Dziś jest:
Poniedziałek, 2 listopada 2026

Bezinteresowna dobroć jest jedyną wartością absolutną.
/Zygmunt Mysłakowski/

XXI Piętro
HISTORIE PRZESŁANE PRZEZ ZAŁOGANTÓW
CZY BLISCY PO ŚMIERCI SĄ NADAL OBOK NAS? HISTORIA MAŁEGO TADZIA
Czw, 24 wrz 2026 17:49 komentarze: brak czytany: 1217x

Witam,wysłuchałam audycji o dzieciach i duchach i postanowiłam opisać historię mojego syna, obecnie 12-latka.Gdy Tadzio miał niespełna 4 lata, bardzo dużo czasu spędzał u teściów.Pewnego dnia, gdy był tylko z teściową w domu, zamknął się w pokoju i przez jakiś czas z niego nie wychodził. Teściowa trochę się zaniepokoiła, bo zrobiło się za cicho (oznaka nadchodzących kłopotów ;)). Podeszła po cichu.......

czytaj dalej


Witam,

wysłuchałam audycji o dzieciach i duchach i postanowiłam opisać historię mojego syna, obecnie 12-latka.

Gdy Tadzio miał niespełna 4 lata, bardzo dużo czasu spędzał u teściów.

Pewnego dnia, gdy był tylko z teściową w domu, zamknął się w pokoju i przez jakiś czas z niego nie wychodził. Teściowa trochę się zaniepokoiła, bo zrobiło się za cicho (oznaka nadchodzących kłopotów ;)). Podeszła po cichu do drzwi pokoju, w którym był Tadek, i zaczęła go podsłuchiwać. Tadzio bardzo cicho z kimś rozmawiał, tak że nie mogła nic usłyszeć, więc postanowiła wejść. Gdy tylko otworzyła drzwi, zobaczyła, jak Tadek siedzi na skraju tapczanu, mimo że całe łóżko było przecież puste. Syn w tym momencie bardzo się oburzył i zganił babcię, żeby mu nie przeszkadzała, bo przecież ma gościa. Teściowa przeprosiła, wycofała się i przymknęła drzwi. Stanęła w przedpokoju i podsłuchiwała, ale Tadzio rozmawiał tak cichutko, że nie była w stanie nic z tej rozmowy wyłuskać.

Gdy po pracy przyszłam odebrać Tadzia, szepnęła mi tylko, że Tadek miał dzisiaj gościa i że nie chciał jej nic więcej powiedzieć. Poprosiła, żebym dyskretnie go podpytała. Codziennie wieczorem, gdy już leżeliśmy z Tadziem w łóżku, rozmawialiśmy sobie o różnych rzeczach i sprawach, które wydarzyły się w ciągu dnia, i nie tylko. To był taki nasz czas na rozmowy o wszystkim. Postanowiłam to wykorzystać i spytałam go, czy to prawda, że miał dzisiaj gościa.

Odpowiedział mi, że był u niego dziadek Tadek. Myślałam, że chodzi o teścia - mają to samo imię. Powiedziałam mu, że dziadka dzisiaj nie było w domu.

Na to Tadzio odpowiedział, że nie chodzi o tego dziadka Tadka.

Zdębiałam i zapytałam więc, o jakiego dziadka mu chodzi.

Odpowiedział:

- Twojego dziadka.

Mój dziadek też miał na imię Tadeusz i zmarł, gdy miałam 8 lat. Tadzio nie wiedział, jak wyglądał mój dziadek. Nigdy go nie widział i nie miał prawa znać szczegółów, o których mi później opowiedział po rozmowie z moim dziadkiem. Dokładnie opisał mi, jak dziadek wyglądał. Powiedział, że miał śmieszne, małe wąsy - dziadek miał wąsy jak Adolf H. - oraz jasny płaszcz. Dziadek miał ulubiony beżowy prochowiec. Powiedział też, że był trochę pijany. Dziadek lubił trunki wszelkiej maści, a Tadzio na pewno nie słyszał o tym od nikogo z rodziny. Dodał jednak, że był bardzo sympatyczny i przyszedł go odwiedzić.

Pytałam go o to jeszcze kilka razy. Za każdym razem opowiadał dokładnie to samo.

Wierzę w to bliskie spotkanie dziadka i prawnuka.


Tadek miał jeszcze jedno cudowne przeżycie ze swoim dziadkiem, moim teściem - też zresztą Tadkiem ;) -z którym był bardzo mocno zżyty i do dziś nie jest pogodzony z jego odejściem.

Otóż w 2020 roku, w ciągu niespełna dwóch miesięcy, zmarł teść i nasz ukochany kundelek Bajka. Tadek bardzo mocno przeżywał te dwa odejścia. Tłumaczyłam mu, że Bajka i dziadek Tadek są teraz razem i na pewno chodzą wspólnie na kaczki i na grzyby. Mówiłam, że psie niebo jest połączone z ludzkim i że na pewno już się tam odnaleźli i jest im razem raźniej. Tadek uwierzył w to bardzo mocno i miałam wrażenie, że przyniosło mu to ulgę w jego dziecięcym cierpieniu i tęsknocie.

Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie katechetka na religii i ksiądz, który przyszedł po kolędzie. Zburzyli w jednej chwili w tym małym umyśle całą konstrukcję, która dawała mu poczucie bezpieczeństwa i spokój o dziadka i ukochanego zwierzaka. Dziecko najzwyczajniej na świecie chciało podzielić się z tymi ludźmi swoim szczęściem, że wie już, iż najważniejsze dla niego istoty są razem w jednym niebie i nie tęsknią za tym światem, bo są tam razem. I wówczas padły słowa, że zwierzęta nie idą do nieba!

Tadek był załamany. Miał pretensje, że go oszukałam. Na nic zdały się tłumaczenia, że nasza Bajka też jest w niebie razem z dziadkiem. Było to bardzo trudne do przeforsowania, zarówno dla nas, jak i dla dziecka. Po jakimś czasie sytuacja trochę się uspokoiła, temat przycichł i pewnego ranka Tadek schodzi ze swojego pokoju uradowany od ucha do ucha, z błyskiem w oku, i mówi:

- Mamo, nie uwierzysz, co się stało... Był u mnie w nocy dziadek i była z nim Bajka. Dziadek nic nie mówił, tylko na mnie patrzył. Jak zapytałem go, czy zostanie ze mną, to wtedy Bajka zaczęła go ciągnąć za nogawkę od spodni, jakby chciała go już ode mnie odciągnąć, że muszą iść.

I wtedy dziadek mi powiedział:

- Tadziu, na mnie już czas.

I spokojnie poszli...

Tadek wie - sam do tego doszedł - że dziadek przyszedł, żeby rozwiać jego wątpliwości.

Fajnie, że nawet po ich śmierci możemy na NICH liczyć...

P.S. Kiedyś napiszę Panu o moich przeczuciach, które bardzo często mnie nachodziły, ale nauczyłam się je zwalczać, bo działy się same złe rzeczy... A tak na marginesie - nie wiem, czy to ma jakieś znaczenie, ale myślę, że chyba tak. Moja prababcia była Szeptuchą... Myślę, że coś mi zostawiła.

Jeszcze raz pozdrawiam i dziękuję, że dotrwał Pan do końca.

 



zwiń tekst



SEN O ZMARŁEJ ANI. JEDEN SZCZEGÓŁ TRUDNO UZNAĆ ZA PRZYPADEK
Nie, 20 wrz 2026 21:28 komentarze: brak czytany: 1237x

Z poczty FN:Mój kolega, perkusista, miał córkę, która od urodzenia była sparaliżowana. Ale ona urodziła się normalnie, tyle że jak się urodziła, to zachorowała od razu na zapalenie opon mózgowych i zanim lekarze zorientowali się, że to zapalenie opon mózgowych, a nie zapalenie płuc, to zrobiły się takie zmiany w mózgu, że dziewczynka cały czas była sparaliżowana. Zmarła 2 lata temu.Ja jej praktycznie.......

czytaj dalej

Z poczty FN:

Mój kolega, perkusista, miał córkę, która od urodzenia była sparaliżowana. Ale ona urodziła się normalnie, tyle że jak się urodziła, to zachorowała od razu na zapalenie opon mózgowych i zanim lekarze zorientowali się, że to zapalenie opon mózgowych, a nie zapalenie płuc, to zrobiły się takie zmiany w mózgu, że dziewczynka cały czas była sparaliżowana. Zmarła 2 lata temu.

Ja jej praktycznie nie widziałem na żywo. Tylko na zdjęciach na Facebooku. Po jej śmierci miałem dziwny sen. Znów z kolan wstawałem do pozycji stojącej i przyglądałem się trawie, i się zastanawiałem, czy to wiosna, czy jesień, bo trawa była taka wymieszana, sucha ze świeżą. Ciepło, a kolor światła taki przyjemny, bardzo złoty!! Patrzę, a tu step cały trawą porośnięty. Patrzę, a tu dziewczynka kręci się w sukience takiej do samej ziemi, a sukienka biała w żółte kwiaty albo wzory. Ciężko było dokładnie zobaczyć, bo się kręciła. Patrzę na nią i poznałem, że to 14-letnia Ania mojego kolegi perkusisty. Mówię do niej: - Ania, ty żyjesz? A ona mi na to: - tak, ale tata nie chce słuchać.


I koniec snu. Nie wiedziałem, co mam z tym zrobić i czy mam zadzwonić do tego mojego kolegi i mu o tym powiedzieć. Nie wiedziałem, czy go nie urażę. Wiem, że strasznie cierpiał, jak Ania umarła. Trzymałem to dla siebie aż rok, aż nie wytrzymałem i napisałem do niego na Facebooku, że widziałem jego Anię we śnie i że była wkurzona. Zareagował natychmiast. Poprosił, żebyśmy o tym porozmawiali wieczorem, bo jego żona z pracy wróci, a też chce posłuchać. Zadzwoniłem wieczorem. Mówię, jak było, a żona mojego kolegi się pyta: - Ty byłeś na pogrzebie Ani?? A ja mówię, że nie, że byłem w Anglii w tym czasie. A ona mi na to, że dokładnie w takiej sukience, jak ja opisałem, Ania została pochowana. Później zaczęła krzyczeć na męża Marcina: A nie mówiłam Ci!!? A ty nie chcesz wierzyć!!

 



zwiń tekst



WIEDZIAŁEM, ŻE TO ONA. NIEZWYKŁA HISTORIA SPRZED 35 LAT
Pt, 18 wrz 2026 10:22 komentarze: brak czytany: 1024x

W związku z wysłuchaniem audycji Roberta Bernatowicza i Filipa Chajzera chciałem opisać historię przeznaczenia, swoistego znaku od wszechświata. Sytuacja dotyczy mnie i mojej małżonki. Jest rok 1991 ja mam niespełna 19 lat i jak to młody chłopak zaczynam się rozglądać za dziewczynami ( taki wiek, takie prawo ). Nie szukam na siłę, że muszę, bo wiem bo czuję że jak ma to być ta jedyna to się znajdzie.......

czytaj dalej

W związku z wysłuchaniem audycji Roberta Bernatowicza i Filipa Chajzera chciałem opisać historię przeznaczenia, swoistego znaku od wszechświata. Sytuacja dotyczy mnie i mojej małżonki. Jest rok 1991 ja mam niespełna 19 lat i jak to młody chłopak zaczynam się rozglądać za dziewczynami ( taki wiek, takie prawo ). Nie szukam na siłę, że muszę, bo wiem bo czuję że jak ma to być ta jedyna to się znajdzie w odpowiednim czasie. Dzieje się to wszystko w Zabrzu, ja młody chłopak namiętnie grający w piłkę i mający swoje marzenia od czasu do czasu chodzimy lub jeździmy sobie na dzielnice z kolegami zobaczyć dziewczyny, czy są jakieś ładne itp i podczas jednej takiej wizyty wpada mi w oko ładna drobna blondynka. Podoba mi się, ale niestety nie obraca się w kręgu moich znajomych z dzielnicy i nie mam z nią kontaktu. Pozostaje tylko nadzieja że kiedyś może jakoś się uda poznać.



Mijają jakieś 2-3 miesiące i jestem u babci, gdzie praktycznie się wychowuje w Zabrzu i tak od niechcenia siadam przy telewizorze i w tym momencie jest na TVP 3 Katowice kilkuminutowa relacja podczas wiadomości lokalnych z festynu w dzielnicy Zabrza. Widzę w tej relacji obrazki z tego festynu, a na pierwszym planie widzę właśnie tą drobną blondynkę która tam jest i się uśmiecha. Wtedy przeszywa mię coś niesamowitego, już wtedy rozumiem, że to jest ona, nie ma innego wyjścia.

To był swoisty drogowskaz, wskazówka to o czym piszą mistycy w książkach. Finał jest taki, że jakieś 1-2 miesiące po emisji tego programu doprowadzam do spotkania z nią i wtedy już na pierwszym naszym spotkaniu wiem, że to jest ta druga połowa mojej osobowości. Pomimo kompletnie innych charakterów, priorytetów życiowych i dzielących nas różnic, dzisiaj jesteśmy już z sobą 35 lat w tym 26 lat po ślubie, mamy 2 już dorosłych dzieci. Nawet jednego dnia nie było miedzy nami przerwy w byciu razem. Jesteśmy szczęśliwi i spełnieni bez szaleństw z młodości z kilkoma partnerami, przed zawarciem małżeństwa, a żona miała w dniu poznania się ze mną 16 lat, to jest nasz pierwszy i mam nadzieje ostatni związek w tym życiu. Pomimo upływu tych lat nic bym nie zmienił, a obraz z telewizji jaki utkwił mi w głowie z moją już teraz żoną pamiętam jakby to było wczoraj, był taki trwały i nie do zapomnienia typowy błysk. Teraz wiem po latach, że to był ten znak, po tym miałem ją poznać, bez dwóch zdań. Szukałem w necie nawet archiwalnych relacji TVP3 Katowice, jednak nie mogę nic znaleźć, a dokładnej daty oprócz tego, że był to rok 1991 i raczej wiosna nie znam. Tak wiec obraz tyko został w mojej głowie wyraźny i realny :-)



zwiń tekst



NIESAMOWITY SEN, KTÓRY ODMIENIŁ MOJE ŻYCIE
Śr, 16 wrz 2026 15:38 komentarze: brak czytany: 1480x

Dzień dobry Panie Robercie,Pański wywiad z Małgorzatą Ohme zrobił na mnie ogromne wrażenie. Mam podobne przemyślenia dotyczące reinkarnacji i tego, co może czekać nas po śmierci. Czytałam również książkę Wędrówka dusz. Nie planowałam do Pana pisać, ale ostatnio zaczął mi Pan „wyskakiwać” wszędzie - w telefonie, w mediach społecznościowych, w różnych materiałach. Odebrałam to jako znak i postanowiłam.......

czytaj dalej

Dzień dobry Panie Robercie,

Pański wywiad z Małgorzatą Ohme zrobił na mnie ogromne wrażenie. Mam podobne przemyślenia dotyczące reinkarnacji i tego, co może czekać nas po śmierci. Czytałam również książkę Wędrówka dusz. Nie planowałam do Pana pisać, ale ostatnio zaczął mi Pan „wyskakiwać” wszędzie - w telefonie, w mediach społecznościowych, w różnych materiałach. Odebrałam to jako znak i postanowiłam podzielić się swoją historią.

Kiedy moja córka Zuzia miała zbliżające się pierwsze urodziny, przyjechali do nas moi rodzice. Przywieźli mi wtedy duży zapas papierosów. Zaznaczę, że mieszkam w Anglii od ponad 20 lat.  Paliłam przez większość swojego życia, z przerwą na ciążę i karmienie piersią. Gdy tylko przestałam karmić, wróciłam do nałogu. Dziś trochę wstyd mi to przyznać, ale wtedy naprawdę lubiłam palić. Nie miałam żadnego zamiaru rzucać. W noc przed pierwszymi urodzinami Zuzi miałam niezwykły sen. Śniło mi się, że umarłam. Nie mieliśmy ciał, a komunikacja odbywała się telepatycznie. Rozmawiałam z istotą, którą wtedy uznałam za Boga, choć dziś myślę, że mógł to być jakiś przewodnik duchowy.

Powiedział mi, że umarłam. Co ciekawe, przyjęłam tę informację z całkowitym spokojem. Czułam błogość i poczucie bezpieczeństwa, jakiego nigdy wcześniej ani później nie doświadczyłam.

Następnie usłyszałam słowa, które na zawsze pozostały w mojej pamięci:

„Umarłaś, bo nie dbałaś o siebie. Za dużo paliłaś. Teraz pokażę ci życie tak, jakbyś nie paliła papierosów.”

I wtedy się obudziłam.

Nie potrafię opisać uczucia, które mi towarzyszyło po przebudzeniu. To było coś pięknego, czego nie da się wyrazić ziemskimi słowami. Rano opowiedziałam rodzinie o tym śnie. Później, jak zwykle, wyszłam do ogrodu z kawą i papierosem. Po każdym zaciągnięciu miałam odruch wymiotny, jakby moje ciało nagle zapomniało, że kiedykolwiek paliłam. Ten stan utrzymywał się przez kilka tygodni. W końcu przestałam próbować.

Od tamtego dnia minęło 12 lat. Nie zapaliłam ani jednego papierosa.


Nie twierdzę, że wiem, czym było to doświadczenie. Wiem tylko, że zmieniło moje życie. Dzięki niemu stałam się lepszą wersją siebie, zdrowszą i bardziej świadomą. Do dziś czuję, że był to jakiś znak i że miało to głębszy sens.  Od tamtego doświadczenia zaczęłam interesować się tematyką życia po śmierci, świadomości i duchowości. Przeczytałam wiele książek na ten temat. Szczególne wrażenie zrobiła na mnie "100 sekund w niebie". Autor opisuje swoje doświadczenie śmierci klinicznej, a czytając jego relację, miałam momentami wrażenie, jakby opisywał to, co sama czułam podczas tego snu i tuż po przebudzeniu. Przez lata nie potrafiłam znaleźć odpowiednich słów, aby wyrazić ten stan, a kiedy przeczytałam tę książkę, po raz pierwszy pomyślałam: „Tak, właśnie o to mi chodziło”. To było bardzo zaskakujące i dało mi do myślenia. To doświadczenie nie było jedyną niezwykłą rzeczą w moim życiu. Mam wrażenie, że moje życie składa się z wielu podobnych historii. Od dziecka byłam bardzo wrażliwa na energię ludzi. 

Zdarzało mi się również mieć sny o osobach zmarłych. W takich snach przekazywały mi różne informacje lub wiadomości. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że ktoś może uznać to za zwykłe sny, jednak niektóre z tych doświadczeń były dla mnie na tyle wyraźne i znaczące, że do dziś o nich pamiętam.Szczególnie zastanawiająca była dla mnie historia mojego syna. Gdy miał około trzech lat, opowiadał rzeczy, które interpretowałam jako wspomnienia z poprzedniego wcielenia. Był jeszcze bardzo mały, a mimo to mówił o sprawach, których nie miał prawa znać. To również skłoniło mnie do głębszego zainteresowania tematem reinkarnacji.  Nie oczekuję, że ktoś bezkrytycznie uwierzy w moje doświadczenia. Chciałam jedynie podzielić się historią, która przez lata skłaniała mnie do zadawania pytań o to, kim jesteśmy i co dzieje się z nami po śmierci. 



zwiń tekst



„SKĄD WIEDZIAŁEŚ, ŻE TO JA?” POTEM PADŁA PRZEPOWIEDNIA
Wt, 15 wrz 2026 09:10 komentarze: brak czytany: 959x

Z poczty FN: Historia mojej taty która wydarzyła się w latach 92-93. Po powrocie z wojska mój tata przeżył coś, co do dziś trudno jednoznacznie wyjaśnić. Pewnej nocy, leżąc w łóżku i przysypiając, usłyszał znajomy dźwięk – skrzypnięcie starej drewnianej furtki ze sprężyną, znajdującej się na podwórku. Pomyślał wtedy w myślach:„To pewnie idzie śmierć po dziadka...”W tym momencie poczuł chłód, .......

czytaj dalej

Z poczty FN: 

Historia mojej taty która wydarzyła się w latach 92-93. Po powrocie z wojska mój tata przeżył coś, co do dziś trudno jednoznacznie wyjaśnić. Pewnej nocy, leżąc w łóżku i przysypiając, usłyszał znajomy dźwięk – skrzypnięcie starej drewnianej furtki ze sprężyną, znajdującej się na podwórku. Pomyślał wtedy w myślach:

„To pewnie idzie śmierć po dziadka...”

W tym momencie poczuł chłód, a czas jakby się zatrzymał. Przed jego łóżkiem stanęła czarna, bardzo wysoka postać. Nie ruszała się. Po chwili odezwała się głosem, którego tata do dziś nie zapomniał:

- Skąd wiedziałeś, że to ja?

Przerażony, odpowiedział, że po prostu naszła go taka myśl. I że dopiero co wrócił do domu z wojska, a żal mu, że nie spędzi więcej czasu z dziadkiem. Dodał, że gdyby mógł, oddałby rok swojego życia, żeby dziadek żył dłużej.

Postać przez chwilę milczała, po czym powiedziała:

- To odważne - oddać rok młodego życia, nie wiedząc, ile ci go zostało.

Po tych słowach dodała jeszcze jedno zdanie, które zapadło mu w pamięć na całe życie:

- Przyjdę za dziesięć lat.

Następnie zniknęła. Tata nie wiedział, czy to był sen, wizja, czy może coś więcej.
Dokładnie dziesięć lat później jego dziadek - a mój pradziadek - zmarł.



zwiń tekst



KIEDY TRACIŁAM ODDECH, WYDARZYŁO SIĘ COŚ NIEZWYKŁEGO
Nie, 13 wrz 2026 07:20 komentarze: brak czytany: 1411x

Z poczty FN:Dzień dobry Panie Robercie,jeśli chciałby Pan usłyszeć niewytłumaczalną historię (na pewno mniej spektakularną aniżeli UFO, ale dla mnie niezwykłą) to raczę jedynym w moim życiu wydarzeniem, którego wyjaśnić nie jestem w stanie do dziś dnia.Miałam wtedy 19 lat i to były moje pierwsze wakacje zarobkowe w Niemczech. Później już co roku wyjeżdżałam na wakacje do Niemiec, aby zarobić pieniądze.......

czytaj dalej

Z poczty FN:


Dzień dobry Panie Robercie,

jeśli chciałby Pan usłyszeć niewytłumaczalną historię (na pewno mniej spektakularną aniżeli UFO, ale dla mnie niezwykłą) to raczę jedynym w moim życiu wydarzeniem, którego wyjaśnić nie jestem w stanie do dziś dnia.

Miałam wtedy 19 lat i to były moje pierwsze wakacje zarobkowe w Niemczech. Później już co roku wyjeżdżałam na wakacje do Niemiec, aby zarobić pieniądze na nadchodzący rok akademicki. Ale wracając do tych konkretnych wakacji - zatrudniłam się na 2 miesiące we włoskiej kawiarni w Bawarii jako kelnerka. Właściciele lokalu zapewniali mi mieszkanie pracownicze oraz wyżywienie. Gdy wiec nie pracowałam spędzałam czas w mieszkaniu, gdzie byłam jedyną lokatorką. Do tej pory bardzo nie lubiłam kawy (na chwile zbaczam z głównego wątku, ale ten fakt jest dość istotny dla sprawy) - podczas pracy w kawiarni natomiast posmakowała mi ona tak bardzo, że praktycznie mało kiedy piłam cokolwiek innego. Zatem z osoby w ogóle nie zainteresowanej kawą, zmieniłam się w osobę nadużywającą. I tak funkcjonowałam przez 2-3 tygodnie. Aż pewnego dnia w nocy (ale świtało już) obudził mnie bardzo silny, ciężki do zniesienia ból w klatce piersiowej. Miałam poczucie jakby mi ktoś zgniatał klatkę imadłem. Nie mogłam złapać oddechu i pamiętam jak przez myśl przeszło mi, że umieram. Byłam w domu sama, drzwi zamknięte na klucz - nikt nie miał szans udzielić mi pomocy. Straciłam nadzieję. Czułam już, że powoli zaczynam tracić przytomność, brak tlenu i ten ból w klatce powoli zabierały mnie na druga stronę, czułam jak tracę przytomność. Łóżko, na którym leżałam było dosunięte do ściany, a ja leżałam twarzą w stronę tej ściany, nie mogąc zrobić dosłownie nic. Ten ból mnie obezwładnił, byłam bezsilna. I wtedy wydarzyło się coś, czego nie mogę wytłumaczyć do dziś dnia. Leżałam pogodzona już z tym, że z tego łóżka nie wstanę kiedy to poczułam FIZYCZNIE (żadnych odgłosów przy tym nie słyszałam, nic też nie widziałam) jakby za moimi plecami ktoś usiadł na materacu. Dosłownie poczułam fizycznie jak materac się ugina, jak ktoś za mną siada. Proszę sobie wyobrazić moje przerażenie… Wiedziałam, że jestem w domu sama, nikt oprócz właścicieli restauracji mnie w tym mieście nie znał, a ci mieszkali w innej części miasta, nikt nie miał kluczy. I wydarzyła się wtedy rzecz niezwykła - w momencie kiedy poczułam, że ktoś za mną siada, imadło w mojej klatce piersiowej puściło… złapałam z powrotem oddech. Od tego momentu nie czułam już żadnego bólu, żadnego ściskania. Zostałam tylko ze swoim przerażeniem… Leżałam sparaliżowana strachem nie mogąc się odwrócić… Bałam się to zrobić. Oddychałam najciszej jak potrafiłam, nie ruszałam się - mimo, iż wiedziałam, że moje ciało wróciło do sprawności i gdybym chciała mogłabym od razu wstać z łóżka. Strach przed tym, co zobaczę jak się odwrócę po prostu mnie sparaliżował, zatonęłam w nim. Leżałam tak z twarzą obróconą do ściany 2, może 3 godziny. Ale przyszedł moment, w którym w końcu musiałam się odwrócić… Już dosyć długo było jasno - nie znałam dokładnej godziny, ale wiedziałam, że muszę zbierać się do pracy. Najpierw delikatnie ręką sięgnęłam za siebie - nic nie poczułam. Jedynie materac, a na nim NIC. Nabrałam wiec odwagi żeby się odwrócić ciałem i spojrzeć za siebie - za mną nie było oczywiście nikogo. Nadal przestraszona przeszukałam całe mieszkanie - nikogo nie było w środku, drzwi natomiast były zamknięte na klucz od środka, tak jak je zostawiłam dzień wcześniej.

Do tej pory nie mogę sobie wytłumaczyć do czego wtedy doszło. Pod kątem medycznym mogę podejrzewać, że nie będąc w ogóle przyzwyczajoną do kofeiny, a później pijąc ją niemalże litrami moje serce mogło odmówić mi posłuszeństwa. Podejrzewam, że mogłam mieć zawał albo coś w jego rodzaju. Nie znam się, nie jestem lekarzem, na pewno coś fizycznie w moim ciele nie zagrało. Co natomiast wydarzyło się za moimi plecami i sprawiło, że ścisk w klatce ustąpił - tego nie wiem i nie jestem sobie w stanie tego wytłumaczyć.


 




zwiń tekst



ZOBACZYŁAM COŚ, CZEGO DO DZIŚ NIE POTRAFIĘ WYJAŚNIĆ
Pt, 11 wrz 2026 07:19 komentarze: brak czytany: 1445x

Witam serdecznieOd jakiegoś czasu zaczęłam śledzić wywiady z Panem , przeczytałam też jednym tchem książkę przez Pana napisaną, planuję w wakacje przeczytać "MISJĘ". Sprawy , o których Pan mówi i pisze zawsze mnie interesowały. Początkowo w młodości czytałam książki, jeszcze wtedy trudno dostępne, o UFO, Atlantydzie czy też prawdzie jak powstały piramidy w Egipcie. Kiedy posłuchałam Pana wypowiedzi.......

czytaj dalej

Witam serdecznie

Od jakiegoś czasu zaczęłam śledzić wywiady z Panem , przeczytałam też jednym tchem książkę przez Pana napisaną, planuję w wakacje przeczytać "MISJĘ". Sprawy , o których Pan mówi i pisze zawsze mnie interesowały. Początkowo w młodości czytałam książki, jeszcze wtedy trudno dostępne, o UFO, Atlantydzie czy też prawdzie jak powstały piramidy w Egipcie. Kiedy posłuchałam Pana wypowiedzi pomyślałam, że nigdy nie przekazywałam nikomu tego co mnie spotykało. Zawsze traktowałam to jak coś czego nie opowiada się wszystkim, a zostawia dla siebie. Chciałabym opowiedzieć Panu o sytuacji, jaką przeżyłam, ale nigdy nie szukałam odpowiedzi co to mogło być. Zdarzyło się to kilka lat temu, latem, podczas wyjazdu na wakacje do Niemiec, a dokładnie okolice Neuschwanstein.  Razem z mężem wynajęliśmy apartament w jednym z tradycyjnych domów wczasowych na Bawarii.

Którejś nocy obudził mnie nasz kot, którego zawsze ze sobą zabieramy. Odgłosy jakie wydawał były charakterystyczne dla kota kiedy jest gotowy do walki z innym kotem lub zwierzęciem. Ponieważ okna naszego salonu były do ziemi, za nimi balkon, sądziłam, że jakiś kot z okolicy dostał się tam, a nasz kot chce go odstraszyć. Nie otwierałam więc oczu chcąc zasnąć. Niestety, nie uciszył się, wydawał coraz głośniejsze odgłosy. Postanowiłam więc sprawdzić co się dzieje. Łóżko w naszej sypialni było ustawione tak, że nogi były skierowane w stronę drzwi do salonu więc po otwarciu oczu widziałam co było w salonie bez wstawania z łóżka. Otworzyłam oczy, nie zapalałam światła. Patrzę, a w salonie widzę postać mężczyzny, który nachyla się nad stertą książek i szuka czegoś. Zaznaczę, że w salonie nie było książek, a tam gdzie on stał powinien stać duży stół z krzesłami, za nim spory piec kaflowy. Oczywiście zamiast tego był ten człowiek. Najpierw przetarłam oczy myśląc, że jestem na tyle zaspana, że coś mi się wydaje, potem pomyślałam, że to mój mąż. Sprawdziłam, mąż śpi obok mnie, a ten człowiek nadal jest w salonie, a kot na niego "wrzeszczy" czy też syczy niemiłosiernie. I w tym momencie ostatnie co przyszło mi do głowy to, że ktoś się włamał. Popatrzyłam jeszcze przez chwilkę i zapaliłam lampkę nocną.
 
Wstałam i udałam się do salonu. Nie budziłam męża, nie wiem dlaczego, nie czułam też strachu. Po wejściu do oświetlonego już salonu oczywiście wszystko zniknęło. Zastałam tylko mojego kota z najeżonym futrem, skierowanego w to miejsce gdzie ja widziałam tego człowieka. Kota wzięłam na ręce, uspokoił się i po chwili poszedł w to miejsce obwąchując je i jeszcze trochę syczał. Na drugi dzień mój mąż opowiada mi ze zdziwieniem, że kiedy wstał w nocy do toalety, ja ponoć, leżałam w łóżku, lampka nocna po mojej stronie była zapalona, ja miałam na uszach słuchawki, białe, jakbym słuchała muzyki. Nie odzywałam się do niego kiedy spytał mnie co ja robię. Oczywiście nie mieliśmy białych słuchawek, które ja mogłam mieć wtedy, nie pamiętam, abym spała przy świetle i leżąc w łóżku nie reagowała na pytania mojego męża, nie widziałam go kiedy wstał i wrócił z łazienki, spałam po tym całym wydarzeniu. Wygląda na to, że oboje inaczej pamiętamy tą noc. Gdyby nie kot, który ponoć widzi i czuje to czego my nie widzimy i mój mąż twierdzący to co opisałam, można by pomyśleć, że to była nieprawda, a może tylko sen. Nie wiem co to było, czy równoległa rzeczywistość, a może postać kogoś kto zmarł w tym domu? To co wiem na pewno to to, że takie rzeczy się zdarzają bo to nie jest jedyne zdarzenie tak dziwne w moim życiu. 
 
 


zwiń tekst



MORZE MNIE PORWAŁO. NIE PAMIĘTAM, JAK WRÓCIŁAM
Wt, 8 wrz 2026 08:26 komentarze: brak czytany: 988x

Dawno temu, kiedy miałam około 17-18 lat, czyli ponad 30 lat temu, byłam w Ustce. Mieszkałam w okolicy i w tamtym czasie w każde wakacje dorabiałam w ośrodkach wczasowych.Pamiętam, że pewnego dnia poszłam nad wodę. Kusiło mnie, żeby wejść do morza, mimo że nie umiałam pływać. Trochę się bałam, ale i tak szłam powoli coraz dalej. W pewnym momencie straciłam grunt pod nogami. Przyszła też fala, która.......

czytaj dalej

Dawno temu, kiedy miałam około 17-18 lat, czyli ponad 30 lat temu, byłam w Ustce. Mieszkałam w okolicy i w tamtym czasie w każde wakacje dorabiałam w ośrodkach wczasowych.

Pamiętam, że pewnego dnia poszłam nad wodę. Kusiło mnie, żeby wejść do morza, mimo że nie umiałam pływać. Trochę się bałam, ale i tak szłam powoli coraz dalej. W pewnym momencie straciłam grunt pod nogami. Przyszła też fala, która wciągnęła mnie jeszcze dalej w głąb wody i wtedy zaczęłam się topić. Straciłam orientację i nagle znalazłam się daleko od brzegu. Pamiętam tylko ten moment - wodę przed oczami, znikające niebo, jakbym traciła wszystko z pola widzenia, strach ,panika i myśl to koniec.

Potem mam urwany film i nie pamiętam, co się stało dalej.

Nagle znalazłam się z powrotem przy brzegu, stojąc bezpiecznie w wodzie do kolan, gdzie już nic mi się nie mogło stać. Miałam wrażenie, jakbym była prawie sucha i stała pewnie na nogach, jakby nic się nie wydarzyło, mimo że wcześniej byłam w sytuacji zagrożenia życia. To było dla mnie zupełnie nielogiczne, bo jeśli fala wyrzuciłaby mnie na brzeg, to nie w taki sposób - nie stojąc spokojnie i stabilnie.

Ludzie zachowywali się tak, jakby nic się nie stało, jakbym po prostu stała sobie w wodzie i nic mi nie groziło.

Do dziś mam w pamięci ten obraz - znikające niebo, wodę przed oczami i ten „urwany film”, którego nie potrafię wytłumaczyć.

Nie wiedziałam wtedy, że to jest początek różnych zdarzeń, które będą mi towarzyszyć przez całe moje życie. Mam tyle rzeczy do opowiedzenia, ale zawsze boję się, że nikt mi nie uwierzy albo że ktoś mnie wyśmieje. Mam też wrażenie, że istnieje jedna siła, która chce mnie zniszczyć, i druga siła, która mnie chroni - doszłam do takiego wniosku po wielu sytuacjach, które mi się przydarzyły. Pozdrawiam



zwiń tekst



INTUICJA, SEN, CZY COŚ WIĘCEJ?
Nie, 6 wrz 2026 15:08 komentarze: brak czytany: 1040x

Z poczty FN:Witam serdecznie.Spotkała mnie taka historia. Opowiem konkretnie.Mój syn, 2-latek, był jakiś czas temu chory i miał kilka dni gorączkę, więc co kilka godzin podawałam mu leki, żeby tę gorączkę zbić. W ostatni dzień tego przeziębienia dałam synowi o 21:00 na noc leki przeciwgorączkowe i sama poszłam też spać.Nagle, jakoś około 1:00 w nocy, COŚ lub KTOŚ z całej siły krzyknął mi do ucha: „.......

czytaj dalej

Z poczty FN:

Witam serdecznie.

Spotkała mnie taka historia. Opowiem konkretnie.

Mój syn, 2-latek, był jakiś czas temu chory i miał kilka dni gorączkę, więc co kilka godzin podawałam mu leki, żeby tę gorączkę zbić. W ostatni dzień tego przeziębienia dałam synowi o 21:00 na noc leki przeciwgorączkowe i sama poszłam też spać.

Nagle, jakoś około 1:00 w nocy, COŚ lub KTOŚ z całej siły krzyknął mi do ucha: „WSTAWAJ!”. Oczywiście zerwałam się z łóżka jak szalona i przerażona, i od razu zobaczyłam, co z synem… a on 40 stopni gorączki. Nie wiem, co to było. Mieszkam sama, ale ten głos, byt, co mi wykrzyczał „WSTAWAJ” do ucha, to nie był sen, bo nic mi się nawet nie śniło.

Można opublikować mój mail.



Komentarz FN:  

Dziękujemy za podzielenie się tą historią. Tego typu doświadczenia trudno jednoznacznie wyjaśnić. Z jednej strony można przypuszczać, że zadziałała bardzo silna intuicja matki - nawet podczas snu nasza podświadomość potrafi wychwycić sygnały, których na co dzień nie rejestrujemy w pełni świadomie. Z drugiej strony można też spojrzeć na to jako na formę ostrzeżenia lub duchowego impulsu, który pojawił się dokładnie wtedy, gdy był potrzebny.
To z pewnością jedno z tych doświadczeń, które trudno uznać za zwykły przypadek.

 



zwiń tekst



TO NIE BYŁ PRZYPADEK. DO DZIŚ JESTEM WDZIĘCZNY
Pt, 4 wrz 2026 12:40 komentarze: brak czytany: 1058x

Witam, Ostatnio spotkała mnie historia może dla Pana mało spektakularna, ale chciałem się nią podzielić. Dodam jeszcze, że o Sai Babie dowiedziałem się właśnie od Pana. Pewnego dnia wybrałem się do ubezpieczyciela, aby wykupić ubezpieczenie na walkę, ale to akurat mniej ważne. Na ścianie u tego pana zauważyłem obraz przedstawiający Sai Babę. Bardzo mocno przykuło to moją uwagę i miałem ogromną.......

czytaj dalej

Witam,
 
Ostatnio spotkała mnie historia może dla Pana mało spektakularna, ale chciałem się nią podzielić. Dodam jeszcze, że o Sai Babie dowiedziałem się właśnie od Pana. Pewnego dnia wybrałem się do ubezpieczyciela, aby wykupić ubezpieczenie na walkę, ale to akurat mniej ważne. Na ścianie u tego pana zauważyłem obraz przedstawiający Sai Babę. Bardzo mocno przykuło to moją uwagę i miałem ogromną chęć zapytać z ciekawości, dlaczego akurat ma na ścianie Sai Babę. Niestety nie miałem na tyle odwagi i po prostu wyszedłem.

Tego samego dnia, jadąc samochodem z dzieckiem, coś mnie tknęło, żeby włączyć sobie i posłuchać czegoś o Sai Babie. Minęła może minuta lub dwie. Jechałem za autem, które poruszało się bardzo wolno. Miałem już ochotę je wyprzedzić, ale ostatecznie zostałem za nim. Nagle, kiedy mijałem się z ciężarówką, pomiędzy nami z ogromną prędkością przejechał motocykl - dosłownie między ciężarówką a moim autem, które też nie jest małe.

Uznałem, że to nie był przypadek i że właśnie to uchroniło mnie, moje dziecko i motocyklistę od katastrofy. Nie jestem teraz żadnym wyznawcą Sai Baby, ale na znak wdzięczności ustawiłem sobie jego zdjęcie na tapecie telefonu, żeby chociaż takim małym gestem podziękować.
 
 
 


zwiń tekst



POŻEGNANIE, KTÓREGO NIKT SIĘ NIE SPODZIEWAŁ
Sob, 26 wrz 2026 12:04 komentarze: brak czytany: 1704x

Z poczty FN: Szanowny Panie Robercie,Od dłuższego czasu zastanawiam się, czy opisać Panu pewną historię. Nie potrafię jej racjonalnie wyjaśnić, choć równie dobrze może być jedynie niezwykłym zbiegiem okoliczności. Chciałabym jednak poznać Pana opinię. W styczniu 2024 roku zmarła moja koleżanka Asia. Miała zaledwie 41 lat i przegrała walkę z rakiem. Znałyśmy się od ponad 10 lat dzięki koniom. .......

czytaj dalej

Z poczty FN: 

Szanowny Panie Robercie,

Od dłuższego czasu zastanawiam się, czy opisać Panu pewną historię. Nie potrafię jej racjonalnie wyjaśnić, choć równie dobrze może być jedynie niezwykłym zbiegiem okoliczności. Chciałabym jednak poznać Pana opinię. W styczniu 2024 roku zmarła moja koleżanka Asia. Miała zaledwie 41 lat i przegrała walkę z rakiem. Znałyśmy się od ponad 10 lat dzięki koniom. Z czasem nasze drogi się rozeszły, jak to często bywa w dorosłym życiu, i kontakt był już sporadyczny. Mimo to wiadomość o jej śmierci bardzo mną wstrząsnęła. Asia była osobą bardzo charakterystyczną. Uparta, ambitna, zawsze stawiała na swoim i konsekwentnie dążyła do celu. Kompromisy właściwie nie istniały w jej słowniku. Początkowo nie planowałam jechać na pogrzeb. Byłam wtedy sama z małym dzieckiem, a cmentarz znajdował się około 30 kilometrów od mojego domu. Uznałam, że odwiedzę jej grób w innym terminie. W dniu pogrzebu rano zadzwoniła do mnie nasza wspólna koleżanka. Powiedziała, że dzwoniła do niej siostra Asi z pytaniem, czy wybieram się na pogrzeb.

Okazało się, że ostatnią wolą Asi było, aby podczas pogrzebu towarzyszył jej czarny koń i szukają kogoś kto jest na miejscu i spełni jej ostatnią wolę, a że posiadam prawo jazdy BE to postanowiła mnie o to zapytać. Zadecydowały o tym ostatecznie dopiero tego dnia i na szybko szukały konia i kogoś kto go zawiezie. Koleżanka zaproponowała mi swoją przyczepę i powiedziała, że mogę zabrać dowolnego czarnego konia z ich stajni (sami wtedy byli gdzieś w trasie). Mieli wtedy cztery konie tej maści, a ich stajnia leżała idealnie po drodze. Od ponad 20 lat zajmuję się końmi, więc logistycznie nie stanowiło to dla mnie żadnego problemu. Mimo wszystko z niewyjaśnionego powodu poczułam, że nie chcę brać żadnego z tych koni. Pojechałam jedynie po przyczepę, a później postanowiłam pojechać w zupełnie innym kierunku po konia należącego do innej koleżanki. Był to koń rasy fryzyjskiej. Do dziś nie potrafię powiedzieć, dlaczego akurat jego wybrałam. W mojej okolicy konie fryzyjskie należą do rzadkości. Tak naprawdę znam tylko tego jednego. Pamiętam też, że jadąc po niego, pomyślałam sobie pół żartem, pół serio: „Będziesz mnie straszyć po nocach, jak ci nie przywiozę tego konia.” Znałyśmy się na tyle dobrze, że wiem, iż Asia śmiałaby się z takiego tekstu.

Na miejsce dotarłam dosłownie pięć minut przed rozpoczęciem mszy. Po wyjściu urny z kościoła szłam za nią z koniem, a za nami cały kondukt pogrzebowy. Kiedy wchodziliśmy na wzniesienie prowadzące na cmentarz, koń zaczął bardzo głośno rżeć. W kompletnej ciszy zrobiło to ogromne wrażenie na wszystkich obecnych. Widziałam ludzi ocierających łzy. Dla mnie samo rżenie nie było niczym niezwykłym. Konie są zwierzętami stadnymi i często nawołują inne osobniki, gdy zostają same. Nie doszukiwałam się w tym niczego nadprzyrodzonego. Po zakończeniu uroczystości odwiozłam konia, oddałam przyczepę i wróciłam do domu, spiesząc się jeszcze odebrać dziecko z przedszkola. Wieczorem zadzwoniła do mnie siostra Asi.

Powiedziała tylko: „Nie wiem, jak ty to zrobiłaś, ale bardzo ci dziękuję. Ostatnią wolą Asi było, żeby na jej pogrzebie był koń fryzyjski.” Dosłownie zamarłam. Nie miałam o tym pojęcia. Nikt mi wcześniej tego nie powiedział. Mogłam przecież bez problemu zabrać jednego z czterech czarnych koni stojących po drodze. Tymczasem z niewiadomego powodu pojechałam po jedynego fryza, którego znam. Powiedziałam jej na to: „widzisz.. Asia zawsze dostawała to czego chciała.” Od tamtej chwili wielokrotnie zastanawiałam się, czy był to tylko niezwykły zbieg okoliczności, czy też coś, czego nie potrafimy jeszcze zrozumieć. Nie próbuję nikogo do niczego przekonywać. Sama nie wiem, jak to interpretować. Po prostu uznałam, że jest to historia, która może Pana zainteresować.

 


Komentarz FN: 

Dziękujemy za podzielenie się tą historią. To naprawdę zaskakujące, zwłaszcza że nie wiedziała Pani, iż ostatnim życzeniem tej osoby był właśnie koń fryzyjski. Jedna z możliwych interpretacji jest taka, że w tamtym momencie mogła zadziałać silna intuicja albo pewnego rodzaju duchowe połączenie. Nie możemy tego z całą pewnością udowodnić, ale właśnie takie historie są dla nas szczególnie interesujące. Pokazują, że relacje między ludźmi mają głębszy wymiar i nie kończą się wraz ze śmiercią. Pozdrawiamy.



zwiń tekst



DOŚWIADCZYŁEM WYJŚCIA Z CIAŁA. WIDZIAŁEM WSZYSTKO Z GÓRY
Pon, 31 sie 2026 12:06 komentarze: brak czytany: 1654x

Szanowny Panie Robercie, ​Piszę do Pana, ponieważ od lat śledzę działania Fundacji Nautilus i chciałbym przekazać do Państwa archiwum swoją relację z dzieciństwa, która z perspektywy czasu wydaje mi się niezwykle silnym dowodem na realność zjawiska OOBE. ​Zdarzenie miało miejsce w Szpitalu Wojewódzkim w Białej Podlaskiej w 2014 lub 2015 roku. Miałem wtedy 8 lub 9 lat i przechodziłem zabieg wycięcia.......

czytaj dalej

Szanowny Panie Robercie, ​

Piszę do Pana, ponieważ od lat śledzę działania Fundacji Nautilus i chciałbym przekazać do Państwa archiwum swoją relację z dzieciństwa, która z perspektywy czasu wydaje mi się niezwykle silnym dowodem na realność zjawiska OOBE. ​Zdarzenie miało miejsce w Szpitalu Wojewódzkim w Białej Podlaskiej w 2014 lub 2015 roku. Miałem wtedy 8 lub 9 lat i przechodziłem zabieg wycięcia migdałków. To, czego doświadczyłem po operacji na sali wybudzeń, określam dziś jako „tryb widza”. Znalazłem się pod samym sufitem sali i obserwowałem całą scenę z góry. ​


Kluczowe szczegóły mojej relacji Perspektywa z góry i pozycja ciała: Zapamiętałem rzut pionowy sali. Widziałem siebie leżącego na łóżku w pozycji półsiedzącej. Dziś wiem, że jest to tzw. pozycja Fowlera, standardowo stosowana po operacji migdałków, aby zapobiec zachłyśnięciu. Jako 8-latek nie miałem o tym pojęcia i nie wiedziałem, że powinienem leżeć w taki sposób, a mimo to dokładnie taką pozycję zapamiętałem z perspektywy „widza”.

Moment wybudzenia: Co niezwykle istotne, fizyczną przytomność odzyskałem dopiero znacznie później, będąc już na zwykłej sali szpitalnej. Obraz spod sufitu na sali wybudzeń był więc całkowicie niezależny od momentu mojego rzeczywistego powrotu do ciała i zmysłów. Detale wyposażenia: Z dużej wysokości widziałem ciągi błękitno-białych blatów medycznych.

Zapamiętałem konkretny szczegół: zlew wpuszczony w blat oraz przedmioty leżące na jego górnej powierzchni. Z poziomu łóżka, przy wysokich szpitalnych sufitach, zobaczenie wnętrza zlewu i góry blatów było fizycznie niemożliwe. Personel: Widziałem trzy pielęgniarki pracujące w strefie między moim łóżkiem a szafkami. Najważniejszym dowodem jest dla mnie fakt, że gdybym po prostu na chwilę otworzył oczy podczas wybudzania, widziałbym tylko to, co bezpośrednio przede mną (nogi, pościel).

Moja świadomość zarejestrowała jednak pełny układ architektoniczny sali z punktu pod sufitem. Uważam, że moja świadomość działała wtedy jak niezależna kamera. Jeśli uznają Państwo tę relację za interesującą, wyrażam zgodę na jej anonimowe wykorzystanie.

 

 



zwiń tekst



JEDNA DECYZJA, KTÓRA URATOWAŁA MI ŻYCIE
Sob, 29 sie 2026 19:03 komentarze: brak czytany: 1023x

Z poczty FN:Dzień dobry, panie Robercie właśnie przed chwilą podczas słuchania podcastu z Panem usłyszałem jak mówi Pan o tym "potknięciu się o kamyczek i zmianie tj. dalszego naszego życia" i przypomniałem sobie sytuacje z mojego życia sprzed ok 20 lat a mianowicie bo to wtedy okres w którym regularnie grałem w piłkę, chodziłem na treningi i ogólnie reprezentowałem klub w mojej miejscowości i pewnego.......

czytaj dalej

Z poczty FN:

Dzień dobry, panie Robercie właśnie przed chwilą podczas słuchania podcastu z Panem usłyszałem jak mówi Pan o tym "potknięciu się o kamyczek i zmianie tj. dalszego naszego życia" i przypomniałem sobie sytuacje z mojego życia sprzed ok 20 lat a mianowicie bo to wtedy okres w którym regularnie grałem w piłkę, chodziłem na treningi i ogólnie reprezentowałem klub w mojej miejscowości i pewnego dnia nie miałem strasznej ochoty iść na trening i mój tata (wtedy akurat jednocześnie nasz trener) powiedział, że skoro nie idę na trening to mógłbym skosić trawę przed domem. Ja po chwili zastanowienia się poczułem nagle, że nie jednak nie chce mi się kosić i wolę iść pobiegać za piłką. Wtedy wydawało mi się, że to przez moje lenistwo, ale teraz zaczynam się zastanawiać czy to przypadkiem nie "mój anioł stróż" wziął mnie za ramiona i zaprowadził na ten trening, bo ok godzinę od wyjścia z domu pijany strażak wracając z festynu wozem strażackim staranował ogrodzenie mojego domu zabijając przy tym kobietę która szła chodnikiem. Ten samochód przejechał dokładnie w tym miejscu gdzie ja bym kosił trawę dosłownie o ok metr mijając dom i nie uszkodził nic poza słupem wysokiego napięcia który był przy ulicy. I teraz chyba naprawdę uważam że nie ma przypadków tylko zawsze coś dzieje się z jakiejś przyczyny.


Komentarz FN:

Historia ta pokazuje, że czasem jedna drobna decyzja może zmienić bardzo wiele.
Buddyści mówią, że nawet potknięcie się o mały kamień może całkowicie odmienić dalszy bieg wydarzeń. Być może właśnie w takich chwilach ujawnia się pewien głębszy porządek. Czasami człowiek podejmuje decyzję bez wyraźnego powodu, a dopiero po czasie dostrzega, jak wielkie miała ona znaczenie. Bez wątpienia są takie wydarzenia, które pozostają dla nas nieodkrytą tajemnicą. Prawdopodobnie ma to związek z karmą i z tym, że każdy z nas podąża własną ścieżką, na której pewne zdarzenia mają szczególne znaczenie. Z naszej ludzkiej perspektywy widzimy jedynie niewielki fragment większej układanki, dlatego nie potrafimy do końca powiedzieć, dlaczego jedna osoba unika tragedii, a inna nie.



zwiń tekst



COŚ DZIWNEGO UNOSIŁO SIĘ PRZY ŁÓŻKU
Pon, 24 sie 2026 13:18 komentarze: brak czytany: 1907x

Z poczty FN: Dzień Dobry, witam serdecznie Pana Roberta i całą ekipę zespołu Nautilus.To zaszczyt móc do Państwa napisać, nie spodziewałam się, że taka okazja mi się przytrafi aż do nocy 16 lipca.Otóż kilka rzeczy zanim zacznę: mieszkam w obecnym miejscu około 4 miesięcy, nic dziwnego, nadzwyczajnego się tutaj nie działo, aura mieszkania jest bardzo pozytywna. W sypialni mam małe okno z zasłonami.......

czytaj dalej

Z poczty FN: 

Dzień Dobry, witam serdecznie Pana Roberta i całą ekipę zespołu Nautilus.

To zaszczyt móc do Państwa napisać, nie spodziewałam się, że taka okazja mi się przytrafi aż do nocy 16 lipca.

Otóż kilka rzeczy zanim zacznę: mieszkam w obecnym miejscu około 4 miesięcy, nic dziwnego, nadzwyczajnego się tutaj nie działo, aura mieszkania jest bardzo pozytywna. W sypialni mam małe okno z zasłonami, w nocy zawsze zamykam wszystkie okna (ze względu na hałas) oraz zawsze są całkowicie zasłonięte, więc w nocy żadne światło zewnętrze nie dostaje się do środka. Z nocy 16 na 17 lipca pamiętam, że miałam problemy aby zasnąć. Ostatni raz sprawdzałam godzinę na telefonie - 1 w nocy, mogę obstawiać, że około 2 udało mi się w końcu zasnąć. No i przechodzimy do meritum ;) Obudziłam się nagle (jak się okazało, zaraz po całym doświadczeniu sprawdziłam godzinę -3.32) w moim pokoju panowała istna ciemność, było wręcz czarno, a przy moim łóżku (załączam zdjęcie podglądowe dla lepszej wizualizacji) poruszały się w powietrzu białe kule. Na pewno nie byłam we śnie, pamiętam bardzo dobrze, że przestraszyłam się, odsunęłam się do tyłu łóżka ze strachu, dodatkowo rozglądałam się po pokoju, więc nie ma żadnej możliwości, że był to paraliż senny. Kule były różnej wielkości nie tworzyły "zarysu sylwetki", w pierwszym momencie pomyślałam, że to może duch. Kule tworzyły jedność, ale nie miały danego zarysu, były różnej wielkości, ale nie były to małe kuleczki, bardziej jak wielkość piłki tenisowej. Ich kolor był powalający, naprawdę. Dalej jestem po wrażeniem tego doświadczenia, więc przepraszam z góry za rozgardiasz w zdaniach. Te kule były białe, ale nie był to taki "transparenty biały" kolor, ale taki biały gęsty, solidny? Cała sytuacja trwała, jak myślę około 5-6 sekund. Zaraz po wybudzeniu pamiętam, że wymamrotałam coś ze strachu pod nosem, następnie rozglądałam się po pokoju, widziałam zarysy szaf, cały czas próbując jakoś wyjaśnić to zjawisko, że to światło jest odbiciem czegoś. Nie ma takiej opcji, totalna ciemność i tylko latające kule między moim łóżkiem a ścianą. Powiem szczerze, boję się dosyć rzeczy niewyjaśnionych, więc od razu pomyślałam o tym, że muszę złapać telefon (jest na szafce obok łóżka) i zapalić szybko latarkę z niego. Ale jakaś cząstka mnie pomyślała, dosłownie cytat : "To jest jedyna taka okazja, kiedy przeżywasz coś takiego, widzisz własnymi oczami rzeczy, których nie powinno być, jak czegoś nie zrobisz będziesz żałować". No i byłam pewna, że w momencie zapalenia światła z telefonu te obiekty znikną i jedyne co mi przyszło do głowy, może trochę głupie haha to była myśl, aby jednocześnie prawą ręką chwycić po telefon a lewą rękę wsadzić w środek zbiorowiska tych obiektów. Tak też zrobiłam, adrenalina mi wybiła poza skalę haha Teraz trochę żałuję, że mogłam na spokojnie próbować zbliżać tą rękę do obiektów i obserwować reakcje, ale wtedy za bardzo się bałam, szybko machnęłam ręką w te obiekty i w tym samym momencie zapaliłam światło z latarki w telefonie. Nie poczułam nic dziwnego, tak naprawdę to nie poczułam zupełnie nic, ani zimna, ani ciepła, wydaję mi się, że szok i adrenalina zrobiły swoje. Z tego co mogę dodać, pamiętam, że będąc dzieckiem - byliśmy na wyjeździe z rodziną nad morze, pewnej nocy widziałam sylwetki duchów w pokoju. Więc, tej opisywanej nocy pomyślałam, że może widzę coś podobnego, jednak jest duża różnica między jednym a drugim zjawiskiem. Aby to jakoś zwizualizować przygotowałam zdjęcia, jak mniej więcej to wyglądało. Co jeszcze przychodzi mi do głowy, to mniej więcej ilość tych kul, wydaję mi się, że było ich razem około 12-13. Były one jednością, ale nie tworzyły zamkniętego obiektu. Niestety wszystko działo się tak szybko i nagle, że ciężko jest przypomnieć sobie więcej szczegółów.

Wizualizację przygotowałam z pomocą narzędzi AI, aby chociaż minimalnie pokazać jak te obiekty wyglądały.

Pamiętam, że ich wygląd skojarzył mi się trochę z takim gęstym dymem, bardzo mocno gęstym dymem.

Dziękuje za poświęcenie czasu.

 

 



zwiń tekst



MOC NASZYCH MYŚLI W CODZIENNYCH SPRAWACH
Pt, 21 sie 2026 12:43 komentarze: brak czytany: 958x

Z poczty FN: Dzień dobry,Panie Robercie, czytam Pana książkę. Dziś byłem na „Kule Orb i Przywołane w medytacji szczęście”. Pracuję na czterobrygadówce i szczerze nie cierpię rannych zmian. Dziś schodząc z porannej zmiany o godzinie 14 czytałem fragment o tym, jak medytował Pan o szczęściu i chwilę później dostał SMS-a, że wygrał Pan samochód. Postanowiłem więc przez dłuższą chwilę bardzo mocno.......

czytaj dalej

Z poczty FN: 

Dzień dobry,

Panie Robercie, czytam Pana książkę. Dziś byłem na „Kule Orb i Przywołane w medytacji szczęście”. Pracuję na czterobrygadówce i szczerze nie cierpię rannych zmian. Dziś schodząc z porannej zmiany o godzinie 14 czytałem fragment o tym, jak medytował Pan o szczęściu i chwilę później dostał SMS-a, że wygrał Pan samochód. Postanowiłem więc przez dłuższą chwilę bardzo mocno skupić myśli na tym, żeby „przywołać” kierownika następnej zmiany, który zaproponuje mi, żebym jutro przyszedł nie na 6 rano, tylko na 14. Co ciekawe - takie sytuacje u nas zdarzają się naprawdę rzadko, może 1 raz na 10 przypadków, dlatego nawet nie brałem tego na serio.

Po około godzinie dzwoni do mnie kolega i mówi, że mistrz zmiany szuka kogoś na jutro na 14. Oddzwoniłem więc do mistrza, a on mówi do mnie: „Właśnie miałem do ciebie dzwonić z pytaniem, czy chcesz jutro przyjść na 14”. Przyznam szczerze, że aż mnie zmroziło, bo dokładnie tego potrzebowałem i dokładnie o tym intensywnie myślałem chwilę wcześniej. W przeszłości takie sytuacje się zdarzały ale nie łączyłem ich w pary, myślałem, że to po prostu szczęście. Dziś to się sprawdziło, moc medytacji a raczej wzywania potrzeby jest realna. Dziękuję za tę lekcję i mam nadzieję, że dałem świadectwo temu, że jest moc i światło mimo, że to taka błaha sprawa związana ze mną.


Komentarz FN: 

Bardzo dziękujemy za podzielenie się tą historią. To niesamowite świadectwo tego, jak potężna jest siła naszej intencji i jak mocno jesteśmy połączeni z otaczającym nas światem. Takie sytuacje to nie przypadek. Są momenty, w których rzeczywistość odpowiada na nasze potrzeby. Życzymy wielu kolejnych, pozytywnych synchronizacji na Pana drodze.



zwiń tekst



STRONA
1 2 3 4 5 50 90
Strona 2 / 90

Wejście na pokład

Wiadomość z okrętu Nautilus

[KONTAKT] To było w środku nocy. Przebudziłem się i podszedłem do okna. Zobaczyłem piękne, czyste niebo pełne gwiazd. Wśród nich coś się znacząco wyróżniało. Obiekt był optycznie wielkości gwiazdy. Najpierw poruszał się po linii falistej przez około 30 sekund, zmieniając kolory. Następnie zatrzymał się i wystrzelił z wielką prędkością w górę, pod kątem około 45 stopni względem wcześniejszego ruchu falistego, ale już bez zmiany kolorów...

Dziennik Pokładowy

Wtorek, 28 lipca 2026 | Wracam do publikacji w Dzienniku Pokładowym mocnym akcentem. A zresztą... przeczytajcie sami!

czytaj dalej

FILM FN

Czasami wystarczy trochę częściej spoglądać w niebo

archiwum filmów

Archiwalne audycje FN

Playlista:

rozwiń playlistę




Właściwe, pełne archiwum audycji w przygotowaniu...
Będzie dostępne już wkrótce!

Najnowsze w serwisie

Wyświetl: Działy Chronologicznie | Max:

Najnowsze artykuły:

Najnowsze w XXI Piętro:

Najnowsze w FN24:

Najnowsze Pytania do FN:

Ostatnie porady w Szalupie Ratunkowej:

Najnowsze w Dzienniku Pokładowym:

Najnowsze recenzje:

Najnowsze w KAJUTA ZAŁOGI: OKRĘT NAUTILUS - pokład on-line:

Najnowsze w KAJUTA ZAŁOGI: Projekt Messing - najnowsze informacje:

Najnowsze w KAJUTA ZAŁOGI: PROJEKTY FUNDACJI NAUTILUS:

Informacja dotycząca cookies: Ta strona wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu logowania i utrzymywania sesji Użytkownika. Jeśli już zapoznałeś się z tą informacją, kliknij tutaj, aby ją zamknąć.