktogramów. Oto noc, kiedy został zrobiony znak w zbożu! Głośna muzyka niosła się po całym polu do samego rana, ktoś rano zapytał Roberta Bernatowicza, czy tak zachowują się jego ludzie i że to wstyd... Robert kategorycznie zaprzeczył! Tak wyglądała ta noc, wesoła pijacka noc w Wylatowie. Następnego dnia rano, w miejscu, gdzie byli rozbici namiotem, leżały taśmy i deski (tak!), ale kto mógł przypuszczać, że oni ośmielili się zrobić coś takiego... Deski z taśmami leżały przy stercie cegieł obok, przynajmniej jedna osoba z Bazy NAUTILUSa je widziała. O tym, że to właśnie przy pomocy tych desek i taśm wykonali ten malutki piktogramik przyznała potem dziewczyna kolegi pomysłodawcy całego przedsięwzięcia. W każdym razie mamy też żal do siebie: wszyscy daliśmy się oszukać. Trzeba było wykazać choć odrobinę stanowczości już wtedy, kiedy oni wyjeżdżali z Wylatowa i zachowywali się tak dziwnie. Kto to słyszał, żeby będąc rozbitym namiotem 100 metrów od nowego piktogramu nawet go dokładnie nie obejrzeć i w ogóle się nim nie interesować?! Jak wytłumaczyć fakt, że nie chcieli nawet rozmawiać, czy widzieli jakiekolwiek światła w nocy nad piktogramem, a tylko się do siebie "głupio" uśmiechali. W każdym razie tę sprawę uważamy za naszą porażkę, nie dopilnowaliśmy sprawy, pozostał niesmak. A wesoła ferajna ze Szczecina? Wiemy, że pokładali się ze śmiechu czytając później (w Internecie i nie tylko) różne nadęte teksty o prawdziwości "Bałwanka"... Nie należała im się ta satysfakcja!
O tym, że w Wylatowie w 2003 roku powstaną piktogramy byliście pewni wiele miesięcy wcześniej. Skąd wzięła się ta pewność? Czy jesteście tak samo pewni, że powstaną one w 2004 roku?
W sierpniu 2001 roku Robert Bernatowicz odczytał przekaz zawarty w piktogramach z 2000 i 2001 roku. Była to jasna, logiczna kombinacja, że w kontakt będzie trwał 3 minumum trzy lata i w 2002 roku twórcy piktogramów powrócą, aby zrobić kolejne. Swoją teorię ogłosił publicznie - było to wtedy związane z dużym ryzykiem ośmieszenia, ale jednak zaryzykował. Wtedy też zgłosił jako pierwszy pomysł zainstalowania stałej Bazy Nautilusa w Wylatowie na okres letni, aby czekać, co się wydarzy. Okazało się, że po raz pierwszy na świecie piktogramy pojawiły się trzeci raz z rzędu w tym samym miejscu! Interpretacja okazała się prawidłowa - to były naprawdę wielkie chwile. Z 2003 rokiem takiej pewności już nie było, gdyż odczytany przekaz mówił wyraźnie o 3 latach kontaktu, czyli 2000/2001/2002. Jeżeli chodzi o rok 2004, to nie możemy powiedzieć nic ponad to, że wierzymy, że ta fantastyczna historia będzie miała swój ciąg dalszy.
Jak sądzicie, dlaczego Przybysze wybrali akurat Wylatowo? Zdaję sobie sprawę z faktu, że nikt tego nie wie (?), ale czy macie chociaż jakieś przypuszczenia?
To pytanie budzi ogromne emocje. Możliwości jest kilka, ale najbardziej prawdopodobna dotyczy nazwy tej miejscowości. Nie ma wątpliwości, że słowo "Wylatowo" ma związek z tym, że coś z tego miejsca może "wylatywać". Być może chodzi tu o jakąś wiadomość, przesłanie itp. Musimy pamiętać, że mamy do czynienia z inteligentną siłą, dla której odczytanie prawidłowego znaczenia nazwy miejscowości nie jest żadnym problemem. Załóżmy, że to właśnie z Wylatowa ma w świat "wylecieć" ważna wiadomość chociażby o tym, że nie jesteśmy sami we wszechświecie. To tłumaczyłoby to, dlaczego właśnie to miejsce zostało wybrane do takiego kontaktu, bo że tam ma miejsce coś w rodzaju kontaktu - co do tego nie mamy wątpliwości. Naszym zdaniem wszelkie analogie z historycznymi walorami tej miejscowości nie mają dużego znaczenia - to, co tam się dzieje ma związek z teraźniejszością, dzieje się "tu i teraz" i dotyczy ludzi, którzy tam mieszkają lub tam przyjeżdżają. Naprawdę warto pamiętać, że możemy mieć do czynienia z superinteligencją, której wiedza może przekraczać granice wyznaczane przez naszą wyobraźnię
Czy wiadomo coś więcej o piktogramie w Szczutowie, który powstał w lipcu 2003 roku? "Gazeta Pomorska" pisała, że nikt go nie zbadał, wręcz nikt się nim nie interesował, bo przyćmił go przyjazd pani Nancy Talbott? Czy to prawda?
O tym piktogramie sami wiemy niewiele. Musieliśmy dokonać jakiegoś wyboru - nie jesteśmy organizacją dysponującą budżetem idącym w miliony dolarów. Skoncentrowaliśmy się na Wylatowie i tam faktycznie były prowadzone wszystkie najważniejsze działania. Czy przyjazd Nancy Talbott "przyćmił" piktogram w Szczutowie? Może, chociaż jeśli tak się stało, to w sumie wielka szkoda. Sprawdzimy to, co uda nam się ustalić w tej sprawie.
Czy nie obawiacie się powstania hotelu w Wylatowie? Czy nie obawiacie się, że ten fenomen ulegnie całkowitej komercjalizacji, i w końcu pieniądze staną się ważniejsze od prawdy? Moim zdaniem jeżeli ludzie zaczną na tym robić interes, to zjawisko to po prostu zniknie. A jakie jest Wasze zdanie na ten temat...?
Na kręgach zbożowych nikt nie zrobił w Polsce pieniędzy i nie zrobi. Wszelkie zarzuty o komercjalizację są stawiane przez ludzi, którzy po prostu nie rozumieją, że mieszkańcy Wylatowa też mają prawo do tego, aby wykorzystać fakt, że do ich miejscowości przybywają tysiące ludzi. Pieniądze staną się ważniejsze od prawdy? Słuchajcie uważnie, kto to mówi i w jakim kontekście. Kręgi zbożowe i zjawisko UFO ma charakter globalny, Wylatowo jest jedynie fragmentem większej całości. My już dawno postrzegamy to przez pryzmat szerszy i jesteśmy tolerancyjni wobec ludzi, którzy np.za wejście na pole pobierali w tym roku opłaty. Żeby to zrozumieć trzeba poznać tych ludzi, być tam, widzieć i słyszeć rozmowy mieszkańców, ich żale i pretensje kierowane wobec setek turystów wygniatających ich pola, zatruwających ich powietrze spalinami samochodów, zawracających im głowę przez 24 h na dobę... Macie odwagę powiedzieć im, żeby się "nie komercjalizowali i nie pobierali opłat"? Po 4 latach pobytu w Wylatowie my takiej odwagi nie mamy. A pytanie, czy zniknie zjawisko? To, co tam się wydarzyło, już przeszło do historii tego zjawiska na całym świecie. Kręgi zbożowe to rodzaj gry, interaktywnej gry z człowiekiem. Gra będzie trwała dalej - to więcej niż pewne.
Podobno w Wylatowie ma powstać stała baza badawcza Fundacji Nautilus. Czy nie obawiacie się, że gdy już powstanie, to fenomen kręgów zbożowych zaniknie lub po prostu przeniesie się gdzie indziej...? Wiadomo, że piktogramy powstają w sposób świadomy (w wyniku działania jakiejś inteligentnej Siły). Jeżeli Wylatowo zostanie objęte bardzo dokładnym monitoringiem, to ta Siła może poczuć się zagrożona...
Potwierdzamy, że chcemy, aby projekt takiej Bazy Nautilusa był gotowy w przyszłym roku. Razem z Urzędem Miejskim w Mogilnie organizujemy międzynarodowy konkurs architektoniczny na projekt takiej bazy, zaczynamy także szukać pieniędzy na całym świecie. Absolutnie nie obawiamy się, że "twórcy kręgów zbożowych" przeniosą się w inne miejsce - to nie ma znaczenia. Wobec posiadanej przez nas wiedzy fenomen kręgów zbożowych w Wylatowie jest związany z bardzo subtelnym eksperymentem, który jest tam prowadzony przez "obcą inteligencję". W tej sprawie zebraliśmy szereg dowodów i poszlak, które przedstawione zostaną w książce "Kontakt - historia prawdziwa". Wylatowo to wierzchołek góry lodowej, a proces obejmuje całą naszą planetę. Baza Nautilusa w Wylatowie to będzie jedynie miejsce, gdzie zamierzamy zrobić centrum wymiany informacji o wszystkim ważnym, co może wydarzyć się na świecie. Badanie kręgów zbożowych to tylko etap w drodze, ale nie cel sam w sobie - tak teraz uważamy.
Kim są Etiro i Jaskon? Skąd przyjechali do Wylatowa i co tam robili?
Etiro i Jaskon to nasi przyjaciele, para sympatycznych ludzi z południowej Polski. Są to osoby uduchowione, ludzie, którzy porzucili zwykłe życie zawodowe i rodzinne i zaczęli podróżować po całej Polsce i świecie na... rowerach! Wszędzie głoszą wartości duchowe i potrzebę obudzenia się ludzkości z materialistycznego snu. Utrzymują się z wykonywania masaży, nie posiadają domu ani samochodu. Zajmują się ezoteryką. Do Wylatowa w 2002 roku przybyli ze zwykłej ciekawości, a także kierując się swoją intuicją. Ich pobyt w Wylatowie obfitował w niezwykłe wydarzenia, w tym to oni byli pomysłodawcami medytacji, po której pojawił się obiekt UFO. Etiro i Jaskon twierdzą, że takie były ich prawdziwe imiona w dalekiej przeszłości, kiedy to w innym wcieleniu także byli parą bliskich sobie ludzi.
Ile katastrof UFO miało miejsce na terenie Polski?
Ciekawe pytanie. Na pewno incydent Gdyński z 59 roku zalicza się do czegoś, co można by nazwać "katastrofą UFO". Ostatnio mamy bardzo ciekawe informacje o katastrofie takiego obiektu, która miała mieć rzekomo miejsce w XIX wieku, a która wydarzyła się w pobliżu Lichenia! To właśnie miało zapoczątkować dziwne wydarzenia, które miały potem związek z tą miejscowością. Za katastrofę uważamy sytuację, kiedy taki obiekt uderza w ziemię lub wodę i ulega zniszczeniu. Poza wymienionymi wyżej sytuacjami nie przypominamy sobie nic więcej - oczywiście mówimy tylko i wyłącznie o terenie Polski.
Kim są kontaktowcy? W jaki sposób kontaktują się z pozaziemskimi istotami? Czy są to ludzie, którym można ufać?
Kontaktowcy to ludzie, którzy twierdzą, że mają kontakt z istotami, które przybywają na Ziemię z innych światów. Przykładem jest choćby słynny Billy Meier ze Szwajcarii, u którego byliśmy po raz pierwszy w 1993 roku. Tacy ludzie jak on utrzymują, że spotykają się z obcymi istotami "twarz w twarz". Z bardzo podobnym przypadkiem spotkał się Robert Bernatowicz podczas swojego pobytu w Meksyku - tu też chodziło o rasę Plejadian. W Polsce mamy przypadek jednego kontaktowca, który nie budzi naszych wątpliwości. Jest to osoba, która kilka razy w spektakularny sposób udowodniła, że jest w kontakcie z inną formą inteligencji. Ten kontakt odbywa się poprzez tzw. chanelling, czyli formę łączenia się telepatycznego z innymi istotami lub bytami. O bardzo wiarygodnym kontaktowcu opowiada od lat słynna aktorka Shirley McLain, ten człowiek mieszka w Peru i jest Amerykaninem. Czy im wierzyć? Wychodzimy z następującego założenia - wiemy, że na Ziemię przybywają obce istoty - to jest pewne. Mówią o tym raporty wojskowe, wiarygodni świadkowie, zapisy wideo, zdjęcia i ślady materialne pozostawione w miejscach lądowań takich statków. Z tej sytuacji można wyciągnąć ważne wnioski. Niemożliwe, żeby przynajmniej część z tych istot nie kontaktowała się z wybranymi ludźmi.
Podobno Pan Robert Bernatowicz spotkał się kiedyś z człowiekiem, który twierdził, że ma stały kontakt z Przybyszami. Człowiek ten ponoć pokazał panu Robertowi jakiś przedmiot, który od Nich dostał. Czym był ten przedmiot? Wiem, że pan Robert swojego czasu trzymał to w tajemnicy. Dlaczego?
To prawda, taka historia miała miejsce. Ten człowiek ma ok. 40 lat, mieszka w Warszawie i zajmuje się grafiką. Ta historia była swego czasu bardzo głośna dzięki temu, że fotografia tego przedmiotu została umieszczona w książce wydanej w Niemczech. Historia opowiadana przez tego mężczyznę jest intrygująca. Twierdzi on, że dostał go od "obcych" po to, aby w przyszłości mogli go prawidłowo lokalizować. Wspomnianym przedmiotem jest górski kryształ z trójwymiarową figurą wewnątrz, bardzo małych rozmiarów. Opowieść ta jest trudna do weryfikacji zwłaszcza, że ten człowiek już od dawna nie pokazuje nikomu tego przedmiotu. Jako ciekawostkę możemy dodać, że konsekwentnie od lat twierdzi, że "Obcy" uprzedzili go, że w naszą planetę uderzy potężnej wielkości asteroida, które to wydarzenie sprawi, że wszystko zaczniemy od zera. Jego zdaniem żyjemy w czasach "na 5 minut" przed tą katastrofą. Utrzymujemy z nim kontakt, to sympatyczny człowiek.
Czy to prawdziwa i potwierdzona informacja, że nazwa miejscowości Wylatowo powstała właśnie od "wylatujących" z niej tajemniczych kul?
Historia nazwy "Wylatowo" wiąże się z legendą, że właśnie z tego miejsca "wylatywał" czart, który leciał w kierunku Kruszwicy. Naszym zdaniem jest pewne, że dziwne świetle obiekty były obserwowane tam od setek lat, zaś miejscowa ludność interpretowała to w kategoriach religijnych. Prawdą jest także to, że do tej pory są przekazy opowiadane chociażby przez rodzinę mieszkającą tuż przy wylatowskich polach, aby nie chodzić samemu po tamtym obszarze, gdyż tam "może być światło, które porywa". Opowiadał to człowiek, który już nie żyje, a ostrzegał tak swoją rodzinę w latach 50-tych.
Czy pan Robert Bernatowicz był świadkiem lub uczestnikiem jakiegoś niewyjaśnionego zdarzenia? Jeżeli tak, to które z nich uważa za najważniejsze, najdziwniejsze, najbardziej niesamowite? Jaki miało przebieg?
W czasie, kiedy była emitowana audycja "Nautilus Radia Zet" Robert Bernatowicz miał okazję zbadać kilkaset spraw z terenu Polski, które można uznać za pasujące do serialu X`Files. W tym czasie wielokrotnie sam miał okazję wręcz "dotknąć" lub zobaczyć sprawy, które współczesna nauka uznaje za wyssane z palca bzdury. Jednym z największych przeżyć było badanie pokoju, w którym w 1999 roku był przypadek samospalenia się 2.5 rocznego dziecka. Prezes Nautilusa miał okazję wielokrotnie obserwować UFO, w tym kilka razy w Wylatowie. Na pytanie, które doświadczenie uważa za najważniejsze Robert Bernatowicz bez wątpliwości wskazał 1997 rok, kiedy to po jednej z audycji skontaktowała się z nim nieznana energia, o której mówił w audycji. Doświadczenie to było niezwykle osobiste i proszę wybaczyć, że nie podamy szczegółów tej historii. Być może coś więcej o tej sprawie będzie w następnej książce Roberta Bernatowicza poświęconej tylko i wyłącznie historii "Nautilusa".
Kiedyś byłem świadkiem przelotu kilku trójkątnych, świecących obiektów. Dosłownie moment przed ich zauważeniem, niebo rozbłysło. To właśnie ten błysk spowodował, że popatrzyłem w górę, bo burza była wtedy wykluczona z bardzo wielu powodów. Czy takie błyski często występują przed pojawieniem się UFO? Czym one mogą być spowodowane?
Nie wydaje nam się, aby błyski były regułą. Mamy relacje, kiedy nie było żadnych błysków, a jedynie w całkowitej ciszy (lub nie) poruszał się metaliczny i lśniący obiekt. Proszę zwrócić uwagę, że jest "wiele obcych ras", które przybywają na Ziemię. Poruszają się one statkami powietrznymi, które używają różnych napędów, różnych silników. Oceniamy, że regularnie Ziemię odwiedza ok. 80 obcych cywilizacji. Liczbę tę zaczerpnęliśmy od jednego z wiarygodnych "łączników". Faktem jest, że na najlepszym polskim filmie pokazującym obiekt UFO, który został nakręcony w Poznaniu, widać takie niezwykłe błyski w momencie, kiedy obiekt zaczyna się "zmieniać" ze spodka w świetlisty romb. Ale - powtarzamy - nie jest to regułą.
Czy pan Robert Bernatowicz napisał już wcześniej jakąś książkę? Jeśli tak, to jaki nosi tytuł i o czym jest?
Nie. Książka "Kontakt - historia prawdziwa" będzie pierwszą książką Roberta Bernatowicza, choć planuje już napisanie następnych
W jaki sposób sprawdzacie wiarygodność świadków badając dziwne zjawiska? Czy wierzycie wszystkim i we wszystko, czy macie jakieś swoje sposoby na sprawdzenie prawdomówności?
Najlepszym testem prawdomówności świadka jest to, kiedy są "inni niezależni świadkowie", którzy potwierdzają jego wersję. Z tym jednak zawsze jest problem - nie ukrywamy tego. Po tylu latach zajmowania się dziennikarstwem nabiera się jednak pewnej wiedzy, która pozwala z dużym prawdopodobieństwem oceniać, czy dany człowiek mówi prawdę, czy też nie. Tak naprawdę powinno się korzystać z "wykrywacza kłamstw", ale... nie ma co marzyć - jest tak, jak jest. W każdym razie mamy nagrania rodziny Wolskich z Emilcina (najsłynniejsze spotkanie z UFO miało miejsce w 1978 roku), gdzie praktycznie od razu wiadomo, że Ci ludzie mówią prawdę. Dlaczego? Posłuchacie sami. Postaramy się w przyszłości zamieścić pliki MP3 na stronach, ale to już w nowym roku.
Oficjalnie wiadomo, że człowiek czerpie energię z pożywienia, a będąc zbudowanym niemal w całości z wody, jest mu ona niezbędna do życia. W takim razie jak możliwe jest życie bez jedzenia i picia? Biologia wyklucza taką możliwość, ale przecież istnieją ludzie nie jedzący od wielu lat, a są i tacy, którzy też nic nie piją. Jak to możliwe, że jedni umierają z głodu z powodu braku pożywienia, gdy inni głodując z własnej woli, cieszą się lepszym zdrowiem od tych jedzących? Dlaczego nie przeprowadzono na tych ludziach żadnych badań naukowych?
Ostatnio był głośny przypadek pewnego Hindusa, który nie jadł przez 68 lat. Był on badany przez indyjskich naukowców i badania potwierdziły ten fenomen. Mieliśmy okazję rozmawiać ze słynną Jasmuhin, 50-letnią kobietą z Australii, która twierdzi, że nic nie je od 20 lat. Zapytana, czym się w takim razie odżywia, skąd czerpie energię odpowiedziała, że tajemnica tkwi w "pranie", boskiej energii przenikającej cały wszechświat. W tej sprawie nie mamy wiarygodnej opinii - musielibyśmy mieć okazję zbadać sami człowieka, który jest "bretarianinem" (tak nazywają się ludzie, którzy nic nie jedzą). Może kiedyś będzie taka okazja, bo w Polsce też są takie osoby.
Ile jest znanych wiarygodnych doniesień z terenu Polski o bezpośrednim kontakcie z istotami pozaziemskimi?
Pytanie jest trudne, bo co to jest za kryterium "wiarygodne"? Czy takie, które doczekało się kilku publikacji, czy np. raportu policji? Oceniamy, że wiarygodnych w pełni będzie co najmniej kilkanaście przypadków, w tym z 5, które nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Oczywiście dla takich ludzi jak my, którzy wiedzą, że to zjawisko jest równie prawdziwe jak prawo ciążenia Newtona.