Dziś jest:
Piątek, 2 października 2026
Bo dobry człowiek w mętnych zdarzeń tłumie prawdziwą ścieżkę zawsze znaleźć umie.
/Johann Wolfgang von Goethe/
Wyślij do nas swoje pytanie - kliknij, aby rozwinąć formularz
Zachowamy Twoje dane tylko do naszej wiadomości, chyba że wyraźnie napiszesz, że zezwalasz na ich opublikowanie.
Adres email do wysyłania historii do działu "Pytania do FN": pytania@nautilus.org.pl
czytaj dalej 
Z poczty FN:
Nie wiem właściwie, od czego zacząć, bo cała ta sytuacja brzmi absurdalnie nawet dla mnie.
Mój syn miał trzy lata, kiedy pierwszy raz wspomniał o miejscu, którego nazwa nigdy wcześniej nie padła w naszym domu. Siedział na podłodze i bawił się klockami. W telewizji leciał jakiś program historyczny - nikt go specjalnie nie oglądał, po prostu grał w tle. W pewnym momencie na ekranie pojawiło się stare zdjęcie drewnianych chat.
Syn nagle zastygł. Przestał się bawić, spojrzał na ekran i powiedział cicho: - To mój dom. - Jaki twój dom? - zapytałem, lekko rozbawiony. Wskazał palcem telewizor. - Ten. - Młody, przecież to nie jest nasz dom. Popatrzył na mnie z powagą, jakiej u niego wcześniej nie widziałem, i odpowiedział: - Teraz nie. Ale dawniej tak. Pomyślałem, że po prostu coś mu się pomieszało. Żeby obrócić to w żart, zapytałem: - A gdzie był ten twój dom? - W Wielkiej Głuszy - odparł bez wahania.
Nie znałem tej nazwy. Nie miałem nawet pewności, czy to prawdziwa miejscowość, czy zmyślone słowa. - A co tam było? - dopytałem. - Mój dom - odpowiedział krótko i wrzucił kolejny klocek do pudełka, jakby temat był zamknięty. Nie chciałem tego ciągnąć. Ale kilka dni później zauważyliśmy, że zaczął rysować budynek, jakiego nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Różnił się od naszego: miał inne okna, drzwi z boku i coś na kształt małego ganku. Z każdym kolejnym dniem na jego kartkach pojawiał się ten sam schemat. Zaczęły pojawiać się też postaci - ludzie, których nie potrafiliśmy rozpoznać. I dziwny, czarny prostokąt tuż obok chaty. Początkowo nie zwracaliśmy na to uwagi. Dzieci w tym wieku mają przecież rozbudowaną wyobraźnię i rysują różne rzeczy. Tyle że u niego te same elementy wracały z obsesyjną dokładnością. Ten sam dom. Te same twarze. Ten sam tajemniczy kształt obok.
Pewnego dnia usiadłem przy nim. - Kto tu jest? - zapytałem, wskazując postacie na kartce. Wskazał pierwszą z nich. - Ja. Potem kobietę: - Mama. Mężczyznę: - Tata. Na końcu dotknął małej sylwetki dziewczynki. - Zosia. - Kto to jest Zosia? - Moja siostra - odpowiedział zupełnie zwyczajnie, jakby mówił o czymś oczywistym. Syn nie miał siostry. Był jedynakiem. Kilka dni później narysował wnętrze. To był chyba najbardziej niepokojący rysunek ze wszystkich. Nie przypominał żadnego pomieszczenia z naszego mieszkania. Dwa małe okienka, duży piec i przejście do drugiej, mniejszej izby. - Co tu narysowałeś? - Kuchnię. - A tu? - wskazałem drugie pomieszczenie. - Pokój Zosi.
Kiedy próbowaliśmy pytać go o ten dom w rozmowie, nie potrafił go opisać słowami. Nie znał trudnych pojęć. Ale podawałeś mu kredkę i bez zastanowienia odtwarzał dokładnie ten sam układ pomieszczeń. Raz za razem. Dopiero wtedy dotarło do nas, że nazwa „Wielka Głusza” mogła nie być przypadkowym zbitkiem słów. Zaczęliśmy szukać w sieci i w starych atlasach.
Okazało się, że Wielka Głusza naprawdę istniała. Była małą wsią na Polesiu, tuż przy granicy z Wołyniem, w przedwojennym powiecie koszyrskim. Zaczęliśmy czytać o tym, co działo się w tamtych rejonach pod koniec lata 1943 roku - i wtedy dreszcz przebiegł mi po plecach.
Miejscowość była jednym z miejsc dotkniętych tragicznymi wydarzeniami fali czystek etnicznych i napaści na polskie osady. W 1943 roku wieś została niemal całkowicie zniszczona. Napastnicy spalili większość polskich zagród, a mieszkańcy ginęli w swoich własnych domach lub uciekali w okoliczne lasy i bagna. W archiwach i na stronach poświęconych wspomnieniom Kresowian znaleźliśmy wzmianki o konkretnych rodzinach, które straciły tam cały majątek i bliskich.

Wtedy przypomniałem sobie ten dziwny, czarny prostokąt, który syn rysował obok domu na niemal każdym rysunku. Wcześniej myślałem, że to po prostu nieudolnie narysowany ogródek albo płot. Zrozumiałem, co ten kształt mógł przypominać: wykopany w ziemi dół albo zwęglony fundament po pożarze. To był moment, w którym ostatecznie przestaliśmy traktować to jako zwykłą dziecięcą fantazję. Sytuacja stała się wręcz przytłaczająca. Mijały lata. Rysunki z czasem gdzieś się zapodziały - zaginęły podczas którejś z przeprowadzek, wyrzucone niechcący przy porządkach. Mój syn jest dzisiaj dorosłym facetem, żyje własnym życiem i kiedy czasem próbuję delikatnie wywołać ten temat, patrzy na mnie jak na wariata. Z tamtego okresu nie pamięta absolutnie nic. Dziecięce wspomnienia znikły całkowicie, jakby ta historia nigdy go nie dotyczyła. Ale we mnie to wszystko dalej głęboko siedzi. Minęły dwie dekady, a w mojej głowie wciąż krąży masa tych samych niedających spokoju pytań.
Skąd trzyletnie dziecko znało nazwę dawnej, spalonej poleskiej wsi, o której ja sam nie miałem pojęcia? I dlaczego przez kolejne tygodnie rysowało z pamięci ten sam dom, ten sam rozkład izb i małą dziewczynkę o imieniu Zosia, której w XXI wieku nie miało prawa poznać?
Publikujemy historię anonimowo, bez danych pozwalających na identyfikację autora.
Komentarz FN:
Dziękujemy za podzielenie się tą historią. To bardzo ciekawy przypadek. Szkoda, że rysunki się nie zachowały, ale sama relacja jest bardzo interesująca i z pewnością warta zapisania. Najbardziej zastanawia fakt, że Pana syn jako małe dziecko podał nazwę miejsca, którego wcześniej nie znał, a później wielokrotnie rysował ten sam dom, jego wnętrze i osoby, które traktował jak swoją rodzinę. Takie historie mocno sugerują pamięć poprzedniego wcielenia. Podobne wspomnienia często pojawiają się u malutkich dzieci, a z wiekiem stopniowo zanikają.
Dlaczego tak się dzieje? Wraz z dorastaniem coraz silniej utrwala się obecna tożsamość dziecka. Pojawiają się nowe doświadczenia, relacje i codzienne sprawy, a pamięć związana z obecnym życiem zaczyna dominować. Jak często powtarzamy naszym słuchaczom: gdybyśmy pamiętali wszystkie dawne traumy, relacje i zdarzenia z poprzednich wcieleń, znacznie trudniej byłoby nam funkcjonować tu i teraz. Można powiedzieć, że zostało to bardzo dobrze „pomyślane” - po to, abyśmy nie żyli ciężarem dawnych historii, tylko mogli rozwijać się z możliwie czystą kartą.
czytaj dalej 
Z poczty FN:
Otrzymaliśmy bardzo ciekawe pytanie od naszej Czytelniczki:
Nie mogę pojąć sensu tego wszystkiego. Jeżeli ten wszechobecny, wieczny, doskonały itd. Duch postanowił stworzyć świat, to czemu jest tyle okrucieństwa w tym świecie? Jeśli wynika to z wolnej woli danej człowiekowi, to dlaczego ja nie mogę mieć wolności wyboru, że nie chcę w tym uczestniczyć? Nie chcę się doskonalić przez kolejne wcielenia. Po prostu nie chcę. Więc dlaczego muszę?
Druga sprawa - ten świat równoległy. Wpadasz tam i zostajesz na wieczność. Co to ma być? „Błąd Matrixa?” Panie Robercie, po tylu latach zagłębiania się w ten temat na pewno ma Pan jakieś przemyślenia w tej kwestii. Liczę na to, że kiedyś zauważy Pan moje pytania i spróbuje mi odpowiedzieć.
Komentarz FN:
Dziękujemy za podzielenie się tymi przemyśleniami. Najważniejsze pytanie, które dostrzegamy, brzmi nie tylko: dlaczego na świecie istnieje cierpienie? Jeszcze ważniejsze wydaje nam się inne: dlaczego człowiek musi brać udział w tym przedstawieniu, skoro sam tego nie chce?
Jeśli przyjmiemy, że każdy z nas ma wolną wolę, musimy dopuścić także możliwość, że może ona zostać wykorzystana w złych celach. Gdybyśmy mogli wybierać wyłącznie dobro, nie byłaby to prawdziwa wolność. To właśnie możliwość popełniania błędów sprawia, że możemy wyciągać z nich wnioski i dalej się rozwijać. Duża część cierpienia bierze się więc z przemocy, egoizmu, chciwości, obojętności i złych decyzji innych ludzi.
Ale to przecież nie wyjaśnia wszystkiego. Są choroby, wypadki, katastrofy, śmierć dzieci czy utrata bliskich. I tutaj odpowiedź staje się znacznie bardziej skomplikowana.
Z duchowego punktu widzenia życie nie zawsze układa się tak, jak byśmy chcieli. Dusza doświadcza nie tylko radości, ale także straty, bólu, lęku i cierpienia. Jednak nawet bardzo trudne doświadczenia mają swój głębszy sens, którego z perspektywy jednego wcielenia nie jesteśmy w stanie dostrzec. Dlaczego więc musimy przez to wszystko przechodzić? Rozwój świadomości wymaga praktyki. Nie da się jej zdobyć wyłącznie poprzez obserwację czy posiadanie wiedzy. Tak jak nie można nauczyć się pływać, tylko czytając o wodzie, tak samo dusza nie może w pełni poznać pewnych rzeczy bez wejścia w konkretną sytuację.
Można więc powiedzieć, że materia istnieje jako przestrzeń do nauki poprzez przeżywanie. To właśnie tutaj teoria zamienia się w doświadczenie, a doświadczenie w rozwój świadomości.
I wtedy wraca najważniejsze z pytań: skoro ja tego nie chcę, to dlaczego muszę w tym uczestniczyć?
Odpowiedź kryje się w tym, że nasze obecne „ja” nie jest całością naszej świadomości. Dusza ma o wiele szerszą perspektywę. To z jej poziomu podejmowane są decyzje dotyczące kolejnych wcieleń i o przyjściu na ten świat w ogóle. Dlatego okoliczności życiowe mogą wydawać nam się czymś narzuconym i głęboko niesprawiedliwym. Pozostaje jeszcze pytanie, dlaczego niczego nie pamiętamy. Nie jest to przypadek. Gdybyśmy mieli wgląd w poprzednie wcielenia i wiedzieli, co nas czeka, nasze wybory i emocje nie byłyby autentyczne. Zamiast naprawdę doświadczać i podejmować własne decyzje, realizowalibyśmy wcześniej znany plan.
Kto ustanowił ten porządek i dlaczego dusza w ogóle ma się rozwijać? Tego nie wiemy. Być może jednak sam rozwój jest częścią istoty życia - nic nie pozostaje całkowicie nieruchome, wszystko się zmienia, dojrzewa i przechodzi z jednego stanu w drugi.
Podobnie jest ze światem równoległym i pozostaniem w nim „na zawsze”. Nie wiemy, czy słowo „na zawsze” oznacza tam dokładnie to samo, co dla nas. Możliwe, że próbujemy opisać rzeczywistość duchową pojęciami zaczerpniętymi z naszego świata: czasem, początkiem, końcem, przymusem, czy wiecznością.
A być może poza światem materialnym wszystkie te pojęcia znaczą coś zupełnie innego.
czytaj dalej 
Z poczty FN:
Panie Robercie,
od pewnego czasu oglądam wiele podcastów i wywiadów z Pana udziałem. Muszę przyznać, że dzięki nim wiele różnych sytuacji z mojego życia zaczęło układać mi się w pewną całość. Niektóre wspomnienia i odczucia, których wcześniej nie potrafiłam zrozumieć, dziś nabierają dla mnie zupełnie nowego znaczenia. Szczególnie poruszył mnie temat mówiący o tym, że dzieci wybierają swoich rodziców jeszcze przed narodzinami. To właśnie wtedy wróciło do mnie jedno bardzo wyraźne wspomnienie z dzieciństwa. Pamiętam, jak kiedyś opowiadałam o nim mojej mamie. Widziałam nasz pokój w domu. Tata leżał na rozkładanej kanapie, a mama chodziła po pokoju z kartą pytań do egzaminu na prawo jazdy. Słyszałam ich śmiech, widziałam, że są szczęśliwi. Mama mówiła do taty: „No pytaj dalej, pytaj jeszcze, chcę się sprawdzić”. Obraz był niezwykle wyraźny, jak prawdziwe wspomnienie. Kiedy opowiedziałam o tym mamie, spojrzała na mnie zdziwiona i powiedziała, że to niemożliwe. Prawo jazdy zrobiła jeszcze zanim się urodziłam. Nie mogłam więc pamiętać tej sytuacji. Przez lata nie wiedziałam, co o tym myśleć. Dopiero teraz, po wysłuchaniu Pana rozmów, wróciłam do tego wspomnienia. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie był to moment sprzed mojego narodzenia. Coraz częściej mam poczucie, że obserwowałam wtedy moich przyszłych rodziców z góry - patrzyłam na nich, widziałam ich radość i miłość, a później wybrałam właśnie ich. Nie wiem, jak to interpretować i czy podobne historie zdarzają się częściej, ale to wspomnienie od zawsze było dla mnie wyjątkowe. Była też jeszcze jedna sytuacja, która do dziś daje mi do myślenia. Kiedy zaczynałam studia, był to okres tuż po pandemii COVID-19 i większość zajęć odbywała się zdalnie. Na jednym z pierwszych spotkań online zobaczyłam na ekranie chłopaka z mojej grupy. Nie znaliśmy się wcześniej, nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy i był dla mnie zupełnie obcą osobą. Pamiętam jednak, że w chwili, gdy go zobaczyłam, pojawiła się we mnie bardzo wyraźna myśl: „Coś z nim będzie w moim życiu”. Nie było to świadome rozważanie ani zwykła sympatia. Ta myśl po prostu nagle się pojawiła - mocna, konkretna i zupełnie niepasująca do sytuacji, bo nie miałam żadnych podstaw, by tak pomyśleć. Z czasem okazało się, że to właśnie on zaczął szukać kontaktu ze mną. To on zrobił pierwszy krok, zabiegał o znajomość, a później o naszą relację. Weszliśmy w związek, a dziś jesteśmy szczęśliwym małżeństwem. Do dziś zastanawiam się, czym była tamta myśl. Czy było to zwykłe przeczucie? Intuicja? A może coś, czego nie potrafimy jeszcze wyjaśnić? Wiem tylko, że pojawiła się nagle i była niezwykle silna. Najbardziej poruszająca była jednak historia związana ze śmiercią mojego dziadka. Chorował na Parkinsona i był już osobą leżącą. Wszyscy wiedzieliśmy, że jego odejście jest blisko, ale nikt nie wiedział kiedy nastąpi. Pewnej nocy przyśnił mi się bardzo wyraźny sen. Widziałam pokój dziadków. Dziadek leżał na swoim łóżku, a naprzeciwko znajdowało się łóżko babci. Siedziałam na nim po prawej stronie, babcia po lewej. Nagle do pokoju wleciała ogromna czarna chmura, zasłoniła dziadka, a kiedy odleciała, jego już nie było. Rano obudziłam się z silnym przekonaniem, że muszę zostać tego dnia z dziadkiem. Powiedziałam mamie, że nie pójdę do szkoły. Spojrzała na mnie ze łzami w oczach i zgodziła się. Przez cały dzień siedziałyśmy przy dziadku. W pewnym momencie mama wyszła dosłownie na chwilę do naszego domu obok. W pokoju zostałam tylko ja i babcia. Siedziałam dokładnie po prawej stronie łóżka babci, ona po lewej - dokładnie tak jak we śnie. Patrzyłyśmy na dziadka, kiedy nagle zaczął brać ostatnie oddechy i odszedł. Później mama opowiedziała nam, że w chwili, gdy była w domu, światło w kuchni zaczęło nagle migać i zrobiło się zwarcie. Powiedziała, że poczuła wtedy bardzo silnie, że coś się dzieje, i zaczęła biec do nas. Kiedy wróciła, dziadek już nie żył. Nie wiem, jak interpretować te wydarzenia. Jest jeszcze jedna sytuacja, która sprawiła, że zaczęłam zastanawiać się, czy czasami nie otrzymujemy jakichś sygnałów ostrzegawczych, zanim wydarzy się coś ważnego. Pewnej nocy miałam sen, którego po przebudzeniu właściwie nie pamiętałam. Nie potrafiłam odtworzyć żadnych obrazów ani szczegółów, ale zostało we mnie bardzo silne uczucie. Był to ogromny niepokój. Od samego rana miałam w głowie tylko dwie rzeczy: wypadek i samochód. Nie wiedziałam dlaczego, nie wiedziałam kogo to dotyczy, ale byłam przekonana, że wydarzy się coś złego. Pamiętam, że idąc do pracy zadzwoniłam do mamy i powiedziałam jej, żeby uważała na siebie i na tatę, bo mam bardzo złe przeczucie związane z samochodem. Sama nie potrafiłam wyjaśnić, skąd się ono bierze. Minęło kilka dni i pojechałam na weekend do rodziców. Wtedy zadzwonił tata i powiedział, żebyśmy przyjechali do niego, bo miał poważny wypadek samochodowy. Okazało się, że inny samochód uderzył dokładnie od strony kierowcy. Auto nadawało się do kasacji. Na szczęście tata przeżył i nie stało się nic najgorszego, ale kiedy usłyszałam o tym wypadku, natychmiast przypomniało mi się tamto niewytłumaczalne uczucie, które pojawiło się kilka dni wcześniej. Do dziś nie wiem, czym były te odczucia. Nie pamiętałam samego snu, a mimo to zostało we mnie bardzo silne przekonanie, że wydarzy się coś złego związanego z samochodem. Takich sytuacji było w moim życiu kilka i właśnie dlatego coraz częściej zastanawiam się, czym naprawdę są sny, intuicja i przeczucia. Czy są jedynie przypadkiem, czy może czasem dostrzegamy coś, czego nie potrafimy jeszcze wyjaśnić? Jeżeli znalazłby Pan chwilę na przeczytanie mojej wiadomości i odpowiedź, byłabym ogromnie wdzięczna. Nie oczekuję oczywiście jednoznacznych odpowiedzi, ale bardzo ciekawi mnie Pana spojrzenie na te doświadczenia. Przez lata próbowałam tłumaczyć je sobie na różne sposoby, jednak wciąż nie potrafię ich do końca poukładać w głowie. Nie wiem, czy były to zwykłe zbiegi okoliczności, działanie podświadomości, wyjątkowo silna intuicja, czy może coś więcej. Wiem jedynie, że każde z tych wydarzeń było dla mnie bardzo realne i pozostawiło po sobie wiele pytań. Jeśli miałby Pan jakąś refleksję lub wyjaśnienie, jak Pan interpretuje podobne historie, byłabym bardzo wdzięczna za odpowiedź.
KOMENTARZ FN:
Witamy,
dziękujemy za wiadomość i za tak dokładne podzielenie się swoimi doświadczeniami. Kiedy spojrzeć na wszystkie opisane przez Panią historie razem, widać wyraźnie pewien powtarzający się schemat - silną intuicję, sny wyprzedzające wydarzenia oraz mocne odczucia dotyczące ludzi i sytuacji.
Pierwsza historia, związana ze wspomnieniem rodziców sprzed Pani narodzin, jest szczególnie interesująca. Naszym zdaniem mogła Pani jako dziecko zachować obraz wydarzenia z czasu jeszcze przed swoim narodzeniem. W wielu relacjach dotyczących reinkarnacji i okresu pomiędzy wcieleniami pojawia się motyw wyboru rodziców oraz obserwowania ich jeszcze przed przyjściem na świat. Pani wspomnienie bardzo dobrze wpisuje się w ten rodzaj doświadczeń. Równie ciekawa jest historia związana z przyszłym mężem. Tak silne i nagłe poczucie, że zupełnie obca osoba odegra ważną rolę w naszym życiu, nie zawsze musi być zwykłą intuicją. Z duchowego punktu widzenia takie spotkania wynikają zwykle z wcześniejszych ustaleń i więzi między duszami. Dlatego ta myśl mogła pojawić się u Pani tak nagle i z tak dużą pewnością. Fakt, że ta relacja później doprowadziła do małżeństwa, tylko wzmacnia znaczenie tamtego przeczucia.
Bardzo wymowny jest również sen związany ze śmiercią dziadka. Sen nie tylko poprzedził jego odejście, ale późniejsza sytuacja odtworzyła się w podobnym układzie - siedziała Pani dokładnie w tym miejscu, które wcześniej widziała we śnie. Takie sny często mają charakter zapowiadający albo przygotowujący człowieka na ważne wydarzenie. W tym przypadku sen wyraźnie poprzedził moment odejścia dziadka i sprawił, że mogła Pani być przy nim w ostatnich chwilach. Migające światło w chwili jego śmierci również nie jest dla nas czymś obcym. W naszym archiwum mamy wiele relacji, w których w momencie odejścia bliskiej osoby pojawiają się nietypowe zjawiska - światła zaczynają migać, urządzenia przestają działać, słychać dziwne dźwięki albo pojawiają się inne znaki. Takie sytuacje bardzo często są odbierane jako sygnał zbliżającego się końca.
Podobnie patrzymy na Pani przeczucie związane z samochodem i późniejszym wypadkiem ojca. Szczególnie ciekawe jest to, że nie pamiętała Pani samego snu, ale pozostało po nim silne odczucie zagrożenia i konkretne skojarzenie z samochodem. To pokazuje, że czasami nie otrzymujemy pełnego obrazu przyszłego wydarzenia, tylko jego fragment - w postaci impulsu bądź ostrzeżenia. Silna więź emocjonalna z bliską osobą może sprawiać, że takie sygnały docierają do nas wyraźniej. Nie mamy wątpliwości, że człowiek potrafi odbierać informacje, których źródła nie zawsze jesteśmy w stanie racjonalnie wyjaśnić. Intuicja i podświadomość z pewnością odgrywają tu swoją rolę, ale naszym zdaniem istnieje również głębszy poziom takich doświadczeń.
Dziękujemy za zaufanie i podzielenie się z nami tymi historiami. Są bardzo ciekawe i z pewnością warte zachowania w naszym archiwum.
Serdecznie pozdrawiamy.
czytaj dalej 
Z poczty FN:
Dzień dobry,
Pytanie do Pana Roberta (wierzę, że znajdzie Pan czas, by odpisać, ewentualnie poruszy ten temat kiedyś na swoim kanale na YouTube):
DLACZEGO ZMARLI SIĘ Z NAMI NIE KONTAKTUJĄ ?
Z wielkim zainteresowaniem śledzę Pana audycje na wszelkich możliwych mediach od kilkunastu lat. Jestem pod wrażeniem Pana wiedzy i uporu w dążeniu do Prawdy i prób wyjaśnień najważniejszych dla ludzkości pytań, tj. zagadki istnienia, co leży poza możliwościami naukowego wyjaśnienia, czy jest Bóg, UFO, itp. Wielokrotnie Pan przekonuje i utwierdza, (ma Pan nieodpartą pewność), że śmierci nie ma, a jest ona jedynie naszym przejściem (fizycznej kiepskiej formy człowieka) w inny, wyższy, lepszy wymiar rzeczywistości (duch, ciało astralne....). Odnośnie mego pytania: Czy zmarli mają zakaz komunikowania się z nami ? Albo czy my nie potrafimy tego zrobić, bo jesteśmy zbyt "zacofani" (naukowo, technologicznie) ?

Komentarz FN:
Witamy,
dziękujemy za wiadomość i za to pytanie.
Zmarli kontaktują się z nami i nie ma żadnego „zakazu”, który miałby im to uniemożliwiać. Taki kontakt jednak nie zawsze ma formę bezpośrednią i oczywistą. Często pojawia się poprzez sny, przeczucia, nagłe myśli, poczucie czyjejś obecności, znaki albo bardzo subtelne odczucia. Zwykle łatwiej odbierają je osoby bardziej wrażliwe i otwarte na tego rodzaju doświadczenia. Każda sytuacja jest indywidualna. Niektóre dusze odchodzą szybciej i nie pozostają długo blisko naszej rzeczywistości. Inne mogą być przez pewien czas silniej związane z bliskimi, emocjami, miejscami albo sprawami, których nie zdążyły zamknąć.
Bywa też, że to nasze ziemskie emocje, żal, lęk czy bardzo silne przywiązanie utrudniają spokojne odejście albo sprawiają, że kontakt jest trudniejszy do rozpoznania. Nie ma tu jednej reguły, która działałaby tak samo w każdym przypadku. Więź między ludźmi nie kończy się wraz ze śmiercią fizycznego ciała. Zmienia się jedynie jej forma. Jedni odczuwają ją bardzo wyraźnie, inni subtelniej, a jeszcze inni dopiero po czasie dostrzegają, że pewne znaki czy doświadczenia mogły mieć głębsze znaczenie.
czytaj dalej 
Naszą uwagę zwróciła relacja Czytelnika, który opisał niezwykłe zdarzenie z Islandii. Do obserwacji miało dojść prawie dwa lata temu, podczas nocnego przejazdu z lotniska w Keflavíku w stronę Reykjavíku.
Jak napisał:
„To była już jesień ok. 19 o tej porze jest już wtedy całkowicie ciemno. Gdzieś w połowie drogi na kompletnym pustkowiu gdzie w nocy widać tylko wyraźnie kontury góry które nie są aż tak daleko zauważyliśmy coś.”
Potężnych rozmiarów obiekt znajdował się po prawej stronie samochodu i przez chwilę poruszał się niemal równolegle do auta. „To coś było kilkanaście metrów nad nami i od nas po prawej stronie - jakby na równi jechało przez chwilę z nami. To coś miało kształt dziwnego talerza mniejszym okręgiem na górze. Świeciły się tam jakieś małe światełka.”
Po chwili sytuacja stała się jeszcze bardziej niezwykła.
„Po chwili zaczęło świecić żywym jasno-zielonym kolorem tak,że oświetliło kawałek drogi i całe nasze auto błyszczało w tym kolorze.”
Autor relacji przyznaje, że w tym momencie pojawił się u niego wyraźny niepokój „Zerknąłem w prawą stronę - mając już delikatną obawę,taki swoisty niepokój w duchu czy na pewno chce to zrobić.”
Chwilę później obiekt miał gwałtownie przyspieszyć.
„W tym momencie zobaczyłem jak obiekt z niesamowitą prędkością przyspiesza w kierunku północno wschodnim - podobnie jak my w stronę Reykjaviku i zobaczyłem tylko małą świecącą się kropkę nad górami dobre kilkadziesiąt kilometrów przed nami i po chwili to światło wyparowało, zgasło.”
Obiektu później już nie widziano. Co ważne, całe zdarzenie obserwowało kilka osób znajdujących się w samochodzie. „Wszyscy którzy byli w aucie czuli dziwny niepokój i do tej pory nie potrafimy zapomnieć o tej sytuacji.”
Autor podkreśla również, że mimo upływu czasu wspomnienie pozostało wyjątkowo wyraźne.
„Ja przynajmniej widzę ją bardzo wyraźnie i pomimo,że wielu rzeczy zapominam nawet po krótkim czasie to tej sytuacji prawie po 2 latach nie zapomniałem i widzę ją wyraźnie tak jakby to było wczoraj.”
Czytelnik przyznał, że długo zastanawiał się, czy w ogóle opisać swoje doświadczenie. Podkreślił, że nie chce zostać odebrany jako ktoś o bujnej wyobraźni.

Komentarz FN:
Nie sądzimy, aby tę relację należało tłumaczyć jako „bujną wyobraźnię”, tym bardziej że zdarzenie obserwowało kilka osób. Zapisujemy ją w naszym archiwum. Szczególnie interesujący jest opis zachowania obiektu, jego kształtu, zielone światło oraz gwałtowne przyspieszenie. To właśnie te elementy sprawiają, że uznajemy tę obserwację za wartą uwagi.
czytaj dalej 
Z poczty FN:
Szanowny Panie Robercie,
Piszę do Pana, ponieważ od lat śledzę Pana działalność i zawsze z dużą uwagą wsłuchuję się w Pana spostrzeżenia dotyczące tajemnic ludzkiej świadomości. Chciałbym podzielić się z Panem pewnym wspomnieniem, które wraca do mnie od ponad 50 lat.
Jako kilkuletnie dziecko, stojąc przy oknie w przedszkolu, patrzyłem na szary, jesienno-zimowy poranek i pierwsze płatki śniegu. W tamtym momencie, zamiast dziecięcej beztroski, poczułem niezwykłą, głęboką refleksję, niemalże dorosły egzystencjalny wgląd. Czułem to bardzo wyraźnie jako: „proszę, i znowu tu jestem”. To uczucie „powrotu” i nagłego przebudzenia świadomości w ciele dziecka do dziś wydaje mi się czymś fascynującym i w pewnym sensie niepokojącym. Czy według Pana takie „przebłyski” w dzieciństwie mogą być czymś więcej niż tylko przypadkowym stanem umysłu?
Będę wdzięczny za każdą refleksję z Pana strony.
Komentarz FN:
Dziękujemy za tę relację. To bardzo poruszające wspomnienie.
U małych dzieci dość często pojawiają się krótkie, ale bardzo wyraźne odczucia, które mogą mieć związek z pamięcią poprzednich wcieleń. Nie zawsze są to konkretne obrazy czy wydarzenia. Czasem jest to po prostu silne poczucie: „już tu byłem”, „wróciłem”, „znam to”. Takie chwile mogą trwać bardzo krótko, a mimo to pozostać w pamięci na całe życie. Dziecięca świadomość nie jest jeszcze tak mocno ukształtowana przez schematy i przekonania dorosłych. Dzieci mają też często silniejszy kontakt ze światem duchowym. Prawdopodobnie dlatego pewne wspomnienia i odczucia pojawiają się u nich łatwiej i bardziej bezpośrednio. Więc tak, jak najbardziej takie „przebłyski” w dzieciństwie mogą być i zwykle są czymś więcej.
Jest to temat bardzo ciekawy i wart głębszego poznania. Zachęcamy również do przeczytania historii Anny: https://nautilus.org.pl/xxi-pietro,1337,20-lutego-2026--schody-do-nieba---moje-dzieciece-przeblyski-.html

czytaj dalej 
Nasza czytelniczka podzieliła się z nami osobistymi przemyśleniami, które skłoniły ją do spojrzenia na codzienne życie z bardziej duchowej perspektywy. Zwyczajne obserwacje mogą prowadzić do głębszych pytań o nasze potrzeby, wybory i miejsce w świecie. Zachęcamy do przeczytania jej refleksji.
Z poczty FN:
"Gdy byłam mała a potem jako nastolatka wyjeżdżałam co jakiś czas do babci na wieś - na wakacje na dwa miesiące non stop czy na weekend. Była to taka prawdziwa wieś z krowami, kurami, sadem i polem, dzikie i wolno chodzące a człowiek ingerował tylko tyle na ile musiał by zwierzęta były bezpieczne a ludzie mieli z czego żyć. Ludzie akurat na tej wsi nie dążyli zbytnio do eliminowania tych dzikich rzeczy jak zrobiono to w miastach, gdzie dążono do wyrzucania wszystkiego co dzikie, gdzie chodniki się bieliło, by tam nie było tej dzikiej natury. Gdy babcia zmarła 20 lat temu przez kilkanaście lat nie jeździłam tam. Mieszkając w mieście zauważyłam, że brakuje mi nie tylko tych zwierząt ale i czegoś o czym rzadko się pisze - że na wsi zawsze coś się dzieje. Urwie się gałąź, zginie kura, przekwitną kwiaty, znajdzie się kamień na który wcześniej się nie zwróciło uwagi. Na wsi kolejny dzień nie będzie taki jak wczoraj. Od ponad miesiąca jestem tutaj znowu na wsi i gdy rano wstaję to się okazuje, że pojawiają się nowe rzeczy - kotka przyprowadziła małe kotki czego nikt się nie spodziewał tj. pokazała nam swoje dzieci; przyszedł nawet tata kot. Urwała się gałąź, w nocy była sowa a na polu wielkie łapy więc myśleliśmy, że to wilki.
Dzisiaj jak spadł deszcz to dla mnie to było wydarzenie i wybiegłam na dwór. Zdałam sobie sprawę z tego, że w mieście jak pada deszcz to człowiek siedzi w pracy, nie ma z tym styczności. Świętem jest burza z piorunami w Warszawie gdzie mieszkam. Ludzie z bloków burze nagrywają a na YouTube są popularne nagrania kataklizmów. To samo ze śniegiem czy jak wyschnie rzeka wtedy jest sensacja i ludzie odżywają. Takie zdarzenia pogodowe mają rangę sensacji w mieście. Myślę, że to nie jest normalne, ale tak działa właśnie telewizja i te dziwne programy o wymyślaniu przełomowych zjawisk.
Dzikie zwierzęta w lesie tego nie robią bo na co dzień to mają. Obserwują takie zmiany dookoła siebie - tydzień temu nie było liści, nad rzeką są tropy które mogą obwąchać i zastanowić się co dalej. I tak dalej. Przyszło mi na myśl, że ludzie mają ten sam instynkt, oni czują to samo przez ściany co zwierzęta. Mają wpisane to spotykanie się z tymi nowymi rzeczami i wchodzenie z nimi w relację. Do czego dążę - do zagadnienia z początku tego wpisu. Z tego właśnie może wynikać to, że ludzie kupują te wszystkie rzeczy i szukają kataklizmów tylko robią to nieświadomie. Im brakuje tego w mieście i blokach. Kupują jakąś rzecz a potem ją odkładają bo chodzi o nowość i różnorodność. Stworzenie iluzji że coś się zmienia, pojawia i odchodzi. Te rzeczy kupowane być może kojarzą się ludziom z tym co utracili mieszkając w blokach. Może gdzieś genetycznie jest nam wpisane że my musimy mieć zmiany obok siebie i naturę czyli ten las. Zmieniającą się naturę zastąpiły przedmioty. Ludzie sztucznie chcą tworzyć sobie te cosie którymi mogą się zająć. Drugą rzeczą jest chętne oglądanie modnych ostatnio właśnie wiadomości o kontrowersyjnych wydarzeniach czy programów o kataklizmach. Być może to się kojarzy z czymś naturalnym co zmieni coś w otoczeniu i stworzy wrażenie ruchu czyli życia. No bo ludzie zamknięci w blokach oprócz domowników nie mają relacji z szerszym otoczeniem. Wyjście do sklepu i znalezienie nowego smartfona kojarzy się ze znalezieniem czegoś. Zauważyłam to u siebie i być może (z naciskiem może, nie na pewno) jest to kupowanie w nadmiernych ilościach.
Gdyby to przełożyć na wieś to na wsi ludzie właśnie mają to wszystko. Ich nie dziwi burza ani deszcz ani że złamała się gałąź. Przerażają ich katastrofy a nie odwrotnie - nie szukają ich by były. Dla kogoś z miasta burza czy tornado to ruch czyli życie. Wydaje mi się, że ta sprawa z bogaceniem się to jest właśnie taki naturalny odruch odtwarzania sobie, wokół siebie tej natury tymi wszystkimi przedmiotami i relacjami z rzeczywistością. Czyli jakby to kupowanie i dążenie do bogactwa nie musi wynikać z jakiegoś wirusa psychologicznego że się zrobiło coś niedobrego i ludzie są wredni więc ich trzeba zmienić. No bo tego się nie da zmienić tej potrzeby wchodzenia w relacje z otoczeniem znajdowania czegoś nowego. Przy czym jeszcze trzeba zauważyć, że ludzie w miastach pracują na etatach co dodatkowo potęguje ten stan. Mogą czuć pustkę spowodowaną tym, że pracują nie u siebie. Nie mają poczucia kontroli nad tym co wytwarzają, za pracę otrzymują pieniądze. W naturze każda aktywność przynosi inne rzeczy niż pieniądze. Taka praca jeśli człowiek nie jest idealnie dopasowany do firmy gdzieś znika za biurkiem prezesa który kieruje tymi rzeczami i co się dzieje dalej nikt nie wie. Więc jest się odizolowanym od tego co się samemu wytwarza. Może i tego rodzaju praca po prostu przyczynia się do dążenia do bogactwa bo ludzie "odpalają sobie" mówiąc obrazowo coraz większe obroty, bo czekają na efekty swojej pracy. Po kilku latach mówi się że taka osoba jest "wypalona" zawodowo więc może coś w tym jest. No bo ile razy można się starać a po miesiącu człowiek dostaje pieniądze. Ludzie na wsi nie szukają sensacji. Oni się interesują prowadzeniem swoich gospodarstw, najczęściej ich upiększaniem czy remontami a tylko niektórzy dążą do powiększania dochodów bo jest kredyt albo się powiększy rodzina.
Trzeba dodać, że jeszcze jakiś czas temu miasta funkcjonowały inaczej. Mieszkała w nich inteligencja i siedzenie w mieszkaniach w izolacji było celowe. Potem inteligencja była niszczona, a do mieszkań budowanych na wzór takich miejskich domów wprowadzali się przypadkowi ludzie którzy nie mają celu i wiedzy po co mieszkać i co robić w mieście. Myślę, że skorelowała mi się odpowiedź do tego co pan mówił więc nie mogłabym nie napisać. Myślę, że chęć bogacenia się o którym pan wspomina to nic innego jak rośnięcie a to jest też niestety naturalne. Zatem ani kupowania ani tego dążenia do posiadania rzeczy w ogóle nie da się zatrzymać tylko że ludzie to robią w niewłaściwy sposób a co gorsza nie zdają sobie sprawy z własnego położenia".

Odpowiedź FN:
Dziękujemy za tak obszerną i ciekawą refleksję. To bardzo interesujące spojrzenie na temat kupowania, konsumpcji i dążenia do bogactwa, szczególnie w kontekście zestawienia życia w mieście z codziennym kontaktem z naturą na wsi.
Zwróciła Pani uwagę na coś, o czym rzeczywiście rzadko się mówi. Współczesny człowiek potrzebuje nie tylko rzeczy, ale również poczucia, że wokół niego coś się dzieje. Ciekawe jest również Pani spostrzeżenie, że przedmioty mogą w pewnym sensie zastępować kontakt z otoczeniem. Nowa rzecz daje poczucie odkrycia, zmiany i chwilowego ożywienia. Być może dlatego tak łatwo wpadamy w mechanizm kupowania kolejnych przedmiotów, nawet jeśli te, które już mamy, wciąż mogą nam służyć. Nie zawsze chodzi przecież o sam przedmiot - czasem ważniejsze jest samo doświadczenie nowości.
Na ten problem można spojrzeć również od strony duchowej. Kiedy człowiek traci kontakt ze sobą, z naturą i z tym, co dzieje się wokół niego, zaczyna szukać czegoś, co wypełni obecną w nim pustkę. Wtedy różne zewnętrzne doświadczenia mogą dawać chwilowe poczucie, że niczego nam nie brakuje. Może to być kupowanie, gromadzenie pieniędzy, praca, dążenie do sukcesu, szukanie nowych doświadczeń, a nawet ciągłe śledzenie tego, co dzieje się na świecie.
W pewnym sensie może to być również ucieczka od duchowości. Duchowość wymaga bowiem zatrzymania się i spojrzenia do wewnątrz. Tymczasem współczesny świat zachęca nas do czegoś zupełnie odwrotnego – do ciągłego działania, osiągania, kupowania i porównywania się z innymi. Łatwiej jest zająć się tym, co dzieje się na zewnątrz, niż zatrzymać się i zapytać, czego naprawdę potrzebujemy i skąd bierze się nasze poczucie braku. Być może właśnie dlatego tak łatwo uciekamy od duchowości w stronę materialnego świata. Rzeczy można zobaczyć, kupić i posiadać. Duchowość wymaga natomiast cierpliwości i spotkania z samym sobą. Nie daje natychmiastowej nagrody, którą można postawić na półce czy zobaczyć na koncie.
czytaj dalej 
Na naszą pocztę regularnie trafiają relacje osób, które obserwowały na niebie coś, czego nie potrafią wyjaśnić. Część z tych historii dotyczy obiektów wiszących nieruchomo w powietrzu, inne - szybkich przelotów, które trwają zaledwie sekundy. Dziś publikujemy jedną z nich. Jej autor opisał wydarzenie z 2002 roku, które do dziś pamięta w najdrobniejszych szczegółach.
Z poczty FN:
Chciałbym przytoczyć pewną historyjkę, która mi się kiedyś przytrafiła. Czy jest interesująca? Nie wiem. Ale ja się wtedy naprawdę bałem.
"Był wrzesień 2002 roku. Wyjechałem z dwoma kolegami do Holandii do pracy. Miałem wtedy 28 lat i nie miałem wtedy jeszcze samochodu, więc jechaliśmy tam busem. Pojechaliśmy tam w ciemno i na miejscu dopiero szukaliśmy zakwaterowania. Ostatecznie jedną noc spędziliśmy pod gołym niebem i w końcu udało nam się załatwić zakwaterowanie w wozie kempingowym u jednego gospodarza. Pracę znaleźliśmy po dwóch dniach, więc nie było tak źle. Niestety do pracy mieliśmy 5 km, więc kupiliśmy sobie rowery za 5 €, co było sporym zaskoczeniem. Po prostu poszliśmy do ludzi i pytaliśmy czy nie mają jakiegoś starego roweru na sprzedaż. Mało tego, te rowery naprawdę jeździły i były w pełni sprawne. To był tam nasz jedyny transport do pracy, na zakupy i… do budki telefonicznej. Nie miałem wtedy holenderskiej karty SIM, bo jeszcze nie było mnie na to stać, ale można było kupić specjalną kartę, za którą za grosze można było dzwonić do Polski. Miałem wtedy dziewczynę (moja obecna żona), która została w Polsce i żeby z nią porozmawiać, to musiałem wsiąść na rower i jechać ok 7 km do budki telefonicznej. I raz też po pracy, pojechałem do niej zadzwonić. Rozmowa przeciągnęła się na tyle, że kiedy wracałem do legowiska, to było już ciemno. Jednak księżyc oświetlał drogę, bo niebo było czyściutkie i nie było żadnej chmurki. Uwielbiam patrzeć na gwiazdy. Jako dziecko często leżałem na ziemi i patrzyłem w gwiazdy, czekałem na spadające gwiazdy, czy jakieś przelatujące sputniki. Tym razem mogłem jechać rowerem i podziwiać ten piękny widok. Nagle, w pewnej chwili jakiś punkt świetlny na niebie przeleciał z mojej prawej strony na lewą po czym zniknął za horyzontem. Trwało to może 1-2 sekundy. To coś przeleciało przez całe niebo w tak niesamowitym tempie, że pierwsza rzecz jaka mi przyszła do głowy, to UFO. Nie była to żadna asteroida, bo już się ich naoglądałem i to na pewno nie było to. Nie był to też żaden sputnik, no chyba, że kosmici go holowali. Jednak w tamtym momencie, bardzo się przestraszyłem, bo pierwszy raz w życiu i jak na razie jedyny, widziałem coś takiego. Pamiętam, że pomyślałem wtedy, że mogą mnie porwać. Na szczęście, czy może na nie szczęście, ale tego się już nie dowiem, nic takiego się nie wydarzyło. Tak przyspieszyłem, że nie pamiętam kiedy znalazłem się w kempingu. Rano okazało się, że roweru nie schowałem, ale leżał, tam gdzie go porzuciłem".

Komentarz FN:
Dziękujemy za tę relację. Oczywiście, że jest interesująca! To, co ją wyróżnia, to nie tylko sam przelot, ale też reakcja świadka. Punkt świetlny przeciął niebo w 1-2 sekundy, a strach był na tyle silny, że autor wrócił do kempingu, nie pamiętając nawet drogi. Rano rower leżał tam, gdzie go porzucił. Mamy tutaj do czynienia z prostą, konkretną opowieścią bez upiększeń -właśnie takie relacje najczęściej brzmią najbardziej autentycznie.
Nie wiemy, czym dokładnie był obiekt, który zobaczył autor. Wiemy natomiast, że dla niego było to wydarzenie wyjątkowe i na tyle mocne, że po ponad 20 latach nadal pamięta je bardzo dokładnie. I właśnie dlatego takie historie warto publikować. W Fundacji Nautilus od lat zbieramy relacje ludzi, którzy zobaczyli na niebie coś niezwykłego. Nie każdą z tych obserwacji da się dzisiaj wyjaśnić, a niektóre pozostawiają więcej pytań niż odpowiedzi. W tym przypadku sam opis rzeczywiście mocno sugeruje obserwację UFO - nie tylko ze względu na niezwykłą prędkość obiektu, ale przede wszystkim dlatego, że świadek nie potrafił dopasować tego, co zobaczył, do żadnego znanego mu zjawiska.
czytaj dalej 
Na poczcie FN regularnie pojawiają się prośby o przesłanie filmu z kulą nad piramidą. To efekt wywiadu na kanale "Polska Mówi" sprzed kilku lat.
From: [...]
Sent: Sunday, March 22, 2026 8:32 AM
To: FN
Subject:
Dzień dobry, w jednym z filmów na YouTube zaoferował pan przesłanie filmiku z piramidę i kulą.
Poproszę o niego, jesli to możliwe.
Pozdrawiam
[dane do wiad. FN]
link do filmu poniżej:


WIADOMOŚĆ Z OKRĘTU WWW.NAUTILUS.ORG.PL:
Szanowni Państwo,
zwracam się z uprzejmą prośbą o pomoc w odnalezieniu archiwalnego materiału wideo, który został zarejestrowany przez Fundację Nautilus około 2004 roku.
Chodzi o wywiad ze [...] , który opowiadał o zdarzeniu związanym z pościgiem przez niezidentyfikowany obiekt latający mającym miejsce w rejonie Poznania.
Od dłuższego czasu próbuję odnaleźć to nagranie w internecie, jednak bez skutku. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że materiał pochodzi z archiwum Fundacji i nie był szeroko publikowany lub nie jest już dostępny online.
W związku z tym chciałbym zapytać:
- czy takie nagranie rzeczywiście znajduje się w Państwa archiwum,
- czy istnieje możliwość jego udostępnienia (w całości lub fragmencie),
- ewentualnie czy mogą Państwo wskazać, gdzie można je odnaleźć.
Będę bardzo wdzięczny za każdą informację w tej sprawie.
Z wyrazami szacunku,
[...]
ODPOWIEDŹ FN:
Bohater tego materiału kilka lat temu zadzwonił i poprosił o usunięcie tego materiału. Zmienił pracę i obawiał się reakcji ludzi z nowej pracy, jeśli znaleźliby ten materiał. Wielka szkoda.
Pzdr
FN
czytaj dalej 
'Mam pytanie dotyczące świadków obserwacji UFO. Czy zauważyliście, że ludzie cały czas boją się o tym mówić, co widzieli? Jak sądzicie, z czego to wynika?'

Spotkanie z czymś niewyjaśnionym – niezidentyfikowanym obiektem na niebie, dziwną energią, postacią, której nie da się racjonalnie wyjaśnić – dla wielu osób jest momentem granicznym. Co ciekawe, świadkowie takich zdarzeń często podkreślają jedno: sama chwila zetknięcia się z nieznanym wcale nie jest najtrudniejsza.
To, co naprawdę okazuje się wyzwaniem, zaczyna się później.
Po wszystkim przychodzi moment refleksji. Człowiek próbuje nazwać to, co zobaczył. I nagle okazuje się, że brakuje słów. To doświadczenie nie pasuje do znanych kategorii. Nie jest snem, nie jest halucynacją – ale też nie daje się wpisać w ramy codziennej rzeczywistości. Nawet najbardziej szczere relacje bywają chaotyczne, nieprecyzyjne. Nie dlatego, że świadkowie coś ukrywają – ale dlatego, że sami nie wiedzą, jak to przekazać.
Pojawia się wtedy pytanie:
czy to w ogóle da się opowiedzieć tak, żeby ktoś zrozumiał?
I właśnie tutaj zaczyna się największy problem. Nie chodzi już o samo zjawisko, ale o ludzi. O ich reakcje. O ocenę. O to, co powiedzą znajomi, współpracownicy, rodzina. Wielu świadków boi się jednego: ośmieszenia. W świecie, który bardzo ceni racjonalność i „twarde fakty”, wszystko, co wykracza poza normę, bardzo łatwo zostaje zredukowane do:
błędu percepcji,
złudzenia,
albo – co najgorsze – fantazji.
Dlatego wiele osób w pewnym momencie zatrzymuje się i zadaje sobie pytanie:
czy naprawdę warto o tym mówić?
Problem pogłębia jeszcze jedno zjawisko, które w ostatnich latach przybrało na sile – styl narracji części twórców internetowych, a mówiąc dokładnie głupota ludzi interesujących się zjawiskami niewyjasnionymi. Wielu youtuberów zajmujących się tematyką UFO i zjawisk niewyjaśnionych przyjęło strategię… szyderstwa. Zamiast próbować zrozumieć relacje świadków, wolą je wyśmiewać, ironizować, sprowadzać do absurdu. W ich przekonaniu to oznaka „trzeźwego myślenia” i intelektualnej wyższości. W praktyce jednak robią coś bardzo konkretnego: przez nich ludzie wolą milczeć.
Bo jeśli ktoś widzi, jak inni są publicznie ośmieszani, nie chce być kolejnym bohaterem takiego materiału. Wybiera milczenie.
Ten strach nie jest przypadkowy. Człowiek od zawsze potrzebował przynależności do grupy. Przez tysiące lat wykluczenie oznaczało realne zagrożenie dla życia. Dziś żyjemy inaczej – ale te mechanizmy nadal działają. Dlatego obawa przed utratą reputacji, byciem uznanym za „dziwaka”, odrzuceniem przez środowisko jest często silniejsza niż potrzeba powiedzenia prawdy.
Do tego dochodzi jeszcze jeden, bardzo subtelny problem – konflikt wewnętrzny. Doświadczenie mówi jedno. Światopogląd – drugie. Umysł próbuje znaleźć racjonalne wyjaśnienie, jednocześnie nie chcąc zaprzeczyć temu, co zostało przeżyte. Ten dysonans poznawczy potrafi być niezwykle trudny. Często kończy się w ten sam sposób:
wycofaniem się i milczeniem.
Nawet jeśli ktoś zdecyduje się opowiedzieć swoją historię, reakcja otoczenia bywa chłodna. Zamiast ciekawości – sceptycyzm. Zamiast empatii – dystans. W efekcie wiele osób dochodzi do wniosku, że lepiej zachować to dla siebie. Że łatwiej jest żyć z tajemnicą niż z niezrozumieniem.
Warto zauważyć, że reakcje społeczne różnią się w zależności od kraju. W Stanach Zjednoczonych temat UFO jest obecny w kulturze masowej – w filmach, mediach, raportach rządowych. To sprawia, że część świadków czuje się pewniej, mówiąc o swoich doświadczeniach. W Polsce sytuacja wygląda inaczej. Tu relacje o UFO częściej spotykają się z niedowierzaniem, drwiną, a czasem wręcz napiętnowaniem. Dodatkowo silne ramy kulturowe i religijne powodują, że wszystko, co „niepasujące”, bywa traktowane jako zagrożenie dla ustalonego porządku.
Jeszcze trudniejsza sytuacja dotyczy osób pracujących w strukturach państwowych czy wojskowych. W wielu przypadkach świadkowie przez lata milczeli, związani tajemnicą służbową i obawą o konsekwencje zawodowe. Dobrym przykładem jest Charles I. Halt, który dopiero po odejściu ze służby zaczął publicznie mówić o wydarzeniach z Incydent w Rendlesham Forest.
Przez lata temat był bagatelizowany, mimo że dotyczył wojskowej bazy i wielu świadków.
Jednym z najbardziej znanych przypadków jest historia Travis Walton. W 1975 roku, podczas powrotu z pracy w lesie, on i jego współpracownicy zobaczyli intensywne światło unoszące się nad drzewami. Walton podszedł bliżej – i został porażony potężnym błyskiem. Zniknął na pięć dni.
Gdy wrócił, był zdezorientowany i wstrząśnięty. Twierdził, że znalazł się na pokładzie obiektu i miał kontakt z istotami, których nie potrafił opisać. Jego historia stała się podstawą książki The Walton Experience i filmu Fire in the Sky. Mimo licznych świadków, sprawa do dziś budzi kontrowersje. I pokazuje jedno: nawet najbardziej spektakularne przypadki nie chronią przed sceptycyzmem i drwiną.
A jednak coś się zmienia. Coraz więcej osób decyduje się mówić. Nie dlatego, że chcą sensacji – ale dlatego, że czują, iż milczenie nie ma już sensu. Widzą w swoich doświadczeniach coś realnego. Coś, co wymaga nazwania i zrozumienia. I są gotowi zapłacić za to cenę:
krytyki, hejtu, a czasem nawet wykluczenia.

czytaj dalej 
Nasz czytelnik zauważył coś dziwnego na filmie w serwisie YouTube. To zapis meczu Polska - Bosna i Hercegovina w ramach eliminacji EURO. W pewnym momencie pojawia się mały obiekt, który zawisa w powietrzu, po czym leci po lekkim skosie w dół. Wygląda tak:
fragment wiadomości od naszego czytelnika:
[...] przewińcie do 2:11:56 (lub w minutach meczu 90:24). Polecam na zwolnionym tempie. [...]
https://www.youtube.com/watch?v=0Dco0Q6odTU - przewińcie do 2:11:56 (lub w minutach meczu 90:24). Polecam na zwolnionym tempie.
Zgraliśmy ten film (fragment), obejrzeliśmy uważnie. I wie Pan, co? To jest ważka, która na chwilę podleciała w pobliże obiektywu. Ona ma taką "przedziałową" budowę. Jest taki moment, kiedy wyraźnie widać skrzydełka.


I jeszcze kilka screenów z filmu.




czytaj dalej 
Z POCZTY DO FN: [KONTAKT] Nie wiem czy w ogole przeczytacie co piszę. Jestem emerytką i 11 msc temu straciłam ukochanego psa. Tęsknię okrutnie, cierpię tym bardziej gdy słyszę ze nigdy go nie spotkam bo one nia mają zycia po smierci. Jak wygląda moje zycie bez niego? tragedia, bez kolorow i radości z kamieniem na sercu. Mimo tego adoptowalam ze schroniskowej mordowni w Sobolewie kolejnego ale na tęsknotę nie pomogło. Bez mojego psiego przyjaciela nie mam celu. Mam dzieci, wnuki ale to jest wyjątkowa miłosc do tamtego pieska. Ja juz nie żyję, ja trwam bo nie mam wyjscia. Może napisze ktoś do mnie i zapewni, ze nasze psy żyją nadal ale nie zeby pocieszyć, tego nie szukam. A moze ktoś będzie wiedział gdzie jest mój Atoś? [...]

Szanowna Pani,
Niech nas Pani nie załamuje... kto powiedział Pani, że pieski nie mają duszy jak ludzie?! Te bzdury powtarzane w przestrzeni publicznej powinny być karane długoletnim obowiązkiem pracy charytatywnej w schroniskach dla zwierząt. Oczywiście żartujemy, ale sprawa jest poważna.
Zwierzątka nie tylko mają dusze, ale także po śmierci fizycznej odwiedzają swoich właścicieli. Mamy na to setki (!) dowodów. Pani e-mail nas poruszył, bo sami straciliśmy wielu naszych czworonożnych przyjaciół i zawsze bardzo było nam ich brak i też mieliśmy łzy w oczachj, ale.... tu ważna informacja dla Pani:
Prosimy już nie rozpaczać za pieskiem, bo on tę rozpacz wyczuwa i może go to przytrzymać tutaj, a on musi ruszyć w dalszą drogę. Kiedyś na pewno się spotkacie, skoro była to silna więź emocjonalna. A więc - dość żałoby po Atosiu, czas na pogodzenie się z tym, że jesteśmy tu tylko na chwilę, przechodzimy świetlistą bramę i ruszamy dalej. I my, i oni - nasi młodsi bracia na drodze do światła. Proszę to zapamiętać!
Swoją drogą - proszę dbać o swoje zdrowie i postarać się żyć jak najdłużej, a być może spotka Pani swojego Atosia... ich dusze wracają szybko, szybciej niż nasze. I niekoniecznie musi to być piesek, ale to zupełnie inna historia. Będzie Pani wiedziała, że to Atoś. Na 100 procent.
proszę potraktować te słowa powyższe jako "polecenie służbowe" z pokładu okrętu Nautilus! ;-)

I jeszcze jedno pytanie do FN:
WIADOMOŚĆ Z OKRĘTU WWW.NAUTILUS.ORG.PL:
Od: [...]
Witajcie,mam pytanie kiedy podacie do wiadomości rozwiązanie tajemnicy znaków na ciele,bo Robert mówił w ostatnim wywiadzie z Jackowskim i tą panią od ezoteryki że sprawa znaków jest rozwiązana.No domyślam się że może być to podane w następnej książce Roberta Bernatowicza.Czekam na odpowiedż i z góry dziękuję za uwagę.
[dane do wiad. FN]

To poważna decyzja z ujawnieniem informacji, gdyż temat jest bardzo poważny. Tak, uważamy, że historia znaków na ludzkim ciele została przez nas wyjaśniona, ale musimy uzyskać jeszcze potwierdzenie, czy nasza hipoteza jest słuszna.
Pzdr
FN
czytaj dalej 
Oczywiście, że znakomicie jest nam znana postać prof. Michała Gryzińskiego. Postawił on zaskakującą tezę, że słynny wzór jest w pewnych warunkach trochę zwodniczy.
E≠mc²?

Każdy przynajmniej raz w życiu widział model cząsteczki atomu: duża kulka pełniąca rolę jądra atomowego i wokół po orbitach krążące mniejsze kulki symbolizujące elektrony. Tak naprawdę atom jest zbyt mały, żeby można było go zobaczyć. Skąd w takim razie wziął się ten model? W 1913 roku wybitny fizyk Niels Bohr uznał, że atom na pewno przypomina układ planetarny, gdzie elektrony poruszają się wokół jądra podobnie jak planety wokół Słońca – po orbitach kołowych. Przez wiele lat fizycy przeprowadzali eksperymenty, które wydawały się potwierdzać właśnie taką budowę najmniejszej cząstki, z której składa się materia. To właśnie opierając się m.in. na tym założeniu Albert Einstein opracował swoją słynną teorię względności. Była ona podstawą fizyki kwantowej, ale... to może się zmienić! Wszystko dzięki odkryciu polskiego fizyka, profesora Michała Gryzińskiego. Ten niezwykły naukowiec pracował w Instytucie Badań Jądrowych w Świerku k. Warszawy, gdzie przez 40 lat prowadził swoje własne badania dotyczące budowy atomu. Kiedy przedstawił swoją teorię – wybuchła prawdziwa burza.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Model_atomu_Gryzińskiego
„Mechanika kwantowa to największa mistyfikacja w historii nauki” – ogłosił profesor w 1965 roku. Zgodnie z jego teorią budowę wszechświata i cząstek elementarnych można wytłumaczyć opierając się o najprostsze prawa mechaniki klasycznej Newtona. Według Michała Gryzińskiego Niels Bohr popełnił kardynalny błąd kierując się intuicją i opracowując „model planetarmy atomu”, gdyż atom wygląda zupełnie inaczej!
W swojej książce „Sprawa Atomu” wykazał, że „podstawowa cząstka materii” ma budowę „radialną”. Oznacza to, że elektrony w atomach poruszają się wokół jądra po torach przypominających hiperbole, a nie okręgi. Profesor nazwał tą hipotezę „modelem swobodnego spadku”. Sprawa wydaje się pozornie błaha, ale jeśli profesor Gryziński ma rację, to... czeka nas prawdziwa rewolucja!
Możliwe są podróże między różnymi układami planetarnymi, bo prędkość światła nie jest najwyższą prędkością we wszechświecie. Profesor Gryziński znalazł także w atomie ukryty istny ocean energii powstałej w momencie narodzin wszechświata. Oznacza to, że w jednej kropli wody może być dostatecznie dużo energii, aby wystarczyło jej na potrzeby całej naszej planety przez dziesiątki lat! Odkrycie profesora może być zagrożeniem dla światowych dostawców surowców naturalnych i w ogóle odmienić oblicze naszej planety. Przez wiele lat teoria o prawdziwej budowie atomu była niewygodna i ukrywana, chociaż...
Michał Gryziński był przekonany, że najbardziej genialny fizyk Albert Einstein znał prawdę o tym, że atom nie przypomina układu planetarnego. W latach 30-tych XX wieku twórca teorii względności miał celowo wprowadzić Niemców w błąd podsuwając im fałszywe teorie, aby uniemożliwić im wyprodukowanie bomby atomowej. Potem nie miał odwagi, żeby przyznać się do błędu i tak cała fizyka teoretyczna znalazła się w „ślepym zaułku”.
Teoria profesora Michała Gryzińskiego spotkała się z całkowitym potępieniem przez autorytety fizyki kwantowej. Jego hipoteza „innej budowy atomu” została nazwana pseudonauką, zaś sam profesor spotkał się z wyjątkowo zaciekłą krytyką środowiska fizyków kwantowych. Jest jeszcze jeden, tajemniczy wątek związany z osobą polskiego uczonego. Pod koniec życia profesor doszedł do wniosku, że musi istnieć jakaś inteligentna siła, która łączy wszystkie atomy, z których składa się wszechświat. Jego znajomi twierdzili, że profesor Michał Gryziński był przekonany, że jest na tropie zrealizowania marzenia Einsteina, czyli opracowania „teorii jednolitej” wyjaśniającej wszystko! Niektórzy twierdzą nawet, że mu się to udało... Profesor Michał Gryziński zmarł w 2004 roku w wieku 74 lat.

Ten człowiek rzucił wyzwanie fizyce kwantowej!
Michał Gryziński opracował nowy model atomu i podważył założenia planetarnej budowy atomu. Tym samym rzucił wyzwanie fizyce kwantowej. W opinii Gryzińskiego fizyka kwantowa jest wielkim błędem w podejściu, analizie i interpretacji zjawisk atomowych. Jednak pomimo prostoty opisu matematycznego opracowanego przez niego nowego modelu atomu, którego poprawności nie podważono, w literaturze można znaleźć bardzo mało informacji przybliżających jej istotę. Myślę, że powodów jest kilka.
Pierwszy z nich to ataki Michała Gryzińskiego na fizykę kwantową, która jest pełnoprawną teorią fizyczną i nie ma najmniejszego powodu, aby uważać tych, co zajmują się tą dziedziną fizyki, za oszustów lub głupców. W tej sytuacji szeroka rzesza fizyków cały czas ignoruje jego osiągnięcia. Następny powód to brak weryfikacji eksperymentalnej teorii. Jeśli jakaś obserwacja nie zgadza się z teorią to znaczy, że dana teoria ma zastosowanie w jakimś ograniczonym zakresie. Być może tak właśnie jest w przypadku fizyki kwantowej. Jedynym udokumentowanym doświadczeniem, które podważa prawdziwość Bohrowskiej zasady komplementarności (elementy świata atomów możemy obserwować albo jako cząstki, albo jako fale), podobnie jak teoria Gryzińskiego, jest seria doświadczeń przeprowadzona w 2004r. przez fizyka amerykańskiego Shahriara Afshara. Teoria Gryzińskiego jest jedną z przynajmniej kilku kontrowersyjnych teorii fizycznych (np. teoria strun), które czekają na doświadczalną weryfikację. Może dzięki hipotezie opracowanej przez Michała Gryzińskiego zbliżymy się to wielkiej unifikacji, czyli opracowania wymarzonej przez fizyków „teorii wyjaśniającej wszystko”.
czytaj dalej 
Witam Panie Robercie,
Zabawne, bo nie miałam pojęcia o Pana istnieniu do dziś, a ktoś podesłał mi wywiad z Rymanowskim. Mam na imię [...],mam 29 lat i nie przychodzę z namacalną historią, ale ze snami, które nie dają mi spokoju i są związane z kosmitami.
Jestem bardzo świadomą osobą, od urodzenia tematy jak reinkarnacja są dla mnie czymś zupełnie oczywistym. Jednak mam dar związany ze snami i niestety paraliżami sennymi, których doświadczam od 2 roku życia.
Intuicja podpowiada mi, że muszę zapytać o sny związane z kosmitami, bo napotkał mnie już 3. Tak, interesowałam się zawsze tą tematyką, jednak od pewnego czasu nie przykładam dużej wagi, nie sprawdzam, a jednak miałam sen , w którym przyleciały spodki na ziemię, szerząc panikę wśród ludzi.

Nagle na pokład wciągnięto mnie i kilka osób. Byłam przerażona co zobaczę, bałam się obcych, a wylądowałam w sali w której siedzieli niewiele bardzo różniący się od nas obcy, choć coś trudnego do opisania w ich twarzach wskazywało na różnice. Powiedzieli mi o zbliżających się zmianach, resecie na ziemi, który jest potrzebny, bo ludzie znaczyli z drogi.
Jednak ja oraz inni wybrańcy zostaliśmy rozpoznani jako istoty o dobrych duszach, których czeka misja naprawy świata, zwiększania wibracji ziemi. Po obudzeniu byłam w szoku, jednak to co przyśniło mi się wczoraj nie dało mi spokoju. Siedziałam w łódce, patrzyłam na mur na Antarktydzie, niczym w grze o tron. Był o wiele większy niż mogłam sobie wyobrazić, robił wrażenie, a jednak miałam poczucie, że nie jest to do końca naturalna formacja.
Nagle spojrzałam na mapę, którą miałam w ręku. Jakie głos kazał mi zaznaczać ołówkiem wysepki oraz zapamiętałam kilka liczb stanowiących współrzędne. Otóż kazano mi znaleźć wejście do Agharty. Zadałam sobie pytanie „ale dlaczego ja i po co? Ja tam się boję iść.”
W tym momencie we śnie przyleciał spodek kosmiczny, z którego wyszedł Plejadian - jednak wydaje mi się że miał ciemne włosy. Skąd wiem? Przemówił do mnie „[...], przecież wiesz że jesteś Plejadianką zesłaną na ziemię z misją. Masz odnaleźć swoich braci z agharty bo tam należysz. Pewnego dnia urodzisz plejadianskie dziecko (czułam że ten ktoś mógł być nawet moim partnerem, a na pewno ojcem tego dziecka).
O agharcie dowiedziałam się zupełnie przypadkowo tydzień temu. Nie zgłębiałam tego tematu. A to co najbardziej mnie przeraża to fakt, że zapamiętałam współrzędne. I tak, w pewnej kombinacji wskazują na Antarktydę i UWAGA północną Polskę. Absolutnie nie zajmuje się kartografią, nie miałam mapy w ręku od 10 lat.
Z kolei jakiś czas temu przypadków przewinęła mi się teoria że są pewne dowody na to że zgliszcza Atlantydy są na terenie ówczesnej, północnej Polski. Mam ogrom tematów dotyczące moich podróży astralnych w snach, rozmów ze zmarłymi, wszystko to jest mi dane, jest czymś dla mnie oczywistym i naturalnym. Nie wychylam się z tym, ale te sny o plejadianach, słysząc od mamy że jestem kryształowym dzieckiem nie dają mi spokoju. Tym bardziej słysząc w podcaście o nadejściu kogoś z góry, już niedługo. O zmiane.
W przeciwieństwie do Pana odczuwam ogromny fałsz w kościele katolickim, jednak Maria sama do mnie zaczęło przychodzić poprzez obrazki, znaki to samo z Jezusem. Ten sen o dziecku mnie zmroził. Może warto dodać że nazywam się [...] …może wie Pan coś, czego nie wiem ja, co mogłoby mi pomóc pojąć te sytuacje..bardzo dużo również myślę istocie Boga, reinkarnacji, zasad - wypisuje sama do siebie felietony, jakbym chalenowala coś z góry nigdy tego nie robiłam. Będę wdzięczna za kontakt i pozdrawiam

Witam,
Jeśli jest to prawda (a w dobrej wierze zakładam, że relacja nie jest żartem), to wpisuje się w pewien scenariusz wydarzeń, które rysują się także z innych relacji ludzi. W momencie wielkiego zagrożenia ma być ewakuacja wybranych osób na statki obcych cywilizacji. To tylko scenariusz, ale wręcz zbyt fantastyczny, żeby traktować go z pełną powagą. Relację zapisuję w archiwum, ale zachowuję wobec tego scenariusza dystans. Niemniej bardzo dziękuję za przysłanie opisu snu i relacji.
czytaj dalej 
Dzień dobry, Panie Robercie tak naprawdę nie wiem co napisać, nie wiem jak zacząć. Wierzę w istoty pozaziemskie jak w to, że mam dwie ręce i nogi. To pewne i bezsprzeczne.
Dziś w nocy (z 2 na 3 marca 2026) mój partner obudził się i powiedział "oni tu byli". Myślałam, że mówi przez sen, albo coś mu się przyśniło. Jednak za chwilkę znowu to powiedział i mówi, że sobie nie żartuje. Trochę to zbagatelizowałem, bo mimo że w nich wierzę to trochę się ich obawiam, bo nie do końca wiem czego mogliby ode mnie chcieć. Gdy mój partner pojechał przed chwilą do pracy i próbowałam ponownie zasnąć to usłyszałam nad swoją głową skaner, który kilkukrotnie przejechał w prawo i lewo. Mój pies śpi ze mną w nogach, ale tym razem miałam wrażenie jakby biegał mi za głową w panice.
Gdy wróciła mi świadomość to nie mogła się ruszyć mimo otwartych oczu, a mój pies spokojnie wciąż leży mi w nogach. Czułam jakby czas inaczej płynął. To nie był sen, tego dźwięku nie da się przyśnić. Mieszkam na wsi z dala od samochodów i innych dźwięków. Mój partner powiedział, że wczoraj jak wrócił nad ranem z pracy widział łysą postać za betonowym płotem, niewielka ale w naszym kolorze. Nie wie czy to było ramię czy głową, ale jest pewnym, że to widział. Moja mama jakiś czas temu opisywała, że nad domem sąsiadom widziała jakiś obiekt z trzeba światłami.
Mówiła o kolorach czerwonym i zielonym. Mieszkamy w jednym domu. Proszę Pana o opinie, czego te istoty mogły ode mnie chcieć, czy oni praktykują skanowanie mózgu ludzkiego? Do czego im to jest potrzebne? Pozdrawiam ciepło i życzę wszystkiego dobrego. [...]

Witamy
Dziękujemy za relację. Niestety w dzisiejszych czasach musielibyśmy sprawdzić Państwa wiarygodność i pojechać na miejsce, porozmawiać z Wami, a jest to… co najmniej trudne ze względu na brak czasu.
W każdym razie pięknie dziękujemy za opis.
Czy „skanowanie przez UFO” się zdarza? Nie spotkaliśmy się z takim przypadkiem
Pzdr
FN
Wejście na pokład
Wiadomość z okrętu Nautilus
UFO24
więcej na: emilcin.com
Dziennik Pokładowy
FILM FN
Najciekawsze nagrania UFO z różnych stron świata
Archiwalne audycje FN
Poleć znajomemu
Najnowsze w serwisie