
Dziś jest:
Wtorek, 29 września 2026
Bóg dokonuje się w nas kwantowo
Włodzimierz Sedlak – polski duchowny katolicki, twórca polskiej szkoły bioelektroniki
Wyślij swoją historię - kliknij, aby rozwinąć formularz
Zachowamy Twoje dane tylko do naszej wiadomości, chyba że wyraźnie napiszesz, że zezwalasz na ich opublikowanie.
Adres email do wysyłania historii do działu "XXI Piętro": xxi@nautilus.org.pl
czytaj dalej 
Dzień dobry, serdecznie pozdrawiam całą załogę okrętu Nautilus.
Na wstępie, tak pokrótce, pragnę podziękować za całą pracę i serce, jakie wkładacie w szerzenie wiedzy o rzeczach już dawno zapomnianych - wszak stare cywilizacje wierzyły w reinkarnację bądź spotykały istoty wyższe duchowo od nas.
Piszę tego maila, chociaż długo zastanawiałam się, czy w ogóle warto... Bo na pewno takich przypadków jak mój jest całe mnóstwo w archiwach. Ale jedno zdanie z dzisiejszej audycji o Marcinku mnie poruszyło... Że zmarli nie zawiadamiają nas po śmierci, bo mają inne sprawy... Trzy lata temu zmarła bliska mi osoba. Mój brat cioteczny, z którym zawsze świetnie się rozumiałam. Spędzaliśmy mnóstwo czasu razem. W ostatnich latach życia pracował za granicą... Tam też zmarł. Nie było jasne, w jakich okolicznościach. Było prowadzone śledztwo, dlaczego wypadł z okna. Cała rodzina ogromnie to przeżyła.
Trzy dni po wiadomości o jego śmierci - ciało nadal przebywało za granicą, bo wbrew pozorom sprowadzenie go do Polski nie było takie łatwe - przyszedł do mnie we śnie.
Śniło mi się, że jestem wraz z rodziną w kościele. Był jego pogrzeb, atmosfera była naprawdę przygnębiająca i nagle dosiadł się do mnie i zaczął - jak to on - rozśmieszać mnie i żartować. Początkowo zareagowałam na jego żarty śmiechem, ale szybko dotarło do mnie to, co mu powiedziałam:
– Kamil... Ale my jesteśmy na twoim pogrzebie.
– Wiem, ale przyszedłem, bo chcę przekazać wiadomość mamie, a nie mogę się z nią skontaktować.
W tym momencie wyszliśmy z kościoła i chwilę rozmawialiśmy. Po czym przekazał mi wiadomość:
– Powiedz mojej mamie, że jestem teraz jak na wakacjach, tutaj nie muszę pracować.
Po czym roześmiał się tak pogodnie. Dodam, że od momentu, gdy się pojawił, czułam niesamowitą energię, takie dobro... Zrozumienie i brak oceniania... Miłość i spokój. Zapytałam go naturalnie, jak to się stało, że zmarł, bo cała rodzina żyje obecnie tym, żeby to wyjaśnić. W odpowiedzi usłyszałam:
– W naszej rodzinie trzeba się badać.
Potem sen się skończył. Tej nocy jeszcze długo płakałam.
I faktycznie okazało się, że zasłabł, chciał odetchnąć chłodnym powietrzem, otworzył okno, ale w tym momencie zasłabł i wypadł... Można się ze mną zgodzić lub nie, ale na ścieżce, którą podążam, spotkałam się z informacją, że zmarli nie mogą się z nami skontaktować właśnie przez to ogromne poczucie żalu. Nawet w „Misji” była informacja o tym, że kiedyś cieszono się i celebrowano śmierć. Może dlatego ludzie częściej spotykali najbliższych. Kto wie?
Pozdrawiam raz jeszcze całą załogę. Przesyłam moc pozytywnej energii i najserdeczniejsze życzenia zdrowia.

czytaj dalej 
Dzień dobry, Panie Robercie,
chciałam się podzielić kilkoma widokówkami z mojego życia, które świadczą o tym, że jest coś po tamtej stronie. Po pierwsze, moja mama jako dziewczynka była w szpitalu i dokładnie wtedy, kiedy umarła jej babcia, w szpitalu pękł jej słoik. Następnie moja historia. Na studiach byłam przez rok w Stanach. Kiedy wyjeżdżałam, żegnałam się ze wszystkimi, ale kiedy żegnałam się z babcią, obie się wzruszyłyśmy, tak jakbyśmy coś przeczuwały. No i jestem w Stanach, na kilkudniowym wyjeździe na Florydę, i coś mnie budzi w nocy, o 3, i każe mi zadzwonić do domu. Wtedy były tylko telefony stacjonarne. Nikt nie odbiera, a mnie coś każe dzwonić po rodzinie do skutku. W końcu, już rano, dodzwaniam się do bratowej do pracy i ona przekazuje mi wiadomość: babcia dziś rano zmarła. Z babcią byłam bardzo zżyta, wychowywała mnie. Kiedy babcia jeszcze żyła, ale już była na granicy, powiedziała, że we śnie wyszły po nią ciotki i przyniosły jej 7 kwiatów. Jej ojciec miał 7 sióstr, czyli dla niej ciotek.
I ostatnia, najnowsza historia. Śni mi się Joasia Kołaczkowska - taka promienna, oświetlona twarz - i mówi, że już jest dobrze. Była spokojna, jasna. Nagle się obudziłam, było przed północą. Otworzyłam Facebooka i pierwszy post, jaki mi się wyświetlił, to post kabaretu Hrabi, że Asia odeszła. Ona przyszła się pożegnać, mimo że się nie znałyśmy, ale była mi bliska. Te kilka historii sprawia, że wierzę, że jest coś po tamtej stronie i że nie trzeba się bać.
Panie Robercie, ja choruję na raka, jestem w fazie diagnozy i takie podejście oraz spojrzenie na sprawy (nie)ostateczne bardzo mi pomaga. Podobnie jak słuchanie podcastów z Pana udziałem. Dziękuję i pozdrawiam serdecznie.
czytaj dalej 
Witam,
wysłuchałam audycji o dzieciach i duchach i postanowiłam opisać historię mojego syna, obecnie 12-latka.
Gdy Tadzio miał niespełna 4 lata, bardzo dużo czasu spędzał u teściów.
Pewnego dnia, gdy był tylko z teściową w domu, zamknął się w pokoju i przez jakiś czas z niego nie wychodził. Teściowa trochę się zaniepokoiła, bo zrobiło się za cicho (oznaka nadchodzących kłopotów ;)). Podeszła po cichu do drzwi pokoju, w którym był Tadek, i zaczęła go podsłuchiwać. Tadzio bardzo cicho z kimś rozmawiał, tak że nie mogła nic usłyszeć, więc postanowiła wejść. Gdy tylko otworzyła drzwi, zobaczyła, jak Tadek siedzi na skraju tapczanu, mimo że całe łóżko było przecież puste. Syn w tym momencie bardzo się oburzył i zganił babcię, żeby mu nie przeszkadzała, bo przecież ma gościa. Teściowa przeprosiła, wycofała się i przymknęła drzwi. Stanęła w przedpokoju i podsłuchiwała, ale Tadzio rozmawiał tak cichutko, że nie była w stanie nic z tej rozmowy wyłuskać.
Gdy po pracy przyszłam odebrać Tadzia, szepnęła mi tylko, że Tadek miał dzisiaj gościa i że nie chciał jej nic więcej powiedzieć. Poprosiła, żebym dyskretnie go podpytała. Codziennie wieczorem, gdy już leżeliśmy z Tadziem w łóżku, rozmawialiśmy sobie o różnych rzeczach i sprawach, które wydarzyły się w ciągu dnia, i nie tylko. To był taki nasz czas na rozmowy o wszystkim. Postanowiłam to wykorzystać i spytałam go, czy to prawda, że miał dzisiaj gościa.
Odpowiedział mi, że był u niego dziadek Tadek. Myślałam, że chodzi o teścia - mają to samo imię. Powiedziałam mu, że dziadka dzisiaj nie było w domu.
Na to Tadzio odpowiedział, że nie chodzi o tego dziadka Tadka.
Zdębiałam i zapytałam więc, o jakiego dziadka mu chodzi.
Odpowiedział:
- Twojego dziadka.
Mój dziadek też miał na imię Tadeusz i zmarł, gdy miałam 8 lat. Tadzio nie wiedział, jak wyglądał mój dziadek. Nigdy go nie widział i nie miał prawa znać szczegółów, o których mi później opowiedział po rozmowie z moim dziadkiem. Dokładnie opisał mi, jak dziadek wyglądał. Powiedział, że miał śmieszne, małe wąsy - dziadek miał wąsy jak Adolf H. - oraz jasny płaszcz. Dziadek miał ulubiony beżowy prochowiec. Powiedział też, że był trochę pijany. Dziadek lubił trunki wszelkiej maści, a Tadzio na pewno nie słyszał o tym od nikogo z rodziny. Dodał jednak, że był bardzo sympatyczny i przyszedł go odwiedzić.
Pytałam go o to jeszcze kilka razy. Za każdym razem opowiadał dokładnie to samo.
Wierzę w to bliskie spotkanie dziadka i prawnuka.

Tadek miał jeszcze jedno cudowne przeżycie ze swoim dziadkiem, moim teściem - też zresztą Tadkiem ;) -z którym był bardzo mocno zżyty i do dziś nie jest pogodzony z jego odejściem.
Otóż w 2020 roku, w ciągu niespełna dwóch miesięcy, zmarł teść i nasz ukochany kundelek Bajka. Tadek bardzo mocno przeżywał te dwa odejścia. Tłumaczyłam mu, że Bajka i dziadek Tadek są teraz razem i na pewno chodzą wspólnie na kaczki i na grzyby. Mówiłam, że psie niebo jest połączone z ludzkim i że na pewno już się tam odnaleźli i jest im razem raźniej. Tadek uwierzył w to bardzo mocno i miałam wrażenie, że przyniosło mu to ulgę w jego dziecięcym cierpieniu i tęsknocie.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie katechetka na religii i ksiądz, który przyszedł po kolędzie. Zburzyli w jednej chwili w tym małym umyśle całą konstrukcję, która dawała mu poczucie bezpieczeństwa i spokój o dziadka i ukochanego zwierzaka. Dziecko najzwyczajniej na świecie chciało podzielić się z tymi ludźmi swoim szczęściem, że wie już, iż najważniejsze dla niego istoty są razem w jednym niebie i nie tęsknią za tym światem, bo są tam razem. I wówczas padły słowa, że zwierzęta nie idą do nieba!
Tadek był załamany. Miał pretensje, że go oszukałam. Na nic zdały się tłumaczenia, że nasza Bajka też jest w niebie razem z dziadkiem. Było to bardzo trudne do przeforsowania, zarówno dla nas, jak i dla dziecka. Po jakimś czasie sytuacja trochę się uspokoiła, temat przycichł i pewnego ranka Tadek schodzi ze swojego pokoju uradowany od ucha do ucha, z błyskiem w oku, i mówi:
- Mamo, nie uwierzysz, co się stało... Był u mnie w nocy dziadek i była z nim Bajka. Dziadek nic nie mówił, tylko na mnie patrzył. Jak zapytałem go, czy zostanie ze mną, to wtedy Bajka zaczęła go ciągnąć za nogawkę od spodni, jakby chciała go już ode mnie odciągnąć, że muszą iść.
I wtedy dziadek mi powiedział:
- Tadziu, na mnie już czas.
I spokojnie poszli...
Tadek wie - sam do tego doszedł - że dziadek przyszedł, żeby rozwiać jego wątpliwości.
Fajnie, że nawet po ich śmierci możemy na NICH liczyć...
P.S. Kiedyś napiszę Panu o moich przeczuciach, które bardzo często mnie nachodziły, ale nauczyłam się je zwalczać, bo działy się same złe rzeczy... A tak na marginesie - nie wiem, czy to ma jakieś znaczenie, ale myślę, że chyba tak. Moja prababcia była Szeptuchą... Myślę, że coś mi zostawiła.
Jeszcze raz pozdrawiam i dziękuję, że dotrwał Pan do końca.
czytaj dalej 
Z poczty FN:
Mój kolega, perkusista, miał córkę, która od urodzenia była sparaliżowana. Ale ona urodziła się normalnie, tyle że jak się urodziła, to zachorowała od razu na zapalenie opon mózgowych i zanim lekarze zorientowali się, że to zapalenie opon mózgowych, a nie zapalenie płuc, to zrobiły się takie zmiany w mózgu, że dziewczynka cały czas była sparaliżowana. Zmarła 2 lata temu.
Ja jej praktycznie nie widziałem na żywo. Tylko na zdjęciach na Facebooku. Po jej śmierci miałem dziwny sen. Znów z kolan wstawałem do pozycji stojącej i przyglądałem się trawie, i się zastanawiałem, czy to wiosna, czy jesień, bo trawa była taka wymieszana, sucha ze świeżą. Ciepło, a kolor światła taki przyjemny, bardzo złoty!! Patrzę, a tu step cały trawą porośnięty. Patrzę, a tu dziewczynka kręci się w sukience takiej do samej ziemi, a sukienka biała w żółte kwiaty albo wzory. Ciężko było dokładnie zobaczyć, bo się kręciła. Patrzę na nią i poznałem, że to 14-letnia Ania mojego kolegi perkusisty. Mówię do niej: - Ania, ty żyjesz? A ona mi na to: - tak, ale tata nie chce słuchać.

I koniec snu. Nie wiedziałem, co mam z tym zrobić i czy mam zadzwonić do tego mojego kolegi i mu o tym powiedzieć. Nie wiedziałem, czy go nie urażę. Wiem, że strasznie cierpiał, jak Ania umarła. Trzymałem to dla siebie aż rok, aż nie wytrzymałem i napisałem do niego na Facebooku, że widziałem jego Anię we śnie i że była wkurzona. Zareagował natychmiast. Poprosił, żebyśmy o tym porozmawiali wieczorem, bo jego żona z pracy wróci, a też chce posłuchać. Zadzwoniłem wieczorem. Mówię, jak było, a żona mojego kolegi się pyta: - Ty byłeś na pogrzebie Ani?? A ja mówię, że nie, że byłem w Anglii w tym czasie. A ona mi na to, że dokładnie w takiej sukience, jak ja opisałem, Ania została pochowana. Później zaczęła krzyczeć na męża Marcina: A nie mówiłam Ci!!? A ty nie chcesz wierzyć!!
czytaj dalej 
W związku z wysłuchaniem audycji Roberta Bernatowicza i Filipa Chajzera chciałem opisać historię przeznaczenia, swoistego znaku od wszechświata. Sytuacja dotyczy mnie i mojej małżonki. Jest rok 1991 ja mam niespełna 19 lat i jak to młody chłopak zaczynam się rozglądać za dziewczynami ( taki wiek, takie prawo ). Nie szukam na siłę, że muszę, bo wiem bo czuję że jak ma to być ta jedyna to się znajdzie w odpowiednim czasie. Dzieje się to wszystko w Zabrzu, ja młody chłopak namiętnie grający w piłkę i mający swoje marzenia od czasu do czasu chodzimy lub jeździmy sobie na dzielnice z kolegami zobaczyć dziewczyny, czy są jakieś ładne itp i podczas jednej takiej wizyty wpada mi w oko ładna drobna blondynka. Podoba mi się, ale niestety nie obraca się w kręgu moich znajomych z dzielnicy i nie mam z nią kontaktu. Pozostaje tylko nadzieja że kiedyś może jakoś się uda poznać.

Mijają jakieś 2-3 miesiące i jestem u babci, gdzie praktycznie się wychowuje w Zabrzu i tak od niechcenia siadam przy telewizorze i w tym momencie jest na TVP 3 Katowice kilkuminutowa relacja podczas wiadomości lokalnych z festynu w dzielnicy Zabrza. Widzę w tej relacji obrazki z tego festynu, a na pierwszym planie widzę właśnie tą drobną blondynkę która tam jest i się uśmiecha. Wtedy przeszywa mię coś niesamowitego, już wtedy rozumiem, że to jest ona, nie ma innego wyjścia.
To był swoisty drogowskaz, wskazówka to o czym piszą mistycy w książkach. Finał jest taki, że jakieś 1-2 miesiące po emisji tego programu doprowadzam do spotkania z nią i wtedy już na pierwszym naszym spotkaniu wiem, że to jest ta druga połowa mojej osobowości. Pomimo kompletnie innych charakterów, priorytetów życiowych i dzielących nas różnic, dzisiaj jesteśmy już z sobą 35 lat w tym 26 lat po ślubie, mamy 2 już dorosłych dzieci. Nawet jednego dnia nie było miedzy nami przerwy w byciu razem. Jesteśmy szczęśliwi i spełnieni bez szaleństw z młodości z kilkoma partnerami, przed zawarciem małżeństwa, a żona miała w dniu poznania się ze mną 16 lat, to jest nasz pierwszy i mam nadzieje ostatni związek w tym życiu. Pomimo upływu tych lat nic bym nie zmienił, a obraz z telewizji jaki utkwił mi w głowie z moją już teraz żoną pamiętam jakby to było wczoraj, był taki trwały i nie do zapomnienia typowy błysk. Teraz wiem po latach, że to był ten znak, po tym miałem ją poznać, bez dwóch zdań. Szukałem w necie nawet archiwalnych relacji TVP3 Katowice, jednak nie mogę nic znaleźć, a dokładnej daty oprócz tego, że był to rok 1991 i raczej wiosna nie znam. Tak wiec obraz tyko został w mojej głowie wyraźny i realny :-)
czytaj dalej 
Dzień dobry Panie Robercie,
Pański wywiad z Małgorzatą Ohme zrobił na mnie ogromne wrażenie. Mam podobne przemyślenia dotyczące reinkarnacji i tego, co może czekać nas po śmierci. Czytałam również książkę Wędrówka dusz. Nie planowałam do Pana pisać, ale ostatnio zaczął mi Pan „wyskakiwać” wszędzie - w telefonie, w mediach społecznościowych, w różnych materiałach. Odebrałam to jako znak i postanowiłam podzielić się swoją historią.
Kiedy moja córka Zuzia miała zbliżające się pierwsze urodziny, przyjechali do nas moi rodzice. Przywieźli mi wtedy duży zapas papierosów. Zaznaczę, że mieszkam w Anglii od ponad 20 lat. Paliłam przez większość swojego życia, z przerwą na ciążę i karmienie piersią. Gdy tylko przestałam karmić, wróciłam do nałogu. Dziś trochę wstyd mi to przyznać, ale wtedy naprawdę lubiłam palić. Nie miałam żadnego zamiaru rzucać. W noc przed pierwszymi urodzinami Zuzi miałam niezwykły sen. Śniło mi się, że umarłam. Nie mieliśmy ciał, a komunikacja odbywała się telepatycznie. Rozmawiałam z istotą, którą wtedy uznałam za Boga, choć dziś myślę, że mógł to być jakiś przewodnik duchowy.
Powiedział mi, że umarłam. Co ciekawe, przyjęłam tę informację z całkowitym spokojem. Czułam błogość i poczucie bezpieczeństwa, jakiego nigdy wcześniej ani później nie doświadczyłam.
Następnie usłyszałam słowa, które na zawsze pozostały w mojej pamięci:
„Umarłaś, bo nie dbałaś o siebie. Za dużo paliłaś. Teraz pokażę ci życie tak, jakbyś nie paliła papierosów.”
I wtedy się obudziłam.
Nie potrafię opisać uczucia, które mi towarzyszyło po przebudzeniu. To było coś pięknego, czego nie da się wyrazić ziemskimi słowami. Rano opowiedziałam rodzinie o tym śnie. Później, jak zwykle, wyszłam do ogrodu z kawą i papierosem. Po każdym zaciągnięciu miałam odruch wymiotny, jakby moje ciało nagle zapomniało, że kiedykolwiek paliłam. Ten stan utrzymywał się przez kilka tygodni. W końcu przestałam próbować.
Od tamtego dnia minęło 12 lat. Nie zapaliłam ani jednego papierosa.

Nie twierdzę, że wiem, czym było to doświadczenie. Wiem tylko, że zmieniło moje życie. Dzięki niemu stałam się lepszą wersją siebie, zdrowszą i bardziej świadomą. Do dziś czuję, że był to jakiś znak i że miało to głębszy sens. Od tamtego doświadczenia zaczęłam interesować się tematyką życia po śmierci, świadomości i duchowości. Przeczytałam wiele książek na ten temat. Szczególne wrażenie zrobiła na mnie "100 sekund w niebie". Autor opisuje swoje doświadczenie śmierci klinicznej, a czytając jego relację, miałam momentami wrażenie, jakby opisywał to, co sama czułam podczas tego snu i tuż po przebudzeniu. Przez lata nie potrafiłam znaleźć odpowiednich słów, aby wyrazić ten stan, a kiedy przeczytałam tę książkę, po raz pierwszy pomyślałam: „Tak, właśnie o to mi chodziło”. To było bardzo zaskakujące i dało mi do myślenia. To doświadczenie nie było jedyną niezwykłą rzeczą w moim życiu. Mam wrażenie, że moje życie składa się z wielu podobnych historii. Od dziecka byłam bardzo wrażliwa na energię ludzi.
Zdarzało mi się również mieć sny o osobach zmarłych. W takich snach przekazywały mi różne informacje lub wiadomości. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że ktoś może uznać to za zwykłe sny, jednak niektóre z tych doświadczeń były dla mnie na tyle wyraźne i znaczące, że do dziś o nich pamiętam.Szczególnie zastanawiająca była dla mnie historia mojego syna. Gdy miał około trzech lat, opowiadał rzeczy, które interpretowałam jako wspomnienia z poprzedniego wcielenia. Był jeszcze bardzo mały, a mimo to mówił o sprawach, których nie miał prawa znać. To również skłoniło mnie do głębszego zainteresowania tematem reinkarnacji. Nie oczekuję, że ktoś bezkrytycznie uwierzy w moje doświadczenia. Chciałam jedynie podzielić się historią, która przez lata skłaniała mnie do zadawania pytań o to, kim jesteśmy i co dzieje się z nami po śmierci.
czytaj dalej 
Z poczty FN:
Historia mojej taty która wydarzyła się w latach 92-93. Po powrocie z wojska mój tata przeżył coś, co do dziś trudno jednoznacznie wyjaśnić. Pewnej nocy, leżąc w łóżku i przysypiając, usłyszał znajomy dźwięk – skrzypnięcie starej drewnianej furtki ze sprężyną, znajdującej się na podwórku. Pomyślał wtedy w myślach:
„To pewnie idzie śmierć po dziadka...”
W tym momencie poczuł chłód, a czas jakby się zatrzymał. Przed jego łóżkiem stanęła czarna, bardzo wysoka postać. Nie ruszała się. Po chwili odezwała się głosem, którego tata do dziś nie zapomniał:
- Skąd wiedziałeś, że to ja?
Przerażony, odpowiedział, że po prostu naszła go taka myśl. I że dopiero co wrócił do domu z wojska, a żal mu, że nie spędzi więcej czasu z dziadkiem. Dodał, że gdyby mógł, oddałby rok swojego życia, żeby dziadek żył dłużej.
Postać przez chwilę milczała, po czym powiedziała:
- To odważne - oddać rok młodego życia, nie wiedząc, ile ci go zostało.
Po tych słowach dodała jeszcze jedno zdanie, które zapadło mu w pamięć na całe życie:
- Przyjdę za dziesięć lat.
Następnie zniknęła. Tata nie wiedział, czy to był sen, wizja, czy może coś więcej.
Dokładnie dziesięć lat później jego dziadek - a mój pradziadek - zmarł.

czytaj dalej 
Z poczty FN:
Dzień dobry Panie Robercie,
jeśli chciałby Pan usłyszeć niewytłumaczalną historię (na pewno mniej spektakularną aniżeli UFO, ale dla mnie niezwykłą) to raczę jedynym w moim życiu wydarzeniem, którego wyjaśnić nie jestem w stanie do dziś dnia.
Miałam wtedy 19 lat i to były moje pierwsze wakacje zarobkowe w Niemczech. Później już co roku wyjeżdżałam na wakacje do Niemiec, aby zarobić pieniądze na nadchodzący rok akademicki. Ale wracając do tych konkretnych wakacji - zatrudniłam się na 2 miesiące we włoskiej kawiarni w Bawarii jako kelnerka. Właściciele lokalu zapewniali mi mieszkanie pracownicze oraz wyżywienie. Gdy wiec nie pracowałam spędzałam czas w mieszkaniu, gdzie byłam jedyną lokatorką. Do tej pory bardzo nie lubiłam kawy (na chwile zbaczam z głównego wątku, ale ten fakt jest dość istotny dla sprawy) - podczas pracy w kawiarni natomiast posmakowała mi ona tak bardzo, że praktycznie mało kiedy piłam cokolwiek innego. Zatem z osoby w ogóle nie zainteresowanej kawą, zmieniłam się w osobę nadużywającą. I tak funkcjonowałam przez 2-3 tygodnie. Aż pewnego dnia w nocy (ale świtało już) obudził mnie bardzo silny, ciężki do zniesienia ból w klatce piersiowej. Miałam poczucie jakby mi ktoś zgniatał klatkę imadłem. Nie mogłam złapać oddechu i pamiętam jak przez myśl przeszło mi, że umieram. Byłam w domu sama, drzwi zamknięte na klucz - nikt nie miał szans udzielić mi pomocy. Straciłam nadzieję. Czułam już, że powoli zaczynam tracić przytomność, brak tlenu i ten ból w klatce powoli zabierały mnie na druga stronę, czułam jak tracę przytomność. Łóżko, na którym leżałam było dosunięte do ściany, a ja leżałam twarzą w stronę tej ściany, nie mogąc zrobić dosłownie nic. Ten ból mnie obezwładnił, byłam bezsilna. I wtedy wydarzyło się coś, czego nie mogę wytłumaczyć do dziś dnia. Leżałam pogodzona już z tym, że z tego łóżka nie wstanę kiedy to poczułam FIZYCZNIE (żadnych odgłosów przy tym nie słyszałam, nic też nie widziałam) jakby za moimi plecami ktoś usiadł na materacu. Dosłownie poczułam fizycznie jak materac się ugina, jak ktoś za mną siada. Proszę sobie wyobrazić moje przerażenie… Wiedziałam, że jestem w domu sama, nikt oprócz właścicieli restauracji mnie w tym mieście nie znał, a ci mieszkali w innej części miasta, nikt nie miał kluczy. I wydarzyła się wtedy rzecz niezwykła - w momencie kiedy poczułam, że ktoś za mną siada, imadło w mojej klatce piersiowej puściło… złapałam z powrotem oddech. Od tego momentu nie czułam już żadnego bólu, żadnego ściskania. Zostałam tylko ze swoim przerażeniem… Leżałam sparaliżowana strachem nie mogąc się odwrócić… Bałam się to zrobić. Oddychałam najciszej jak potrafiłam, nie ruszałam się - mimo, iż wiedziałam, że moje ciało wróciło do sprawności i gdybym chciała mogłabym od razu wstać z łóżka. Strach przed tym, co zobaczę jak się odwrócę po prostu mnie sparaliżował, zatonęłam w nim. Leżałam tak z twarzą obróconą do ściany 2, może 3 godziny. Ale przyszedł moment, w którym w końcu musiałam się odwrócić… Już dosyć długo było jasno - nie znałam dokładnej godziny, ale wiedziałam, że muszę zbierać się do pracy. Najpierw delikatnie ręką sięgnęłam za siebie - nic nie poczułam. Jedynie materac, a na nim NIC. Nabrałam wiec odwagi żeby się odwrócić ciałem i spojrzeć za siebie - za mną nie było oczywiście nikogo. Nadal przestraszona przeszukałam całe mieszkanie - nikogo nie było w środku, drzwi natomiast były zamknięte na klucz od środka, tak jak je zostawiłam dzień wcześniej.
Do tej pory nie mogę sobie wytłumaczyć do czego wtedy doszło. Pod kątem medycznym mogę podejrzewać, że nie będąc w ogóle przyzwyczajoną do kofeiny, a później pijąc ją niemalże litrami moje serce mogło odmówić mi posłuszeństwa. Podejrzewam, że mogłam mieć zawał albo coś w jego rodzaju. Nie znam się, nie jestem lekarzem, na pewno coś fizycznie w moim ciele nie zagrało. Co natomiast wydarzyło się za moimi plecami i sprawiło, że ścisk w klatce ustąpił - tego nie wiem i nie jestem sobie w stanie tego wytłumaczyć.

czytaj dalej 

czytaj dalej 
Dawno temu, kiedy miałam około 17-18 lat, czyli ponad 30 lat temu, byłam w Ustce. Mieszkałam w okolicy i w tamtym czasie w każde wakacje dorabiałam w ośrodkach wczasowych.
Pamiętam, że pewnego dnia poszłam nad wodę. Kusiło mnie, żeby wejść do morza, mimo że nie umiałam pływać. Trochę się bałam, ale i tak szłam powoli coraz dalej. W pewnym momencie straciłam grunt pod nogami. Przyszła też fala, która wciągnęła mnie jeszcze dalej w głąb wody i wtedy zaczęłam się topić. Straciłam orientację i nagle znalazłam się daleko od brzegu. Pamiętam tylko ten moment - wodę przed oczami, znikające niebo, jakbym traciła wszystko z pola widzenia, strach ,panika i myśl to koniec.
Potem mam urwany film i nie pamiętam, co się stało dalej.
Nagle znalazłam się z powrotem przy brzegu, stojąc bezpiecznie w wodzie do kolan, gdzie już nic mi się nie mogło stać. Miałam wrażenie, jakbym była prawie sucha i stała pewnie na nogach, jakby nic się nie wydarzyło, mimo że wcześniej byłam w sytuacji zagrożenia życia. To było dla mnie zupełnie nielogiczne, bo jeśli fala wyrzuciłaby mnie na brzeg, to nie w taki sposób - nie stojąc spokojnie i stabilnie.
Ludzie zachowywali się tak, jakby nic się nie stało, jakbym po prostu stała sobie w wodzie i nic mi nie groziło.
Do dziś mam w pamięci ten obraz - znikające niebo, wodę przed oczami i ten „urwany film”, którego nie potrafię wytłumaczyć.
Nie wiedziałam wtedy, że to jest początek różnych zdarzeń, które będą mi towarzyszyć przez całe moje życie. Mam tyle rzeczy do opowiedzenia, ale zawsze boję się, że nikt mi nie uwierzy albo że ktoś mnie wyśmieje. Mam też wrażenie, że istnieje jedna siła, która chce mnie zniszczyć, i druga siła, która mnie chroni - doszłam do takiego wniosku po wielu sytuacjach, które mi się przydarzyły. Pozdrawiam

czytaj dalej 
Z poczty FN:
Witam serdecznie.
Spotkała mnie taka historia. Opowiem konkretnie.
Mój syn, 2-latek, był jakiś czas temu chory i miał kilka dni gorączkę, więc co kilka godzin podawałam mu leki, żeby tę gorączkę zbić. W ostatni dzień tego przeziębienia dałam synowi o 21:00 na noc leki przeciwgorączkowe i sama poszłam też spać.
Nagle, jakoś około 1:00 w nocy, COŚ lub KTOŚ z całej siły krzyknął mi do ucha: „WSTAWAJ!”. Oczywiście zerwałam się z łóżka jak szalona i przerażona, i od razu zobaczyłam, co z synem… a on 40 stopni gorączki. Nie wiem, co to było. Mieszkam sama, ale ten głos, byt, co mi wykrzyczał „WSTAWAJ” do ucha, to nie był sen, bo nic mi się nawet nie śniło.
Można opublikować mój mail.

Komentarz FN:
Dziękujemy za podzielenie się tą historią. Tego typu doświadczenia trudno jednoznacznie wyjaśnić. Z jednej strony można przypuszczać, że zadziałała bardzo silna intuicja matki - nawet podczas snu nasza podświadomość potrafi wychwycić sygnały, których na co dzień nie rejestrujemy w pełni świadomie. Z drugiej strony można też spojrzeć na to jako na formę ostrzeżenia lub duchowego impulsu, który pojawił się dokładnie wtedy, gdy był potrzebny.
To z pewnością jedno z tych doświadczeń, które trudno uznać za zwykły przypadek.
czytaj dalej 

czytaj dalej 
Z poczty FN:
Szanowny Panie Robercie,
Od dłuższego czasu zastanawiam się, czy opisać Panu pewną historię. Nie potrafię jej racjonalnie wyjaśnić, choć równie dobrze może być jedynie niezwykłym zbiegiem okoliczności. Chciałabym jednak poznać Pana opinię. W styczniu 2024 roku zmarła moja koleżanka Asia. Miała zaledwie 41 lat i przegrała walkę z rakiem. Znałyśmy się od ponad 10 lat dzięki koniom. Z czasem nasze drogi się rozeszły, jak to często bywa w dorosłym życiu, i kontakt był już sporadyczny. Mimo to wiadomość o jej śmierci bardzo mną wstrząsnęła. Asia była osobą bardzo charakterystyczną. Uparta, ambitna, zawsze stawiała na swoim i konsekwentnie dążyła do celu. Kompromisy właściwie nie istniały w jej słowniku. Początkowo nie planowałam jechać na pogrzeb. Byłam wtedy sama z małym dzieckiem, a cmentarz znajdował się około 30 kilometrów od mojego domu. Uznałam, że odwiedzę jej grób w innym terminie. W dniu pogrzebu rano zadzwoniła do mnie nasza wspólna koleżanka. Powiedziała, że dzwoniła do niej siostra Asi z pytaniem, czy wybieram się na pogrzeb.
Okazało się, że ostatnią wolą Asi było, aby podczas pogrzebu towarzyszył jej czarny koń i szukają kogoś kto jest na miejscu i spełni jej ostatnią wolę, a że posiadam prawo jazdy BE to postanowiła mnie o to zapytać. Zadecydowały o tym ostatecznie dopiero tego dnia i na szybko szukały konia i kogoś kto go zawiezie. Koleżanka zaproponowała mi swoją przyczepę i powiedziała, że mogę zabrać dowolnego czarnego konia z ich stajni (sami wtedy byli gdzieś w trasie). Mieli wtedy cztery konie tej maści, a ich stajnia leżała idealnie po drodze. Od ponad 20 lat zajmuję się końmi, więc logistycznie nie stanowiło to dla mnie żadnego problemu. Mimo wszystko z niewyjaśnionego powodu poczułam, że nie chcę brać żadnego z tych koni. Pojechałam jedynie po przyczepę, a później postanowiłam pojechać w zupełnie innym kierunku po konia należącego do innej koleżanki. Był to koń rasy fryzyjskiej. Do dziś nie potrafię powiedzieć, dlaczego akurat jego wybrałam. W mojej okolicy konie fryzyjskie należą do rzadkości. Tak naprawdę znam tylko tego jednego. Pamiętam też, że jadąc po niego, pomyślałam sobie pół żartem, pół serio: „Będziesz mnie straszyć po nocach, jak ci nie przywiozę tego konia.” Znałyśmy się na tyle dobrze, że wiem, iż Asia śmiałaby się z takiego tekstu.
Na miejsce dotarłam dosłownie pięć minut przed rozpoczęciem mszy. Po wyjściu urny z kościoła szłam za nią z koniem, a za nami cały kondukt pogrzebowy. Kiedy wchodziliśmy na wzniesienie prowadzące na cmentarz, koń zaczął bardzo głośno rżeć. W kompletnej ciszy zrobiło to ogromne wrażenie na wszystkich obecnych. Widziałam ludzi ocierających łzy. Dla mnie samo rżenie nie było niczym niezwykłym. Konie są zwierzętami stadnymi i często nawołują inne osobniki, gdy zostają same. Nie doszukiwałam się w tym niczego nadprzyrodzonego. Po zakończeniu uroczystości odwiozłam konia, oddałam przyczepę i wróciłam do domu, spiesząc się jeszcze odebrać dziecko z przedszkola. Wieczorem zadzwoniła do mnie siostra Asi.
Powiedziała tylko: „Nie wiem, jak ty to zrobiłaś, ale bardzo ci dziękuję. Ostatnią wolą Asi było, żeby na jej pogrzebie był koń fryzyjski.” Dosłownie zamarłam. Nie miałam o tym pojęcia. Nikt mi wcześniej tego nie powiedział. Mogłam przecież bez problemu zabrać jednego z czterech czarnych koni stojących po drodze. Tymczasem z niewiadomego powodu pojechałam po jedynego fryza, którego znam. Powiedziałam jej na to: „widzisz.. Asia zawsze dostawała to czego chciała.” Od tamtej chwili wielokrotnie zastanawiałam się, czy był to tylko niezwykły zbieg okoliczności, czy też coś, czego nie potrafimy jeszcze zrozumieć. Nie próbuję nikogo do niczego przekonywać. Sama nie wiem, jak to interpretować. Po prostu uznałam, że jest to historia, która może Pana zainteresować.

Komentarz FN:
Dziękujemy za podzielenie się tą historią. To naprawdę zaskakujące, zwłaszcza że nie wiedziała Pani, iż ostatnim życzeniem tej osoby był właśnie koń fryzyjski. Jedna z możliwych interpretacji jest taka, że w tamtym momencie mogła zadziałać silna intuicja albo pewnego rodzaju duchowe połączenie. Nie możemy tego z całą pewnością udowodnić, ale właśnie takie historie są dla nas szczególnie interesujące. Pokazują, że relacje między ludźmi mają głębszy wymiar i nie kończą się wraz ze śmiercią. Pozdrawiamy.
czytaj dalej 
Szanowny Panie Robercie,
Piszę do Pana, ponieważ od lat śledzę działania Fundacji Nautilus i chciałbym przekazać do Państwa archiwum swoją relację z dzieciństwa, która z perspektywy czasu wydaje mi się niezwykle silnym dowodem na realność zjawiska OOBE. Zdarzenie miało miejsce w Szpitalu Wojewódzkim w Białej Podlaskiej w 2014 lub 2015 roku. Miałem wtedy 8 lub 9 lat i przechodziłem zabieg wycięcia migdałków. To, czego doświadczyłem po operacji na sali wybudzeń, określam dziś jako „tryb widza”. Znalazłem się pod samym sufitem sali i obserwowałem całą scenę z góry.

Kluczowe szczegóły mojej relacji Perspektywa z góry i pozycja ciała: Zapamiętałem rzut pionowy sali. Widziałem siebie leżącego na łóżku w pozycji półsiedzącej. Dziś wiem, że jest to tzw. pozycja Fowlera, standardowo stosowana po operacji migdałków, aby zapobiec zachłyśnięciu. Jako 8-latek nie miałem o tym pojęcia i nie wiedziałem, że powinienem leżeć w taki sposób, a mimo to dokładnie taką pozycję zapamiętałem z perspektywy „widza”.
Moment wybudzenia: Co niezwykle istotne, fizyczną przytomność odzyskałem dopiero znacznie później, będąc już na zwykłej sali szpitalnej. Obraz spod sufitu na sali wybudzeń był więc całkowicie niezależny od momentu mojego rzeczywistego powrotu do ciała i zmysłów. Detale wyposażenia: Z dużej wysokości widziałem ciągi błękitno-białych blatów medycznych.
Zapamiętałem konkretny szczegół: zlew wpuszczony w blat oraz przedmioty leżące na jego górnej powierzchni. Z poziomu łóżka, przy wysokich szpitalnych sufitach, zobaczenie wnętrza zlewu i góry blatów było fizycznie niemożliwe. Personel: Widziałem trzy pielęgniarki pracujące w strefie między moim łóżkiem a szafkami. Najważniejszym dowodem jest dla mnie fakt, że gdybym po prostu na chwilę otworzył oczy podczas wybudzania, widziałbym tylko to, co bezpośrednio przede mną (nogi, pościel).
Moja świadomość zarejestrowała jednak pełny układ architektoniczny sali z punktu pod sufitem. Uważam, że moja świadomość działała wtedy jak niezależna kamera. Jeśli uznają Państwo tę relację za interesującą, wyrażam zgodę na jej anonimowe wykorzystanie.

czytaj dalej 
Z poczty FN:
Dzień dobry, panie Robercie właśnie przed chwilą podczas słuchania podcastu z Panem usłyszałem jak mówi Pan o tym "potknięciu się o kamyczek i zmianie tj. dalszego naszego życia" i przypomniałem sobie sytuacje z mojego życia sprzed ok 20 lat a mianowicie bo to wtedy okres w którym regularnie grałem w piłkę, chodziłem na treningi i ogólnie reprezentowałem klub w mojej miejscowości i pewnego dnia nie miałem strasznej ochoty iść na trening i mój tata (wtedy akurat jednocześnie nasz trener) powiedział, że skoro nie idę na trening to mógłbym skosić trawę przed domem. Ja po chwili zastanowienia się poczułem nagle, że nie jednak nie chce mi się kosić i wolę iść pobiegać za piłką. Wtedy wydawało mi się, że to przez moje lenistwo, ale teraz zaczynam się zastanawiać czy to przypadkiem nie "mój anioł stróż" wziął mnie za ramiona i zaprowadził na ten trening, bo ok godzinę od wyjścia z domu pijany strażak wracając z festynu wozem strażackim staranował ogrodzenie mojego domu zabijając przy tym kobietę która szła chodnikiem. Ten samochód przejechał dokładnie w tym miejscu gdzie ja bym kosił trawę dosłownie o ok metr mijając dom i nie uszkodził nic poza słupem wysokiego napięcia który był przy ulicy. I teraz chyba naprawdę uważam że nie ma przypadków tylko zawsze coś dzieje się z jakiejś przyczyny.

Komentarz FN:
Historia ta pokazuje, że czasem jedna drobna decyzja może zmienić bardzo wiele.
Buddyści mówią, że nawet potknięcie się o mały kamień może całkowicie odmienić dalszy bieg wydarzeń. Być może właśnie w takich chwilach ujawnia się pewien głębszy porządek. Czasami człowiek podejmuje decyzję bez wyraźnego powodu, a dopiero po czasie dostrzega, jak wielkie miała ona znaczenie. Bez wątpienia są takie wydarzenia, które pozostają dla nas nieodkrytą tajemnicą. Prawdopodobnie ma to związek z karmą i z tym, że każdy z nas podąża własną ścieżką, na której pewne zdarzenia mają szczególne znaczenie. Z naszej ludzkiej perspektywy widzimy jedynie niewielki fragment większej układanki, dlatego nie potrafimy do końca powiedzieć, dlaczego jedna osoba unika tragedii, a inna nie.
Wejście na pokład
Wiadomość z okrętu Nautilus
UFO24
więcej na: emilcin.com
Dziennik Pokładowy
FILM FN
15 minut pod wodą. Przeżył własną śmierć i wrócił
Archiwalne audycje FN
rozwiń playlistę
zwiń playlistę
Poleć znajomemu
Najnowsze w serwisie
Informacja dotycząca cookies: Ta strona wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu logowania i utrzymywania sesji Użytkownika. Jeśli już zapoznałeś się z tą informacją, kliknij tutaj, aby ją zamknąć.


Rejestracja