
Dziś jest:
Środa, 17 czerwca 2026
Wszyscy wiedzą, że coś nie da się zrobić. I wtedy pojawia się ten jeden, który nie wie, że się nie da, i on właśnie to coś robi.
/Albert Einstein/
Wyślij swoją historię - kliknij, aby rozwinąć formularz
Zachowamy Twoje dane tylko do naszej wiadomości, chyba że wyraźnie napiszesz, że zezwalasz na ich opublikowanie.
Adres email do wysyłania historii do działu "XXI Piętro": xxi@nautilus.org.pl

czytaj dalej 
Witam, moje pytanie to czy mój kolega mógł mieć znak od drugiej strony by przestać , czy znalazł się po drugiej stronie i czy takie substancje mogą otwierać dzwi do innego świata?
Kolega miał 15-16 lat opowiadał mi że wtedy wąchali klej i robił to sporadycznie, miewał po tym różne przewidzenie, halucynacje, ale jak sam mi opowiadał miał 2 "wizje" przez które kompletnie to rzucił. Mówił że nigdy czegoś tak realnego nie doświadczył i że utkwiło to w nim aż do dzisiaj. Mówił że raptownie znalazł się w dziwnym miejscu jakieś krainie że miał ciało ale czuł swojego trupa że był martwy, że miał na sobie jakieś stare łachy a dłonie były sine. Nie pamięta jak wyglądało miejsce ale zapamiętał jakieś murki budowle jak z bajki że było to uczucie że stamtąd nie ma powrotu jakieś miejsce kary. Dalej że byli tam jacyś chłopcy i że jeden powiedział (podam inne imię) " O Marcinek do nas wrócił "zastanawia się z kod niby oni mogli go znać czy już tam kiedyś był, zapytał a co z moimi rodzicami, mamą szkołą a on " że to był tylko sen" i za chwile wrócił i znowu siedział przy starej piwniczce z kolegą.
Druga " wizja" to że także znalazł się w podobnym świecie i znowu czół tą realność i że się stamtąd nie wydostanie , mówił znowu spojrzał na swoje dziwne małe sino trupie dłonie i że było tam jeszcze kilku chłopców i że przed czymś lub kimś uciekali, i że najbardziej utknęła mu kręta ścieżka po obu stronach co kilka cm wysadzana kamieniami i jak zwykle wszystko raptownie znowu się skończyło. Ale jak wspominał lęk był nie do zniesienie że to było prawdziwe że nie grał w filmie typu horror ale że tamto miejsce rzeczywistość to był prawdziwy horror. Jak czasami putałem że to były zwykłe halucynacje to odpowiadał że możliwe ale ta tak było realne że tak jak jesteśmy dzisiaj tutaj to nic w porównaniu jak prawdziwe było tamto miejsce. Mówił że mogła to byś przestroga dla niego albo na chwilę umarł i znalazł się w odpowiednim miejscy dla takich jak on grzeszników.
Wiem jak to brzmi ale taka jest tego historia dzisiaj nic nie bierze a to będzie pamiętał do końca życia. Pozdrawiam.

Zacznijmy od tego, że absolutnie wierzymy w prawdziwość tej historii. Pana kolega przeniósł się do jednego ze światów duchowych, w którym mogły przebywać "istoty w podobnej sytuacji". O tych światach ( to o nich prawdopodobnie religie mówią "niebo" czy "piekło") docierają do nas relacje z wielu różnych źródeł - pisaliśmy o tym w serwisie wielokrotnie.
Jedna z osób, która miała okazję przenieść się do jednego z takich światów opisywała go podobnie - jako megarealistyczny, absolutnie istniejący w jakieś przestrzeni. Ale w trakcie dziwnego stanu w jaki nagle samoistnie zapadła dokładnie go namalowała - ten niezwykły rysunek z naszego archiwum przedstawiamy poniżej.

czytaj dalej 
Dzień dobry - Nigdy nie publikowałem tej informacji, sprawa dotyczy mojej św. pamięci żony. Jak tylko pamiętam, mieliśmy wówczas oboje 21 i 23 lata, żona opowiadała o tym, że dożyje tylko 58 lat. Powtarzała to wielokrotnie i to przy świadkach, tj. swoich siostrach. Czyli nie jest to tylko moja imaginacja, po śmierci mojej żony rozmawiałem ze szwagierkami o tym fenomenie. Rodzice mojej żony należały do osób długowiecznych teściowa umarła w wieku bodaj 93 lat, teść 86. Stąd wszyscy powiadali żonie zmyślasz, nie uprawiaj czarnowidztwa.
Pamiętam, że jako dziecko namalowała w w książeczce do nabożeństwa liczby 58 i obok rysunku tiary 84 lata. 58 lat to wiek jej śmierci.
Zadawała sobie pytanie o te 84 lata- śmierć papieża? W rozmowie pytała się, czy to się spełni? Stało się JP2 zmarł w wieku 84 lat. To prawie jak ze słynnym Szumanem. Książeczkę tą nadal posiadam.
Inna historia z dzieciństwa mojej żony, z czasów gdy wyniki totolotka podawano przez radio. W jej rodzinie zabawiano się, nie grano, w typowanie wylosowanych numerów na krótko przed podaniem wyników.
Prawidłowy wynik to prawdopodobieństwo jeden do kilkunastu milionów.
Rzecz niewiarygodna, żona dzieckiem wówczas będąc trafnie wytypowała szóstkę.
Co istotne, żona nie przejawiała żadnych talentów paranormalnych, była zwykłą, jak najbardziej normalną osobą. Poza wymienionymi przypadkami nie zdarzyło się nic nadzwyczajnego, przynajmniej nic o tym nie wiem.
Pozdrawiam
[dane do wiad. FN]
czytaj dalej 
[...] Witajcie Szanowna Redakcjo Nautilusa, od pewnego czasu czytam artykuły na Waszej stronie z dużą ciekawością. Ostatnio przeczytałem kilka artykułów o reinkarnacji i widzę, że temat ten wywołuje sporo zainteresowania. Kilka lat temu potrafiłem przed snem wydać polecenie aby przyśniły mi się moje wcześniejsze wcielenia i abym to potem pamiętał. Podziałało. Śniły mi się różne wcielenia z okresów pozbawionych obecnie znanej technologii za to wypełnione ciężką pracą i kieratem.
Przeżywałem w czasie snu jakiś okres w danym wcieleniu, może godzinę, może kilka... wiedząc kim byłem i co robiłem. Nawet kiedy byłem jakimś urzędnikiem to czas „odwiedzin” w tym wcieleniu to była nudna zlecona praca nad dokumentami, napawająca wręcz obrzydzeniem. Innym razem po przebudzeniu wiedziałem, że byłem chłopem harującym na roli, żoną wychowującą kilkoro dzieci, które chorowały i umierały z głodu i biedy, urzędnikiem nienawidzonym przez środowisko i jeszcze kilka innych sytuacji. Ogólnie nic ciekawego, a życia nudne jak flaki z olejem.
Na początku podchodziłem do tego z ciekawością, że coś takiego potrafię. Potem uświadomiłem sobie, że przez wszystkie wcielenia się męczę i nie warto do tego wracać. Kiedy zażyczyłem sobie wejście w jakieś przyjemne fragmenty wcieleń, to był to albo jakiś akt seksualny albo uroczystość rodzinna. Czyli też tylko epizody, które powtarzają się w każdym życiu. Było natomiast kilka wcieleń kiedy byłem kimś znanym. Dziś chciałem Wam opowiedzieć historię, której nie widziałem w sennej regresji ale doświadczyłem żywego odczucia w miejscu, w którym kiedyś byłem.
Kilka lat temu będąc na wycieczce grupowej w delegacji pod Łodzią, w wolnych chwilach zwiedzaliśmy okolicę. Ktoś powiedział, że niedaleko w Oporowie jest jakiś zamek, który warto zwiedzić. Pojechaliśmy tam. Od pierwszej chwili, kiedy zobaczyłem ten zamek poczułem, że go znam. Wcześniej nie wiedziałem nawet, że taki zamek istnieje. Kiedy weszliśmy do środka rozpoznawałem pomieszczenia, wiedziałem np. gdzie jest sypialnia zanim jeszcze do niej weszliśmy. Nie wiadomo skąd znałem układ wielu pomieszczeń. I wcale nie było to miłe uczucie.
Mojej świadomości towarzyszyło uczucie paskudnego życia w tym miejscu. Czułem jakby żył i rządził w tym miejscu biskup, który był nienawidzony przez otoczenie, ale wszyscy ubiegali fałszywie o jego względy z powodu jego władzy i ogromnych możliwości oraz ze strachu. Był samotny, zdany tylko na siebie, nikomu nie mógł ufać, pozbawiony prywatności i swobody, gdyż cały czas był pod czujnym okiem wszystkich wokół. Chciałem z tego zamku jak najszybciej wyjść i tam nie wracać. Robiło mi się słabo i wręcz niedobrze. Nie miałem pojęcia skąd takie odczucia.
Byłem przekonany, że to jakiś zamek książęcy, więc w ogóle nie kojarzył mi się z kościołem ani żadnym biskupem. W pewnym momencie, kiedy już wychodziłem przeszła obok mnie wycieczka z przewodniczką, która opowiadała, że na początku zamek należał do jakiegoś biskupa. Potem poczytałem o historii zamku i dowiedziałem się, że właścicielem tego zamku jak i całego Oporowa był biskup prymas Polski Władysław Oporowski za czasów panowania Władysława Jagiełły.
Mam pewną znajomą, która zajmuje się energiami wcieleń i posiada umiejętności tzw. wglądów w poszczególne wcielenia, potrafi np. rozpoznawać w jakich wydarzeniach z poprzednich wcieleń tkwią u ludzi obecne problemy. Zapytałem ją czy to możliwe, abym poczuł energię jakiegoś biskupa w zamku sprzed ponad 600 lat, a ona odpowiedziała mi, że to ja byłem tym biskupem. Innym razem kiedy byłem w pewnym ciekawym miejscu razem z nią zapytała mnie pierwsza z uśmiechem, czy coś czuję... Ale o tym może opowiem już innym razem. Pozdrawiam Jacek.

czytaj dalej 
Droga Fundacjo
Witam was serdecznie
Sam już nie wiem ile czasu zabierałem się do tego listu.Przez moją opieszałość, brak werwy, trwało to bardzo długo, ale w końcu się udało. Nazywam się [dane do wiad. FN], mam 32 lata, mieszkam w Warszawie i jestem waszym wielkim "fanem", codzienne włączenie komputera, oczywiście zaczynam od strony Nautilusa. Jak bym mógł inaczej, jestem z wami już tyle lat :) . Rzadko piszę listy, ile razy redagowałem treść akurat tego, to już sam nie wiem, ale jest on dla mnie naprawdę bardzo ważny, bo jestem waszym wielkim dłużnikiem, za uratowanie życia mojego i to nie tylko raz. Gdyby nie wy skończył bym marnie. Moje życie przez pewien czas, ujmując to bardzo delikatnie, było bardzo poplątane. Walka z nałogami, z samym sobą, nie raz przegrana, ale w ogólnym bilansie wygrałem i to w wielkiej zasłudze dzięki wam.
Droga Fundacjo, gdyby nie ta wiedza o życiu, o prawdziwej otaczającej nas rzeczywistości jaką posiadłem dzięki wam - skończył bym bardzo źle. To dzięki wam zbliżyłem się do Pana Boga, a poznanie prawdziwej kreacji, pozwoliło mi zyskać moc, aby pokonać bariery, które kiedyś wydawały mi się nie do przejścia.
Teraz już wiem że je przeskoczyłem i to dzięki wam. Tak naprawdę nie znam słów, którymi mógł bym wyrazić swoją wdzięczność Fundacji Nautilus. Z całego serca, tego wszystkiego, co we mnie najlepsze dziękuję, że jesteście. Dziękuję za wasz serwis Bogu, za tą całą wiedzę, bo ona popchneła mnie w fascynującą naszą rzeczywistość. To dzięki tej wiedzy, znalazłem wiele odpowiedzi na pytania, które od urodzenia mnie nurtowały, uruchomiło we mnie mechanizmy, które same w sobie są nie zwykłe. Pomimo tego iż , się nie znamy, traktuje cała Fundacje jak najlepszego przyjaciela, a to samo w sobie jest niezwykłe, ale uratowaliście moje życie, więc wybaczcie za moją mała nadgorliwość w słowach, ale nie potrafię inaczej.
Panie Robercie dziękuje za Dziennik Pokładowy, jest tam tyle wskazówek, w jaki sposób rozwijać się duchowo. Zawsze z wielkim oczekiwaniem czekam na kolejny wpis. Tak jak wcześniej pisałem brakuje mi słów, aby w pełni wam podziękować, wyrazić wdzięczność i szacunek do waszej ciężkiej pracy, ale spróbuje tym co w Nautilusie Kocham najbardziej czyli historiami, a chciałem w dalszej części listu podzielić się swoimi.
Pisałem już kiedyś do Fundacji drogą mailową, opisywałem moje spotkanie z UFO oraz historie piktogramów, które moja Babcia napotkała w okresie powojennym(nawet wrzuciliście ją na "pasek", strasznie pamiętam chodziłem podekscytowany, że moją historię, można było przeczytać w serwisie), ale do czego zmierzam, zacznę więc od UFO i powiązań z tym tematem z moja osobą. UFO a może paraliżu sennego, bo akurat w moim przypadku jest to powiązane. Paraliż senny miałem w życiu kilka razy. Powiem jedno bardzo niemiły stan, kiedy nawet nie można otworzyć powiek, ani się ruszyć, pomimo tego, że z całej woli bardzo się chce. Jeszcze dodatkowo czuje się coś bardzo przytłaczającego, coś bardzo złego. Raz nawet wydaje mi się udało, w trakcie jego(nawet jak to było w myślach) podnieść rękę i pokazać temu czemuś "środkowy palec", co niby miałem go pokonać, ale on później załatwił mnie po prostu moją przeszłością, że tak powie wywarł na mnie przykre wspomnienia z życia. Ale wracając, jeszcze do tego podniesienia ręki, w trakcie paraliżu sennego, wymagało ode mnie ogromnej siły woli, zdałem sobie z tego sprawę, nieco póżniej, bo zazwyczaj nie można zrobić nic.
Raz jednak było inaczej. Fakt nie mogłem się ruszyć, ale czułem się normalnie, nie było tej negatywnej siły, która odbierała oddech. Dodatkowo, pomimo że nie mogłem otworzyć powiek, było na pewno bardzo jasno, bo widziałem przez nie jasność, jak by podświetlanie mocnym światłem. Mieszkałem wtedy na Warszawskim Grochowie, w wieżowcu na 6 piętrze. Dlaczego o tym mowie. Zaraz, tak mi się przynajmniej wydaje, gdy w trakcie snu, obudził mnie ten "jasny paraliż", wstałem, było już jasno na dworzu, automatycznie podeszłem do okna i co zobaczyłem, otóż klasyczne UFO, obiekt był daleko i nie co wyżej na niebie.
Teraz tak mowię po kilku latach, bo jak to zobaczyłem, to byłem w jakimś dziwnym amoku, coś w środku kazało mi myśleć, że był to samolot. Jest to nie samowite, gdyż nawet teraz, już oczywiście dużo słabiej, ale dalej jak o tym myślę, coś mi każę mówić , że był to samolot, a widziałem jasną kulę, klasyczne UFO. Historia jest dla mnie w pewien sposób dziwna, bo zastanawia automatyczne podejście mojej osoby do okna, wręcz wyrwanie mnie z snu, akurat wtedy gdy za oknem było UFO i ten samolot skąd się bierze w mojej głowie. Nic dalej nie pamiętam, nawet, nawet czy widząc ten obiekt - zasnąłem. Jednego byłem pewien, że to był samolot, jak by mnie ktoś zahipnotyzował. I tu jest zagadka, jak dla mnie samego, skąd to podświetlanie powiek wcześniej. Jest sposób tego rozwikłania - Hipnoza, ale nie mam nikogo, kto by się mógł moja historią zająć i tu prośba do was, bo na pewno znacie kogoś, kto podjął by się moim przypadkiem. Będe bardzo wdzięczny za wszelką informację. Historia wydarzyła się kilka lat temu, nie powiem ile dokładnie. Dodam że, miałem też kilka snów z kosmitami i UFO. Najdziwniejszy był ten , w którym szaraki drukowały mi jakby drukarką 3D nowy mózg. Bardzo chciałbym rozwikłać ta zagadkę.
Miewam czasami wizję - widzę przyszłość. Co do przyszłości, widzę najczęściej ją w snach w postaci zagadek i chodzi tu o moje życie. Wielokrotnie mi się sprawdzało. Teraz już wiem, że moja podświadomość wysyła mi ją w takiej postaci i bardzo cenny okazuje się w rozwikłaniu tych snów, po prostu zwykły sennik. Co do wizji miałem ich kilka w życiu. Najczęściej dotyczyły mojego życia, np. widziałem, mojego synka w wieku nastoletnim, a szkrab ma ma dopiero 4 latka :) miałem też wizję, że będe miał dziecko, za nim dowiedzieliśmy się, że moja ówczesną partnerką, że jest w ciąży. Miałem też jedną osobliwą i tu chciałem się bardziej na niej skupić. Wyglądała tak Rys.1 (pliki załączam w załącznikach) Gdy ją otrzymałem od razu skojarzyło mi się to z katastrofą, która ma być we Włoszech. Dużo o niej pisaliście na łamach serwisu. Powiem szczerze otrzymałem ją, ale nie podchodziłem do niej z większym zainteresowaniem, jakieś "tri..." i tyle. Ale jakiś czas temu postanowiłem ją sprawdzić i ku mojemu zdziwieniu ta zagadka , ma swoje odbicie w rzeczywistości Rys.2. Rzeczywiście są takie miasta w Włoszech, które pasują do tej wizji, Trino i Tricerro i znajdują się obok siebie. Przypadek? Proszę oceńcie to sami.
/do wiad. były dołączone grafiki - publikujemy je poniżej/


Od siebie dodam, że nigdy nie interesowałem się Włochami, aby studiować ten kraj pod pryzmatem miast, nigdy też nie byłem w tym kraju. Z drugiej strony, myśl , że tam może się coś wydarzyć, ogarnia mnie głębokim niepokojem, ale tego nie wiem, piszę po prostu jaką wizję otrzymałem.
W życiu moim miałem jeszcze dziwne zdarzenie, powiązane z UFO, ale nie będę tu o niej pisał, bo pomyślicie ze zwariowałem, w sumie jak myślę o tym wydarzeniu to przychodzą mi takie myśli do głowy, ale widziałem to. Wybaczcie jeszcze raz, ale nie będe tu o niej pisał, powiem tylko, że ta historia jest powiązana z książką Aleca Newalda "KOEWOLUCJA". Jestem w stanie o tym opowiedzieć, tylko na żywo.
Bedę kończył ten list. Miałem jeszcze kilka dziwnych zdarzeń w życiu, o niektórych nie powiem nikomu, o niektórych zainteresowanym tylko na żywo. Jedno powiem kocham te historie, te "niewyjaśnione historie", kocham je czytać na łamach serwisu, to daje mi niesamowitego, wewnętrznego kopa.
Mam do was jeszcze prośbę, a propo hipnotyzera, abym mógł rozwikłać tą zagadkę, z UFO, które wydaje mi się samolotem. Strasznie mnie dokucza ta historia, czuję, że kryje się za tym coś więcęj i prośba do was o "namiar" do kogoś, kto tym się zajmuję, a pisaliście o takich hipnozach. Będę bardzo wdzięczny.
Wybaczcie za bezpośredność w słowach tego listu, ale tak jak wspominałem wcześniej, całą Fundację Nautilus traktuje jak największego przyjaciela i powiem jeszcze jedno, o tym wszystkim co napisałem tutaj, dzielę się po raz pierwszy, nikomu nie mówiłem o tym, możę poza jedną wizją, jak widziałem swojego synka jak jest nastolatkiem( ale i tak mi nikt w to nie uwierzył :) ). Jesteście pierwsi, a ja jestem bardzo szczęśliwy, że w końcu udało i się ten list napisać.
Pozdrawiam całą Załogę, wysyłam całe dobro które jest w mnie. Życzę samych sukcesów i życzę jak najwięcej nie zbadanych lądów do odkrycia.
Pozdrawiam Was Serdecznie
[dane do wiad. FN]
[od FN: dziękujemy za miłe słowa... Nie ma sensu ukrywać, że dostajemy wiele podobnych listów z sugestią, że treści publikowane w serwisach FN okazały się dla kogoś bardzo ważne. Drodzy Państwo, to tylko utwierdza nas w przekonaniu, że praca na pokładzie okrętu Nautilus jest niczym obsługiwanie "latarni morskiej" na wzburzonym morzu, która pokazuje kierunek. Dla bardzo wielu osób jest to ważna sprawa, która daleko wykracza poza "ciekawostkowy serwis o dziwnych zjawiskach" - przyp. FN]
czytaj dalej 
[...] Opowiem Państwu historię, która zawsze pozostanie dla mnie tą niewyjaśnioną i niezrozumiałą. Wiele lat temu wybrałam się z tatą na niedzielny spacer nad Wisłę w okolicy warszawskich Bielan. Po zejściu ze skarby dochodząc do ścieżki spacerowej biegnącej wzdłuż rzeki natknęliśmy się na trzy przypadkowe osoby, które przecięły nam drogę od lewej strony. Była to dziewczyna uprawiająca jogging, rowerzysta i jeszcze jakiś mężczyzna. Ludzie ci poruszali się w tym samym kierunku, ale każde z osobna. Nic niezwykłego.
Zeszliśmy z ojcem nad rzekę, gdzie spędziliśmy zaledwie chwilę, może 5 minut. Wróciliśmy tą samą drogą i wtedy zdarzyło się coś, czego nie potrafię wytłumaczyć. Widziana przez nas wcześniej scena z przechodniami i rowerzystą powtórzyła się. Osoby te poruszały się z tego samego kierunku, co poprzednio, więc przecięły nam drogę od strony prawej.
Od razu zorientowałam się, że coś nie tak, że to musi być jakaś pętla czasu. Byłam tak zaszokowana, że nie miałam odwagi zapytać ojca, czy też to zauważył. Oczywiście jest logiczne wyjaśnienie: ludzie ci kręcili się w kółko. Jednak jest to mało prawdopodobne, żeby przypadkowe osoby wykonywały tę samą czynność w tym samym miejscu i dokładnie w ten sam sposób powtórzyły całą sekwencje mijania. Przede wszystkim miały na to za mało czasu.
Pozdrawiam.
[dane do wiad. FN]
14 grudnia 2017
czytaj dalej 
Witam serdecznie załogę Nautilusa! Chciałbym przedstawić kilka historii, które przydarzyły się mojej babcii oraz kilku innym członkom mojej rodziny, być może będą dla was ciekawe. Wydarzenia, o których napisze miały miejsce kilkadziesiąt i kilkanaście lat temu, ale są naprawdę ciekawe. Dowiedziałem się o nich dopiero dzisiaj, gdyż wcześniej z babcią nie poruszałem tematu zjawisk paranormalnych. Wszystkie zjawiska miały miejsce w małej wsi na Opolszczyźnie, w których osiedliła sie moja rodzina po ucieczce przed Ukraińcami.
Przechodząc do rzeczy zacznę od wydarzeń, które przydarzyły się osobiście mojej babci.
Wszystko zaczęło się dziać dokładnie 23 września 1959 roku w małej wsi na opolszczyźnie, tego właśnie dnia został zamordowany tata mojej babci, któremu zresztą też przydarzały się różne dziwne rzeczy, ale o tym później. W niecały rok po śmierci pradziadka dokładnie w święta wielkanocne, babcia przeżyła na swojej skórze pierwsze zjawisko. Ten dzień nie zapowiadał się jakoś szczególnie mimo świąt, rozpoczął się normalnie jak to na wsi od pracy, codziennych obowiązków. itp. Wszystko wydarzyło się wieczorem około godziny 23:00, wtedy moja babcia poszła na górę położyć się , kiedy już miała się kłaść się spać, spojrzała w okno i dostrzegła dziwną mgłę, która unosiła się dość nisko, z początku wyglądało to jak dym przy kompletnie bezchmurnym niebie, ale ta mgła zaczęła zbliżać się do jej okna coraz bliżej, aż w końcu wleciała przez okno, babcia przeraziła się tego i nie mogła się ruszyć, a wtedy mgła zaczęła przybierać kształt humanoidalny, kiedy to się stało zaczęła bardzo głośno krzyczeć z przerażenia, a wtedy mgła natychmiast znikła jakby rozwiała się w powietrzu.
Świadkiem podobnego zdarzenia była moja mama jakiś czas później, która jako nastolatka mieszkając jeszcze na wsi również przeżyła podobne zjawisko. Miejsce to miało również wieczorem kiedy poszła do piwnicy, gdy miała wychodzić w pomieszczeniu również pojawiła się mała mgła, z początku myślała że coś zaczyna się palić, ale mgła zaczęła osiągać większe kształy, a gdy zaczęła przybierać postać człowieka(?) natychmiast stamtąd uciekła. To zjawisko z mgłą było bardzo podobne do tego wcześniejszego, które przeżyła jej mama.
I to nie był koniec zjawisk paranormalnych, których była świadkiem moja babcia. Już zdecydowanie później po pierwszym wydarzeniu, bo dokładnie w 24 grudnia 1989 roku. Kiedy przygotowywała wigilię w domu nagle dwa krzesła przy stole zaczęły "same" się przewracać, jednak nie w tak gwałtowny sposób, tylko pomału i beż większego hałasu zaczęły się upadać oparciem do podłogi. Co ciekawe to zjawisko miało miejsce niedługo przed śmiercią jej męża.
Oprócz tego wcześniej w okresie lat 60-tych (nie pamięta już dokładnie w którym roku/latach) podczas snu była nękana przez jakąś niewidzialną istotę, która kładła się na jej klatce piersiowej i za każdym razem próbowała ją dusić, kiedy już nie mogła wytrzymać tego ciężaru to ona odchodziła i czuła jak to coś dość ciężkie i śliskie z niej schodzi.
Jeszcze powracając do pierwszego zdania, babcia opowiedziała mi co przydarzyło się jej tacie, który jako nastolatek mieszkał jeszcze wtedy na wsi w dzisiejszym obwodzie tarnopolskim.
Pierwsza rzecz, która mu się przytrafiła miała miejsce jeszcze przed II wojną światową, miał 17 lat i został jakiś czas wcześniej osierocony przez ojca. Tego dnia pracował do późna na wsi pomagając mamie, kiedy skończył było już późno i zawsze wracając lubił mieć pod ręką jakiś twardy kij :). Kiedy wracał pustą drogą zobaczył przed sobą dość dużego czarnego psa, który sięgał mu do pasa, szedł on w jego kierunku tak jakby prosto na niego, kiedy ten pies się zbliżał było słychać jakby strzelanie kości (lub podobny odgłos), pies cały czas szedł prosto, a pradziadek zszedł mu wkońcu zdrogi, a kiedy ten pies dalej szedł równą linią, to wtedy pradziadek szturchnął go kijem, a wtedy nagle zawiał dość silny wiatr, a kiedy momentalnie spojrzał wokół, to psa już nigdzie nie było.
Druga sytuacja z moim pradziadkiem jest też ciekawa. Również pracował do późna w gospodarstwie ze swoim kolegą, i nagle ujrzeli małe dziecko na oko może 8-letnie, klęczało ono w środku pola i przeraźliwie płakało, tak naprawdę nie wiadomo skąd w tym miejscu znalazło tak nagle. Pradziadek razem z kolegą podbiegł do niego by pomóc mu, próbowali do niego mówić, lecz on cały czas płakał, wtedy postanowili siłą go wyciągnąć z tego pola i zaprowadzić do wioski, ale mimo że mieli po 17 lat nie mogli ruszyć,.a kiedy ciągęli go z całej siły, to te dziecko zostawiało za sobą rowy, które robiło nogami. A kiedy ten mały złapał go za rękę poczuł tak ogromną siłę razem z kolegą uciekli jak stamtąd jak najszybciej.
Mój pradziadek na Ukrainie często obserwował też ducha kobiety, która była ubrana w strój słowiański. Opisywał ją jako zbłąkaną duszę, która była widoczna przy pobliskim kościele tylko późno wieczorem przy bezchmurnym niebie.
Jak opisywała mi babcia, mój pradziadek nigdy nie bał się takich rzeczy i nigdy też nie bał się o nich otwarcie mówić nawet jeśli go wyśmiewano (co było rzadkie, bo inni też mogli przeżywać podobne rzeczy). Sama jednak niechętnie wspomina tamte czasy kiedy jeszcze mieszkała na wsi, w ogóle z trudem udało mi się uzyskać pozwolenie na opublikowanie tych przeżyć, ale jednak się udało i jestem w 100% przekonany co do prawdziwości tych zajść.
Pozdrawiam
czytaj dalej 
Witam,
Szanowna załogo długo zwlekałem z tym aby do was napisać ale w mojej rodzinie a dokładniej mojemu dziadkowi wiele lat temu wydarzyły sie dziwne sytuacje najprawdopodobniej związane z duchami zmarłych. Mój dziadek był wielkim entuzjasta rzeczy nieznanych wierzył w duchy ufo i rożnego rodzaju teorie aczkolwiek to co wydarzyło mu wie kiedyś było dużo wcześniej zanim „zachłysną” sie tymi tematami.
Mój dziadek dwa razy zetkną sie z duszami zmarłych 1 raz było to zaraz po woeknie kiedy z rodzina osiedlili sie w Sopocie. Mogło być to koło 51/52 roku. Pewnego dnia zmarła sąsiadka dziadka i tego dnia dziadek jechał na wozie na którym stała trumna tejże kobiety. W nocy gdy położył sie spać usłyszał dziwne stukanie jakby ktoś grochem o blachę rzucał. Dziadek przerażony zszedl ze strychu na którym mieszkał po sowitego ojca i psa. Dziwnym trafem pies nie chciał wejść po schodach jakby coś go wystraszyło. Tu mam pewność ze mogła być to dusza zmarłej sąsiadki, natomiast drugie spotkanie wyglada trochę mroczniej i do dziś mnie nurtuje ponieważ potwierdza to i moja babcia i mama.
Mój dziadek przed 1989 robię służył w milicji. Wraz ze swoim przyjacielem pojechali na patrol w okolicach sopockiego cmentarza na ulicy Malczewskiego wjechali do lasu samochodem terenowym. W pewnej chwili usłyszeli szczekanie psów I nagle z nikad pojawiła sie kobieta która zaczęła bieg w ich kierunku a w tle stała postać mężczyzny. Włączyli długie światła gdzie normalnego człowieka by oślepiały natomiast ta kobieta biegła nadal w ich sromotne i tak samo szybko jak sie pojawiła tak zniknęła i wszystko ucichło. Niedaleko tego miejsca jest stary żydowski cmentarz.
Mój dziadek wiele razy opowiadał ta historie i mocno w nią wierzył niestety przed jego śmiercią nie zdołałem sie o wszystko dopytać. Sam całe życie zastanawiał sie co to było i czy ta cała sytuacja miała być jakiegoś rodzaju sygnałem dla niego. Ta historie również potwierdzał jego przyjaciel. Na łożu śmierci dziadek miał jeszcze jedno widzenie zdołał powiedzieć zen przyszly po niego „duszki” powiedział to bardzo spokojnie po czym odszedł. Od wielu lat ta historia nie daje mi spokoju. Próbowałem nawet znaleźć to miejsce w którym to widział ale bez skutecznie. Nie jestem wstanie ze strzępków informacji odnaleźć to miejsce.
Zastanawiam sie czy komuś może tez przydarzyło sie spotkanie tych „zjaw” gdzie w pobliżu sopockiego cmentarza w lesie. I czy te duchy chciały coś powiedzieć czy pod tym wszystkim kryje sie jakaś większa historia. Nie daje mi to spokoju wiec staram sie znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie. Może Państwo będziecie mi w stanie to jakoś wytłumaczyć. Czy było to tylko przypadkowe spotkanie czy te zjawy chciały coś przekazać. Czy warto szukać czy odpuścić bo może to nie być zbyt odpowiedzialne i może mieć Złe konsekwencje.
Dziękuję bardzo i pozdrawiam
k.
Pragniemy pana uspokoić - zdarzenie nie niesie z sobą żadnych szczególnych konsekwencji. Jest prawdopodobne, że pana dziadek znalazł się akurat w chwili, kiedy na cmentarzu przebywały te duchy, a one wykorzystały okazję do "pokazania się" wyczuwając, że jeden z świadków może mieć zdolności medialne, czyli dar widzenia duchów.
W naszym archiwum nie mamy żadnych innych przypadków pojawienia się duchów w rejonie tego cmentarza.
czytaj dalej 
Wiadomość z opisem tej historii trafiła do FN w ostatnich godzinach. Pięknie za nią dziękujemy, bo natychmiast ją publikujemy i trafia do naszego zbioru opowieści o "autostopowiczach-widmach".
[..] historia z ponad 10 lat .Jechaliśmy w styczniu z Wrocławia do Zielonej Góry około 2 w nocy, pogoda katastrofalna , gołoledź a więc prędkość to około 20-30 km/h.Kierowca mój kumpel i moja skromna osoba jako pasażer to świadkowie tej historii. Poruszając się wolno w obszarze leśnym zajęci byliśmy konwersacją ogólnymi tematami. W pewnym momencie na poboczu po prawej mojej stronie obaj zobaczyliśmy osobę ,nie próbowała nas zatrzymać ja oraz mój kompan jednoznacznie byliśmy pewni że ta kobieta,po prostu stała i histerycznie zanosiła się śmiechem.
Mało nie dostaliśmy zawału, zdążyłem krzyknąć żeby nie stawał. Po chwili ogarnęły mnie wątpliwości byłem gotów zawrócić ale szofer nawet nie chciał o tym słyszeć tłumaczyłem że to może chora psychicznie kobieta która uciekła z zakładu dla obłąkanych i w tym momencie a minęło z parę minut zobaczyliśmy ją znowu ,stała na poboczu "a przejechaliśmy przynajmniej 2-3 kilometry" i nie śmiała się już tylko patrzyła na nas, musiałem odwrócić wzrok ponieważ strach paraliżował wszystkie zmysły. Po tylu latach gdy wspominamy tą sytuację z kumplem włosy na rękach stoją jak druty . [...]
czytaj dalej 
Witam!! Piszę do was, ponieważ <jako wielki miłośnik waszej fundacji
;-] > całkiem nie dawno dowiedziałem się od taty o dziwnym zjawisku, a raczej wydarzeniu <jednym z wielu które towarzyszą naszej rodzinie> jakie miało miejsce ładnych parę lat temu... Nie będę was przekonywał i namawiał do tego byście w to uwierzyli, bo jest mi to naprawdę obojętne <wystarczy, że wierzę w to ja i świadkowie tego zdarzenia>...
Zafascywnowany opowieściami mojego taty postaram się wam zobrazować zasłyszaną przeze mnie historię.
Cofniemy się teraz 19 lat wstecz, jest rok 1987. Mój tata wraz z moim dziadkiem i jego bratem <księdzem> wracali z Wrocławia dużym FIAT`em. Była noc, wszyscy pragnęli jak najszybciej znaleźć się w domu w ciepłych łóżkach <moja rodzina mieszkała i nadal mieszka na Mazurach>. Rozwijając jak na tamte czasy sporą prędkość 100km/h pędzili szosą, lecz ngale na drodze ujrzeli kobiecą sylwetkę, która pojawła się nie wiadomo skąd niemalże przed samą maską samochodu. Wystraszony dziadek <on kierwoał pojazdem> natychmiast zaczął hamować.
Po zatrzymaniu auta wszyscy wyskoczyli na asfalt penetrując pobocze <bądź co bądź potrącili kobietę>... Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że kobieta ta odziana była w sułtannę. Jak zapewne się domyślacie żadnego poszkodowanego nie znaleziono. Kobieta równie szybko znikneła jak sie pojawiła. Po powrocie do domu brat mojego dziadka <mieszkał chyba w Mrągowie> postanowił odwiedzić swojego przyjaciela <również księdza>, jednak przywitała go
brutalna prawda i puste mieszkanie.
Jak się później dowiedział jego kumpel poważnie ranny w wypadku samochodowym został przewieziony do szpitala gdzie tego samego dnia, A RACZEJ NOCY zmarł. Stało się to dokładnie o tej samej godzinie, w której mój dziadek podczas drogi powrotnej na Mazury z Wrocławia potrącił rzekomą kobietę. Leczy, czy aby na pewno była to kobieta? Wiążąc fakty łatwo spostrzec, że w polskim kościele kobiety nie noszą sułtann, NIE MOGĄ PRZECIEŻ SPRAWOWAĆ FUNKCJI KAPŁANA... W
każdym razie osobą, którą widzieli moja babcia, dziadek, tata i brat mojego dziadka nie była kobieta, lecz ksiądz, ten sam, który na skutek ciężkich obrażeń zmarł w szpitalu.
Przedstawiona historia wydarzyła się naprawdę, a zalążek jej przedstawiłem wam w tym e-mail`u... Całą sytuację dokładnie badam, wszelkie nowe wątki w tej sprawie postaram się wkrótce przedstawić.
Pozdrowienia dla całej redakcji!!!
I jeszcze jedna historia z naszej najnowszej POCZTY DO FN
Witam Załogę!
Miesiąc temu, będąc na spacerze z moim Psiakiem, nie przypuszczałam, że będę zaszczycona spotkaniem z "innym" Pieskiem...
To miał być spacer poranny jak zawsze... Wyszliśmy w chłodne powietrze bardzo wczesnych godzin porannych, mój Pupil zajął się swoimi sprawami w trawie. Ja cierpliwie czekałam na Niego. Patrzyłam na powoli budzące się ulice, ludzi w tych godzinach jest jak "na lekarstwo", kiedy zauważyłam Psa... Spojrzałam na mojego urwisa, jednak On tego obcego Psa nie widział! Zdziwiłam się, bo moje Psisko jest poczciwe i lubi zabawy nawet z Kolegami, których nie zna. Popatrzyłam w kierunku tego nieznanego Psiaka - widziałam Go doskonale. Wyglądał tak:
Sierść dłuższa niż u mojego Przyjaciela, wygląd Szpica, puszysty ogon, zawnięty na plecach... Po prostu Piękny!
Ale mojego Psa nie obchodził obcy, który zjawił się na osiedlu. Nie wyczuł nawet zapachu pobratymca. Wtedy okazało się dlaczego. Szpic postał jeszcze chwilę i ... Najzwyczajniej w świecie zniknął... Byłam tak zaskoczona, że przeszukałam ulicę i nie znalazłam Nikogo...
Nie wiem dlaczego, akurat duszyczka tego Szpica ukazała się właśnie mi... Jestem po prostu zaszczycona :-)
Pozdrawiam Was moi Drodzy! A.C. czytelniczka Nautilus.
czytaj dalej 
Drogi Nautilusie,
Wydarzenie, o którym chciałbym Wam opowiedzieć miało miejsce w listopadzie 2013 roku. Trudno mi jest to określić ale nazwę je "snem". Całość wspomnień mojego snu zamknął bym w czasie maksymalnie około 4 do 5 sekund, niby mało, ale wystarczająco dużo aby w pewien sposób odmienić moje życie.
Obudziłem się leżąc w jakimś bardzo jasnym pomieszczeniu, nie widziałem swojego ciała, ani samego pomieszczenia tylko bardzo jasne, ale nie rażące, rozproszone światło. To co jeszcze pamiętam to paraliż, mój szybki oddech i paniczny strach przed przerażającym bólem, tak jakbym wiedział, że to właśnie mnie zaraz czeka. Pamiętam, że jakbym spodziewałem się, że ten ból będzie pochodził z moich nóg, jakby z wnętrza kości. Pamiętam jeszcze zapach, który mi przypominał zapach świeżo upieczonej szarlotki, gdy tylko moja mama wyciągała ją z pieca, taką z jabłkami i cynamonem.
Jestem osobą sceptyczną i raczej twardo stąpającą po ziemi i rozsądek mi dyktuje, że to tylko moja wyobraźnia, ale mimo wszystko od tamtej pory cały czas odczuwam pewien niepokój. Z filmów, które oglądałem kojarzy mi się to z rzekomymi porwaniami przez kosmitów, jednak tam kosmici przedstawiani są jako małe ludki z dużymi głowami, mi zaś od pewnego czasu w głowie rysuje się niewyraźnie nachylająca się nade mną postać, i wpatrująca się we mnie jej twarz o dużych oczach ale głowa nie taka duża tylko taka jakby trójkątna zwężająca się ku dołowi i jej bardzo długie takie patyczakowate ręce.
Nie wiem co o tym myśleć i dusze to w sobie. Postanowiłem dziś poszukać w internecie i od razu znalazłem Was. Możecie to zignorować jeśli uznacie to za brednie, ale ja czuje ulgę, że to z siebie wywaliłem i przeczyta to ktoś kto być może zrozumie istotę moich przeżyć. Dziękuję
Pozdrawiam
Grzegorz
czytaj dalej 
Witam serdecznie załogę Nautilus. [...] jestem waszym stałym czytelnikiem od ponad 1.5 roku (wcześniej też czasami do was zaglądałem) jednak nigdy nie miałem okazji do was napisać. Chciałem opowiedzieć Wam coś co przydarzyło mi się dzisiaj ok. godziny 5.50.
Wiem, że śnił mi się jakiś sen w ogóle nie związany z moim domem ani czymkolwiek aktualnym w moim życiu i był on spokojny tak więc nie byłem pod wpływem żadnych emocji. Wtedy poczułem przez sen, że ktoś jest w moim pokoju i usłyszałem jakby krok na podłodze i jej skrzypnięcie. Nie chciało mi się podnosić bo jeszcze do końca się nie obudziłem ale wiedziałem, że coś się dzieje. Już miałem kontynuować spoczynek nie przebudzając się, ale coś mi nie pozwoliło. Trudno to określić, ale tak jakby podświadomość mi mówiła, że nie mogę spać dalej i muszę się obudzić. Tak też uczyniłem i gdy otworzyłem oczy zrozumiałem, że wcale nie byłem na krawędzi snu, ale obudziłem się z głębokiego snu (co nigdy mi się nie zdarza - tylko jak mnie ktoś obudzi "siłą").
To co teraz opiszę działo się dosłownie w sekundach.
Rozejrzałem się po pokoju wzrokiem bo akurat w dobrym kierunku się obudziłem ale nic nie zobaczyłem. Nawet nie zdążyłem się dobrze rozejrzeć i chciałem się poruszyć. Wtedy "usłyszałem" w głowie przedziwny dźwięk, który mogę chyba jedynie porównać do dźwięku jaki wydaje telewizor gdy skończy się program (taki dziwny pisk). Dźwięk ten nie był jednostajny, jego głośność najpierw się zwiększyła do pewnego poziomu a następnie od razu zmniejszyła i wyciszyła (trwało to ok. 2-3 sekundy). Co dziwniejsze w trakcie jego trwania (czyli jak tylko chciałem się poruszyć) byłem sparaliżowany. Nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Nie byłem przerażony jednak zaniepokoiło mnie to i zanim jeszcze ten dźwięk się wyciszył chciałem krzyknąć ale oczywiście nie mogłem. To co wtedy odczułem najbardziej to chyba zmieszanie i bezradność. Postanowiłem krzyknąć jeszcze raz, wtedy akurat dźwięk ustał i mogłem nawet poruszyć szyją co też uczyniłem ale zamiast krzyku wydałem z sienie cichy jęk. Do tego momentu miałem wrażenie, że ktoś cały czas jest w moim pokoju, choć byłem zmieszany i mogło mi się tylko wydawać. Po tym jak się "odezwałem" byłem pewny, że już tu nikogo nie ma mimo wszystko chciałem wstać ale nie mogłem bo znowu usłyszałem ten sam dźwięk jak tylko udało mi się ruszyć szyją i jęknąć. Był identyczny - najpierw wzrósł a później się wyciszył. Gdy tylko dźwięk ustał paraliż zaczął stopniowo lecz szybko mijać. Jak tylko mogłem podniosłem się i rozejrzałem się po pokoju nie wiedząc co się dzieje. Oczywiście nic dziwnego nie zobaczyłem, więc siedziałem chwilę i myślałem nad tym co się stało.
Moje pytanie brzmi: czy znacie podobną historię?
Czy spotkaliście się z czymś takim?
Sam doszedłem do wniosku, że gdyby nie ta druga "fala" dźwięku to nic nadzwyczajnego w zasadzie się nie wydarzyło. Paraliż po przebudzeniu z głębokiego snu mógłby mi się przydarzyć (choć nigdy tak nie miałem) tak samo jak jakiś pisk w głowie (tego też nigdy nie miałem). Dziwią mnie tylko dwie rzeczy: to że dźwięk i paraliż powróciły oraz to dziwne uczucie, że muszę się obudzić za wszelką cenę (co nie było łatwe), którego nigdy wcześniej nie miałem.
Co o tym wszystkim sądzicie?
Mogło to być coś lub ktoś w moim pokoju kto pnie sparaliżował, czy to po prostu skutek przebudzenia z głębokiego snu?
To że wydarzyło się to na jawie jestem pewien w 100% bo jak pierwszy raz otworzyłem oczy tak już ich nie zamknąłem - co więcej położyłem się z powrotem dopiero gdzieś po godzinie.
Z poważaniem [dane do wiad. FN]
Hmm... pytałem się domowników (oczywiście nie mówiąc o moim przeżyciu) czy ktoś nie zaglądał do mojego pokoju ale nikt nie wchodził. To wyklucza, że słyszałem kroki kogoś z rodziny ani nie obudziła mnie ich obecność. Dziwne by było gdyby faktycznie "coś" było tutaj bo moja mam wyszła do pracy 10 minut przed moim przebudzeniem. Nie mam pojęcia co to mogło być. Okoliczności takie jak fakt, że to nie był już środek nocy i to, że chwilę wcześniej po domu kręciła się moja mama, zmniejszają prawdopodobieństwo, że coś tam było. Ale kto ich tam wie... skoro i tak mnie mogło sparaliżować to kogo miało by się bać. Wersja z skutkami obudzenia z głębokiego snu jakoś mnie nie przekonuje, jednak też nie wiadomo... poczytam trochę o takich rzeczach to może coś znajdę.
Mam jeszcze jedno istotne dla mnie pytanie. Mówicie, że macie podobne historie, ale czy jest w nich "coś jeszcze"? Czy np. osoba, która miała podobne przeżycie (paraliż, dziwny pisk w głowie, itp.) była pewna obecności jakiejś istoty... np. widziała ją? Zastanawia mnie to, bo jeżeli inni przeżyli coś podobnego i wiedzą, że to była, czy też nie była inna istota to oznaczało by, że któraś z wersji jest bardziej prawdopodobna niż mi się wydaje.
czytaj dalej 
Od dawna odwiedzam waszą stronę, i bardzo lubię czytać wasze artykuły. Dziś odwiedziłam ją także, i coś mnie tknęło i powróciłam do artykułu: Ludzie bardzo często przewidują własną śmierć. I po przeczytaniu go, wróciłam pamięcią do zdarzeń sprzed kilku lat, kiedy miało miejsce wydarzenie, które wstrząsnęło moim życiem. Wydarzenie to, miało miejsce około 6 lat temu. Miałam wtedy 14 lat. Okres wakacji, jak wiadomo wtedy cały czas spędza się czas z przyjaciółmi. Do mojej grupki dołączył chłopak - A. Znałam go, owszem, był tylko rok młodszy, ale nie byliśmy z nim tak zaprzyjaźnieni jak wtedy. Codziennie spędzał z nami czas. Naprawdę się wtedy zżyliśmy. Mieliśmy razem z A. wiele planów na te wakacje.
Pewnego dnia postanowiliśmy wybrać się w 4 osoby, w tym ja i A. na przejażdżkę skuterami. Ja jako dziewczyna i osoba nieposiadająca dwukołowca jechałam z A. Jadąc na spotkanie z resztą znajomych A. najechał na ulicy na zwykłą kratkę kanalizacyjną i ku wielkiemu zdziwieniu odpadł od skutera bardzo mocno przykręcony kufer na bagaż. Słowa które powiedział po tym zdarzeniu do mnie A. naprawdę teraz mnie przerażają. Powiedział do mnie tak: "Chyba ktoś nie chce, żebym z wami jechał."
Oczywiście moja reakcja wtedy to był wybuch śmiechu i na tym się skończyło. Tydzień później było święcenie pojazdów w naszym kościele - św. Krzysztof. A. oczywiście był na święceniu pojazdów. Niestety... ten dzień nie był dla niego szczęśliwym. Wracając wieczorem ze sklepu do domu, skręcając na podwórko zdarzył sie wypadek - wyprzedzający zza autobusu samochód uderza w A. Po tygodniu pobytu w szpitalu A. umiera.
Może inni myślą, że to tylko "zbieg okoliczności", ale to wydarzenie wstrząsnęło mną i do końca życia je zapamiętam. Ta przyjaźń nie minie mimo śmierci.
Pozdrawiam, D.
czytaj dalej 
Mając 9 lat mieszkałem z rodzicami na wiosce,wraz z babcią, dziadkiem oraz dwoma wujkami, dwoma ciotkami, z kuzynem i dwiema kuzynkami, taki dom wielorodzinny. :)
No i jak miałem 9 lat po byłem u siebie w pokoju z rodzicami, była godzina chyba 21. Wyszedłem z pokoju na korytarz i chciałem iść do kuzynki na górę więc wchodziłem po schodach i nagle w kuchni, która jest na przeciwko schodów usłyszałem jakby ktoś "ostrzył nóż'', podszedłem pod drzwi i lekko je uchyliłem, zobaczyłem, że światło jest zgaszone a ktoś tam ostrzył nóż, nikt z mojej rodziny tam nie był.
Bardzo się wystraszyłem i szybko biegłem po schodach do kuzynki i na pierwszym piętrze jest takie małe okno i jak otwierałem drzwi do pokoju kuzynki coś z całej siły uderzyło w te okno. Wystraszony wbiegłem i powiedziałem kuzynce o wszystkim. Na drugi dzień powiedziałem wszystko tacie, ale on nie uwierzył.
W wieku 10 lat przeprowadziłem się do miasta i mieszkałem z rodzicami oraz bratem w bloku. Mineło parę lat i wracałem do domu ze szkoły i gdy byłem w swoim pokoju ściągłem z siebie kurtkę i położyłem ułożoną na takie pudło. Gdy się odwróciłem i robiłem coś przy biurku i nagle słyszę jak ta kurtka spada i patrze a tu leży na ziemi i rękaw ma tak ułożoną jakby ją ktoś pociągną. Położyłem ją i był spokój, kilka tygodni póżniej gdy spałem w swoim łóżku [mam piętrowe] ja na górze a brat na dole. Wszyscy spali, nawet rodzice w innym pokoju. I jak my tak spali nagle coś mnie zaczeło potrząsać [czułem, że ktoś mnie dotyka]. Wystraszony zapaliłem światło a w pokoju nikogo nie ma oprócz mnie i brata, a on spał. Zgasiłem światło i spałem.

Dodajmy tutaj film z naszego Archiwum Wideo FN.
czytaj dalej 
Nazywane 'paraliżem sennym' zjawisko jest nie tylko przerażające, ale także występujące od kiedy tylko ludzkość zaczęła prowadzić kroniki. Znajdujemy je nawet w opisach ze starożytnego Rzymu czy Grecji. Paraliż senny?! Problem w tym, że czasami widać "ten paraliż", który jako upiorna istota próbuje ludzi udusić... i to nie "jeden świadek", ale kilku - takie relacje także mamy.
Tym razem kolejna porcja relacji z naszej poczty.
-----Original Message-----
From: [dane do wiad. FN]
Sent: Monday, September 20, 2010 10:39 PM
To: nautilus@nautilus.org.pl
Subject: Zmora
Szanowna Załogo!
Może to co napiszę wydaje się głupie, ale ja jestem zadowolony.
Jakiś czas temu bardzo się męczyłem w nocy podczas snu. Dosłownie
uciekałem we śnie przed nieznaną siłą, dopadały mnie jakieś potwory,
trupy, krew i ogromny strach panował w tych wizjach. Jedna noc, druga ,
trzecia, potem krótka przerwa i znowu. Leżałem któregoś razu wieczorem i
patrzyłem na Księżyc świecący w okno. Postanowiłem sobie, że będę
walczył z tymi potworami, że będę w moich własnych snach również
potworem, lecz o wiele potężniejszym i silniejszym, wręcz nie do
pokonania. Jakoś tak sobie to wmówiłem, że zasypiałem z myślą o tym, że
jak drapnę te stwory, to dopiero zobaczą co to strach. Prawie codziennie
miałem nadzieję, że się pokażą abym mógł ich zwyciężyć. Nie pamiętam
swoich snów za wiele, ale od tamtej pory nic mnie nie prześladuje. Mam
takie strzępki wspomnień, w których to ja jestem władcą strachu,
dosłownie jakimś demonem. Rozwalam wszystko dookoła.
Brzmi to jak wyznanie człowieka niespełna rozumu, ale się wysypiam i
byle zmora, czy mara senna mi już nie podskoczy. Warto spróbować...
-----------------------
[dane do wiad. FN]
-----Original Message-----
From: [dane do wiad. FN]
Sent: Saturday, September 25, 2010 2:40 PM
To: nautilus@nautilus.org.pl
Subject: Historia mojego ojca
Witam całą Załogę,
Właśnie przeczytałam artykuł o zmorach i przypomniała mi się historia, o której wielokrotnie opowiadał mi mój ojciec. Otóż gdy miał 20-parę lat (teraz to pan po 50-ce, nadal zarzekający się, że ta historia jest w 100% prawdziwa) mieszkał w małym mieszkaniu razem ze swoją ciocią. Było to mieszkanie z jednym dużym pokojem, także spali w tym samym pomieszczeniu. Pewnego razu w środku nocy mój ojciec się obudził i usiadł na łóżku. Opisywał, że poczuł wręcz niewyobrażalną błogość i spokój. Źródło tego uczucia poznał kilka sekund później, bowiem spojrzał się za siebie - zobaczył swoje ciało śpiące jakby nigdy nic! Nie przestraszył się jednak, to było dla niego naturalne. Podobno widział cały pokój w najdrobniejszych szczegółach, mógł bez problemu przenikać przez przedmioty (nogi zapadły mu się w łóżko). Ta błogość trwała niestety zaledwie sekundy, bo zaraz zobaczył ciemną postać w kapeluszu stojącą po drugiej stronie pokoju. W tym samym momencie usłyszał straszne ludzkie wrzaski i jęki, jakby ich ktoś torturował. Przeraził się, zaczął krzyczeć, że chce się obudzić, wołać ciocię śpiącą zaledwie 2-3 metry od niego, ale to nie przyniosło żadnego skutku. Jedynym ratunkiem było dla niego wniknąć w swoje ciało - wręcz rzucił się w nie. I wtedy się obudził naprawdę, w pokoju nie było nikogo prócz cioci, wrzaski ucichły.
Ale to nie koniec - sytuacje się powtarzały. Było praktycznie identycznie, błogość, później wrzaski i ta ciemna męska postać w kapeluszu stojąca za każdym razem coraz bliżej jego łóżka, przerażenie, powrót do ciała. Pewnego razu, gdy się tak "przebudził", zobaczył postać stojącą tuż nad jego łóżkiem. Twarzy nie widział, było zbyt ciemno. W tym momencie już nie wytrzymał, zebrał się w sobie i uderzył postać w twarz. Mężczyzna w kapeluszu momentalnie rozpłynął się w powietrzu, wszelkie głosy ucichły i wrócił spokój. Niestety mimo wszystko mój ojciec był tak przerażony, że wrócił z powrotem do ciała. Nigdy więcej nic podobnego mu się nie przydarzyło.
Do tej pory nie wie, jak to wyjaśnić, ale jedno jest pewne - żałuje, że po ostatnim ataku wrócił, bo nigdy nie czuł się tak wspaniale jak wtedy.
Pozdrawiam!
Joanna
-----Original Message-----
From: [dane do wiad. FN]
Sent: Tuesday, September 21, 2010 9:37 PM
To: nautilus@nautilus.org.pl
Subject: moja relacja
Witam,
Miałem podobny przypadek.
3 lata temu bałem się zasnąć. Wszystko zaczęło się od pewnej nocy, kiedy
spałem zbudził mnie strach. Jest tak czasami, że się przebudzimy i jest
nam zimno i ciężko zasnąć. Ma się wtedy wrażenie, że jakby ktoś był w
pomieszczeniu/boimy się i chcemy, żeby był już ranek. Udało mi się
ponownie zasnąć ale w nocy poczułem dotyk na moim ciele, blisko serca.
Zbudziłem się ale nie mogłem się ruszyć i czułem jakby ten dotyk,
przenikał przez moje ciało aż do serca. Bałem się otworzyć oczy ale
pewnie i tak bym nie dał rady, czułem ucisk na moim sercu, tak jakby
ktoś je ściskał. Wciąż nie mogłem się ruszyć. Pamiętam, że próbowałem
krzyczeć ale nie mogłem wydać żadnego dźwięku. Walczyłem, aż udało mi
się wyrwać krzycząc na cały dom. Byłem cały zlany potem i resztę nocy
spędziłem przy zapalonym świetle.
Powtarzało to się jeszcze kilkanaście razy. Bałem się kłaść spać. W
końcu to się zakończyło. Nigdy o tym nie mówiłem i jak przeczytałem ten
artykuł to przeszły po mnie ciarki. Wiem, że ktoś/coś tam wtedy było,
nie potrafię tego wyjaśnić.
Pozdrawiam,
Rafał
From: [dane do wiad. FN]
Sent: Friday, February 21, 2014 1:01 PM
To: nautilus@nautilus.org.pl
Subject: dot. artykułu : "Nocne zmory – medyczne „zjawisko bezdechu” czy… atak niewidzialnego bytu?"
Skierniewice; dnia 21 - 02 - 2014 roku
Szanowna Redakcjo,
Jestem właśnie po lekturze artykułu zamieszczonego na Waszej stronie internetowej dotyczącego nocnych zmór.
Doskonale wiem o czym jest ten artykuł, niestety niejednokrotnie doświadczyłam takich ataków, nie dzieliłam się swoimi doświadczeniami z nikim w obawie przed wyśmianiem, czy też innymi zdarzeniami, jednak za każdym razem, po takim zajściu, bałam się ponownie zasnąć. Strach był wszechobecny. Po przebudzeniu ogarniał wzrokiem całą sypialnię doszukując się obecności nieproszonego gościa. W moim przypadku jednak nigdy nikogo nie widziałam. Za to czułam dwukrotnie jak mnie ktoś dusi, czułam jak czyjeś ręce oplatają mi szyję, nie mogłam się poruszyć, nie mogłam krzyknąć. W innych przypadkach czułam dotyk rąk, czyjąś obecność, ostatnio czułam jak ktoś mnie odkrywa, jak kołdra zsuwa się ze mnie, było to bardzo realne doświadczenie, natychmiast się przebudziłam, nie było nikogo, a ja byłam przykryta. W każdym z tych przypadków nie mogę wydać z siebie głosu, jestem całkowicie obezwładniona. Nie jestem w stanie wezwać pomocy, zresztą odgłosy jakie jestem w stanie wydać to cichy jakiś pisk przez zaciśnięte gardło. Gdy siedzę wieczorem do późna, często boję się zasnąć, żeby znów sytuacja się nie powtórzyła. Niejednokrotnie również odnosiłam wrażenie, że mnie ktoś obserwuje, że zaraz pojawi się ktoś za oknem. Staram się wypierać te myśli, staram się zmęczyć tak przed snem, żeby szybko i mocno zasnąć, doszło do tego, że wymyślam sobie osobę, która ze mną przebywa w pomieszczeniu, czuję się wtedy bezpieczniej. Zaczynam wątpić w swoją normalność. Wrażenia po takich zajściach nigdy nie są miłe, ale teraz przynajmniej mam tą świadomość, że nie dotyczą one jedynie mnie, że inni ludzie również borykają się z tym strasznym problemem. Kiedyś przeczytałam, że trzeba taką zmorę złapać za ręce, a wtedy zobaczymy, kto nam zatruwa życie, ale jak to zrobić, kiedy człowiek jest całkowicie bezwładny. W wierzeniach ludowych zmora nie jest osoba zmarłą, ale osobą żyjącą, która nam źle życzy w życiu. Nie wiem na ile to jest prawdą, nie zagłębiałam się nigdy w ten temat. Nadmieniam, że nie jestem osobą nadmiernie wierzącą, zatem może to jest przyczyna, ponieważ liczne wątki odwołują się do wiary, łapię się już wszystkiego, byle móc spokojnie zasnąć i odpocząć. Jeśli ktoś ma jakieś rady, chętnie się z nimi zapoznam, bo teraz już codziennie czuję lęk przed zaśnięciem.
Mam 39 - lat, i do tej pory nie potrafię sobie poradzić z takimi niewytłumaczalnymi sytuacjami. Zawsze byłam zdania, że wszystko jest jasne, jestem budowlańcem, więc zawsze wszystko konkretyzowałam. A tego wytłumaczyć nie potrafię. Czytałam artykuły o paraliżu sennym, o podświadomości człowieka. Jednak nie odzwierciedlają one tego, co człowiek w danej chwili przeżywa. Ten paniczny strach, brak tchu, brak możliwości ruchu, brak możliwości wydania z siebie głosu, niemożność wybudzenia się, póki to coś nie pójdzie sobie. Godziny takich zajść są różne. Dotychczas miały one miejsce i w środku nocy, i nad ranem, i przed północą a kilka razy nawet (może jestem już przewrażliwiona) włączył mi się budzik punkt 0:00 w nocy. Nadmieniam, że dojeżdżam do pracy i wstaje o 5-tej rano, więc nie mam potrzeby robić sobie przerw w śnie o północy, a najdziwniejsze jest to, że sprawdzając budzik o 5-tej, gdy faktycznie dzwonił zgodnie z ustawioną godziną, nie było śladów alarmu ustawionego na godzinę 24-tą.
Bardzo proszę o pomocne rady dotyczącego tego tematu, może czytelnicy przesyłali Państwu informacje, jak sobie radzić w razie takich sytuacji. W moim przypadku strach jest już tak silny, że czuję, że lada moment zwariuję, chyba, że właśnie nawiedzanie mnie ma na celu głębokie naruszenie mojego stanu psychiki.
Za rok syn wyjedzie na studia, wtedy zacznie się już całkowity koszmar, teraz nas dzieli jedynie mieszkanie, mamy pokoje w dwóch jego końcach, potem zostanę sama w tych ścianach, boje się nawet myśleć o tym. Dodam, że syn nigdy nie wspominał o niewyjaśnionych wydarzeniach mających miejsce w naszym domu i dotyczących jego osoby. Uzupełniając jeszcze całą wypowiedź, nadmienię, że odkrywanie z mojej osoby kołdry miało miejsce przed dwoma tygodniami, po tym zdarzeniu dwukrotnie w dzień miały miejsce dziwne zdarzenia, że było to w dni wolne od szkoły i pracy, oboje z synem zrywaliśmy się. Raz między karafki z wodą jakby coś wskoczyło, zaczęły dzwonić o siebie, drugim razem jakby coś spadło na podłogę uderzając o płytki, oczywiście mogliśmy sprawdzać jedynie odgłosy, które doskonale znamy z własnego domu, same zdarzenia nie były widoczne dla naszego oka.
Proszę o wszelakie dostępne informacje na ten temat lub też wskazanie odpowiednich artykułów, które mogły by pomóc w zrozumieniu tej sytuacji.
Łącząc wyrazy szacunku
Małgorzata
From: [dane do wiad. FN]
Sent: Friday, February 14, 2014 10:42 AM
To: nautilus@nautilus.org.pl
Subject: Nocne zmory
Przeczytałam ostatnio historię o nocnych zmorach. Sama wierze w takie rzeczy bo również je doświadczyłam tylko w trochę inny sposób. Pierwszy raz miałam do czynienia ze zmorą jak miałam z 17 może 18 lat sama nie pamiętam tego dokładnie. Widząc ją w nocy nie wiedziałam od razu, że to jest zmora dopiero rano gdy się obudziłam dowiedziałam się co działo się w nocy. Moja kuzynka wtedy u nas spała i tej nocy przyszła do niej zmora nie pierwszy i nie ostatni raz. Spała wtedy z moją mamą a ja spalam osobno w pokoju obok. Rano mówiła, że w nocy przyszła do niej znowu czarna postać wysoka o chuda z długimi rękami, była sparaliżowana gdy wchodziła do pokoju i reszta co się działo była typowa usiadła na niej i ją dusiła a gdy skończyła ona zasnęła ze zmęczenia a zmora odeszła. Tylko co mnie bardzo dziwi ja się obudziłam tamtej nocy. Nie pamiętam godziny bo to było dawno i widziałam tą zmorę. Ona wyglądała zupełnie inaczej, już nie była to czarna postać z długimi rękami. To była postać kobiety ubranej w koszule nocną z koronką takiej z lat 60 może i 70, 80. Jej ubranie było białe, a ona sama miała blond długie kręcone włosy, jasną cerę. To było tak, że obudziłam się w nocy i poczułam, że ktoś jest w pokoju tak więc musiałam się odwrócić aby spojrzeć ponieważ z reguły spałam do ściany. Co mnie bardzo zadziwiło jak ja ją widziałam to ona spojrzała na mnie uśmiechała się do mnie i gestem rąk pokazała mi abym była cicho tzn wzięła palec wskazujący i nakierowała go na swoje usta po czym szla dalej po moim pokoju znikając w rogu ściany. Co mnie zastanawiało to kim ona była. Moim zdaniem mogła być naszą babcią albo matką jej chłopaka. Niestety nie miałam zdjęć aby porównać to co widziałam. Do mnie jako tak zmora typowa nie przychodziła choć nie raz i nie dwa zdarzało mi się obudzić i widziałam postać która chodziła i nigdy nie zdarzyło mi się aby coś mnie dusiło jednak coś mnie szturchało, całowało. Zdarzało się, że też coś do mnie mówiła, np mówiła mi po imieniu obudź się, przyszłam do Ciebie, chce Ci coś pokazać. Potrafię widzieć, duchy nie dosłownie, że ktoś stoi cały czas jak człowiek żywy ale zdarza się nie raz, że widzę jakąś postać przez jakiś czas najczęściej jest to do 2 sekund ale za każdym razem potrafię to wyczuć czy ktoś jest czy nie bez jakiejkolwiek koncentracji więc myślę, że dlatego mnie jako tako zaatakować nie mogą. Na przykład coś stuka w mieszkaniu w meble i gdy patrze się akurat w tym kierunku to widzę poświatę która w to puka najczęściej jest to tylko ręka i najczęściej czarna jak puknie to znika. W mojej rodzinie była w sumie masa przypadków zmór. Do mojej ciotki przychodziła ja wtedy miałam może 8 lat nie pamiętam dokładnie sytuację ona miała również typową czyli paraliż i duszenie. Jak byłam u niej to wyczuwałam, że coś tam przychodziło ale jak ja tam byłam to nic się nie działo z tą różnicą, że nie zdawałam sobie sprawy, że wyczuwam to co niematerialne. Moim zdaniem zmora jest to jakby rzecz nasłana. Moja kuzynka nie miała czystego sumienia. Ona wróżyła z kart i jak stawiała karty to ona do niej przychodził za każdym razem ale w momencie jak poznała takiego chłopaka on nie miał nic wspólnego z takimi zjawiskami ale wtedy to się zaczęło. Jednak on stracił rodziców więc całkiem możliwe, że to byli jego rodzice bo dwa razy powiedziała, że czuła dwa byty na sobie.. A ona była taką osobą która używała kart do większych korzyści i zbyt niemoralnych więc może jego rodzice chcieli go chronić i dlatego do niej przychodzili pod postacią zmory. Z kolei jak ze mną spała to nigdy do niej nic nie przyszło. Najgorszy przykład jej działania o którym ja słyszałam to również miał ktoś z mojej rodziny. Chodzi o kobietę ona miała tak, że zawsze jak się z kimś wiązała i ta osoba z nią spała to do tej osoby przychodziła zmora. Nie wiem bo nie pamiętam już czy była wdową czy ktoś z jej rodziny umarł. Jednak oddziaływanie zmory było masakryczne ponieważ nie tylko było duszenie a ona przez całą noc siedziała na jej partnerze do czasu aż zasnął wyczerpany i miała takie źdźbło zboża i te źdźbło wkładała mu w sutek i nim kręciła podobno był to ogromny ból. Jednak to nie mógł być wynik jakiegoś snu ponieważ gdy budził się rano to je tam miał włożone. Przez wiele lat sytuacja u nich powtarzała się aż w końcu sama minęła. Próbowali wszystkiego jednak nic nie pomogło, ani ksiądz, ani rytuały. Może kiedyś będę miała okazję poznać kogoś kogo to męczy regularnie bo chętnie bym przekonała się czy mogę wpłynąć tak aby uwolnić kogoś od tego mówiąc do niej bo skoro mogę to zobaczyć i poczuć a mi nie szkodzi to coś w tym musi być.
Pozdrawiam Sylwia
From: [dane do wiad. FN]
Sent: Wednesday, December 16, 2015 9:03 PM
To: nautilus@nautilus.org.pl
Subject: Zmora
Cześć pisze to was w sprawie... Sami wicie jest w tytule :) Do rzeczy:
Ja miałem sen ze zmorą kilka krotnie i ciągle ten sam. Mianowicie spałem a po chwili leżę w łużku (w śnie) po chwili coś mnie zaczeło dusić tak po prostu. Wybiegłem z pokoju do mamy (mam 13 lat) i krzyczałem ale muj głos ucichł i nic nie słyszeli i nagle zobaczyłem czrny dym odlatujący z domu. NA tym sen się skończył. Gdy wstałem miałem laczki ułożone na krzyż. To mnie najbardziej przestraszyło. Proszę o szybką odpowiedź. Pozdrawiam [dane do wiad. FN]
From: [dane do wiad. FN]
Sent: Monday, February 10, 2014 12:57 PM
To: nautilus@nautilus.org.pl
Subject: Odnośnie artykułu "Demony wcale nie z naszych snów"
Witam,
Chciałam się podzielić moją historią z tematyki nocnych zjaw.
Miałam taki sen: śniło mi się, że spałam i koło mnie pojawił się duch. Chciał mnie opętać, wejść w moje śpiące ciało. Wiedział, że jestem nieprzytomna, że nie mogę się obudzić - i to był jego triumf. Zbliżał się do mnie, a ja miałam w sobie jakąś mieszankę lęku, podniecenia i rezygnacji z walki. Nie wiem skąd mi to przyszło do głowy, nigdy nie czytałam nic na ten temat, nigdy nie byłam w podobnej sytuacji, jakoś tak... automatycznie... skupiłam się na sercu i wygenerowałam ciepłe pełne miłości promienie akceptacji. Pamiętam, że powtarzałam "światło i miłość" i pamiętam, że powiększała się wokół mnie taka kula z ciepła. Potem powiedziałam do ducha "chcesz wejść we mnie? to proszę, zapraszam, właź!". Kiedy połączył się ze mną, to ciepło zaczęło słabnąć, jakby zabierał mi je. Ale skupiłam się i wytworzyłam je od nowa. To było jak takie pulsowanie, wymagające wysiłku przy tworzeniu i samo z siebie gasnące, trochę jak... stosunek. W końcu wszystko zmieszało się razem i zniknął cały ten proces. To było tak, że jakby przez tę zgodę na wpuszczenie go do mojego wnętrza coś się rozwiązało, skończyło. To było bardzo poruszające i zaraz po obudzeniu zaczęłam szukać wyjaśnienia. Znajomy zajmujący się odprowadzaniem zbłąkanych dusz, powiedział mi, że to nie był sen, tylko faktyczny kontakt z duszą zmarłej osoby, która związała się ze mną i jeśli jej nie odeślę, to może wysysać ze mnie energię, mogę czuć się osłabiona i z podwójną osobowością. Zatem pogadałam sobie z tą osobą, próbując ją przekonać, że powinna wracać DO DOMU, że tam będzie miała lepiej, a jeśli chodzi jej o mnie, to dołączę tam do niej. I chyba to poskutkowało, czułam, jakby zdarcie skóry ale od wewnątrz. Poszedł. Może to absurd, ale tęsknię za nim :)
Pozdrawiam.

From: [dane do wiad. FN]
Sent: Friday, December 10, 2010 4:39 PM
To: nautilus@nautilus.org.pl
Subject: nocne zmory
Witam!
czytając listy od osób, które miały styczność z nocnymi zmorami stw ze to zjawisko także dotyczy mojej osoby. nocne zmory odwiedziły mnie kilka razy w życiu. ostatni raz ponad 4 lata temu. takich rzeczy się nie da zapomnieć. chodziłam wtedy jeszcze do liceum, było sobotnie popołudnie. ja jak zwykle ucięłam sobie małą drzemkę. w pokoju bylo jasno. w pokoju obok mój tata pracował przy komputerze drzwi były uchylone. zasnęłam normalnie i w pewnym momencie obudziłam się wszystko było tak jak zasypiałam, było jasno z łóżka widziałam cały pokój. tylko że bylam sparaliżowana, nie mogłam się ruszyć, coś siedziało mi na klatce piersiowej. próbowałam wołać o pomoc wiedzialam że tata jest za drzwiami, wiedziałam że jestem we śnie i że nie mogę sie wybudzić. nigdy tego "czegoś" nie widziałam, czułam że jest. próbowałam sobie powiedzieć "obudź się" i w pewnym momencie chyba to coś sie wkurzyło bo z całej siły wyciągneło mnie z łóżka tak że uderzylam głową o kaloryfer i w tym momencie sie obudziłam. oczywiście w łóżku w tej samej pozycji w której zasnęłam czyli na wznak. podobne sny miałam kilka razy w życiu. z resztą często zdarza mi się być świadomą śnienia. drugi problem też dotyczy snów. w sumie jest to ciągle ten sam motyw, podobne sny które powtarzają się przez całe życie. sen dotyczy wojny, myślę, że II ale tego nie jestem świadoma we śnie. zawsze uciekam, zawsze przed żołnierzami niemieckimi, często biegę polnymi drogami, czasem ukrywam się w lesie. są to dla mnie obce miejsca nigdy wcześniej tam nie byłam. pare lat temu śniło mi się że jestem w obozie klęczę na ziemi musiała być wiosna bo ziemia była mokra, na rękach trzymam małe dziecko a nade mną stoi żołnierz z karabinem. w tym momencie sny ewoluowały stały się dokładniejsze i dłuższe. pojawiła się też w nich dziewczynka, którą ja muszę chronić nie pamiętam twarzy ale zawsze trzymam ją za rączke. ma może z 6-7 lat. nadal ukrywam się i uciekam przed Niemcami. snią mi się ludzie których nigdy wcześniej nie widziałam. nie wiem co to wszystko oznacza ale od zawsze miałam te sny. wszyscy uważają że dobieram sobie do głowy ale ja mimo wszystko uważam że to wszystko nie jest calkiem normalne. proszę o jakąkolwiek odp.
pozdrawiam D.

Witam,
Piszę do Państwa bo moze Wy rozjasnicie mi sytuacje ktore zdarzyly sie kilka lat temu. Niestety nie byly to mile zdazenia. Okolo 10 lat temu mialam tak zwany bezdech senny podczas ktorego "wydawalo" mi sie ze istota nie do konca materialna o przerazajacym wygladzie dusila mnie i rzucala mna o sciane w czesie gdy fizycznie znajdowalam sie w lozku. Nie byl to pojedynczy przypadek w pewnym okresie balam sie nawet zasypiac. Jednorazowo rowniez przyszla do mnie szara dusza (najlatwiej mi tak to opisac) jednak tak mocno sie przestraszylam ze kazalam jej odejsc przez co dreczy mnie sumienie bo moze potrzebowala mojego wsparcia duchowego. Jesli to mozliwe prosze o porade jak otworzyc sie na takie sytuacje i nie czuc strachu, czy po tylu latach da sie pomoc tej duszy i co to byly za senne zmory przez ktore bylam sparalizowana i nie moglam oddychac. Co robic w takich sytuacjiach i czy da sie i czy warto odblokowac swoja dusze na inne byty gdyz juz lata nie spotykaly mnie takie sytuacje. Pozdrawiam i dziekuje za tworzenie tak wspanialych materialow. [dane do wiad. FN]
OD FN
Zmaganie się z „nocną zmorą” jest zajęciem bardzo ciężkim. Wystąpiło zjawisko tylko raz? Nie ma problemu. Powraca regularnie? Gorzej. Wtedy trzeba oczyścić dom i spróbować założyć blokady na „złe energie i byty”. Przypomina to bardzo pewne czynności, które występują przy opętaniach.

czytaj dalej 
Włoski zakonnik i uzdrowiciel, ojciec Pio (1887-1968) słynął z wielu niezwykłych umiejętności, które można określić jako „cudowne”: bilokacji, umiejętności rozumienia i używania egzotycznych języków, stygmatów czy nadprzyrodzonych interwencji w dramatycznych chwilach życia ludzi, którzy go o to prosili nie tylko osobiście, ale i w modlitwie. Bez względu na to, czy znali go, czy też tylko o nim słyszeli, żyjąc w innych zakątkach świata. Zakonnik często wówczas jako „dowód” swej ingerencji pozostawiał utrzymujący się przez jakiś czas piękny zapach fiołów.

Co ciekawe, podobnie jak niektórzy mistrzowie duchowi i święci, o. Pio działa także po swej śmierci. Niezwykłą, związaną z tym historię przeżyła moja mama, polonistka, która czasem, w trudnych momentach życia, miała zwyczaj prosić słynnego zakonnika o wsparcie. W początkach lat 70. zeszłego wieku, jak zwykle wracając z pracy w szkole do domu, zrobiła zakupy w pobliskim SAM-ie. Było wczesne popołudnie, ja z bratem byliśmy jeszcze na lekcjach w naszej podstawówce, a ojciec w fabryce.
Po powrocie do domu mama, rozpakowując sprawunki, postanowiła spróbować zagęszczonego syropu owocowego, który właśnie kupiła. Niefortunnie zachłysnęła się nim i… zaczęła dusić. Niestety, w domu była sama i nie mogła nikogo zaalarmować – ba, nawet wydać z siebie głosu! Spanikowana i zrozpaczona, zaczęła w myślach błagać o pomoc ojca Pio. Nagle poczuła tak intensywny zapach fiołków, jakby znalazła się na leśnej polanie. Wcześniej czytała, że podobna woń unosiła się ze stygmatów zakonnika, a także wtedy, gdy zjawiał się na prośbę modlących się w swym ciele eterycznym.

Jednak najciekawsze jest to, że w tym samym czasie moja dwudziestoparoletnia wówczas kuzynka Grażyna wyskoczyła z pracy w biurze, by zrobić zakupy: w tamtych latach sklepy w moim miasteczku były otwarte tylko do godz. 16.00. I wtedy niespodziewanie odczuła przemożny przymus przyjścia do naszego mieszkania – po prostu „coś” tam ją pchało, i to z taką siłą, że biegła jak na skrzydłach. Pokonała kilka ulic i z impetem wpadła do mieszkania. Znalazła mamę na podłodze, już na wpół przytomną i siną, i zaczęła ją cucić. Wszystko skończyło się dobrze, a moja mama nigdy nie wątpiła, że żyje dzięki ojcu Pio.
Grażyna również poczuła cudowną woń fiołków, która wkrótce się ulotniła. Wcale się nie dziwię, że i ona doświadczyła tej mistycznej chwili: była niezwykle wrażliwą, pełną miłości i poświęcenia osobą, a jej dobroć wielu wykorzystywało. To właśnie nią posłużył się o. Pio – wówczas już nieżyjący od paru lat – by pomóc mojej mamie. Grażyna jak meteoryt zalśniła na krótko w naszej rodzinie i zgasła, umierając na raka kilka lat później…
Margo11
Wejście na pokład
Wiadomość z okrętu Nautilus
UFO24
więcej na: emilcin.com
Dziennik Pokładowy
FILM FN
Zobacz niesamowite obiekty UFO uchwycone na niebie
Archiwalne audycje FN
rozwiń playlistę
zwiń playlistę
Poleć znajomemu
Najnowsze w serwisie
Informacja dotycząca cookies: Ta strona wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu logowania i utrzymywania sesji Użytkownika. Jeśli już zapoznałeś się z tą informacją, kliknij tutaj, aby ją zamknąć.


Rejestracja